Wdzięczność

Wdzięczność

Bez uprzedzeń

Minister Krzysztof Janik spotkał się z trudnym pytaniem, kogo woli: Andrzeja Leppera czy Leszka Moczulskiego. Lepper, jak wiadomo, po głębokim namyśle zaliczył go do „bandytów”, Moczulski po równie głębokim zastanowieniu – do płatnych zdrajców, pachołków Rosji. Krzysztof Janik nie miał wątpliwości, bez wahania wybrał Moczulskiego, którego wypowiedź, zaskarżoną do sądu, jak pamiętamy, nazwał „surowym osądem moralnym”. Powiedział jeszcze: „Jestem dłużnikiem takich ludzi jak Moczulski. Lata jego więzienia przyczyniły się do tego, że dziś jestem, kim jestem”. Gdyby nie tacy ludzie, „byłbym aparatczykiem KC prawdopodobnie usytuowanym niewysoko… Może ambasadorem w Wietnamie”. Gazety cytowały podobne wyznanie Marka Borowskiego, wyrażającego wdzięczność Antoniemu Macierewiczowi, który swoją działalnością opozycyjną miał się przyczynić do tego, że Marek Borowski jest dziś marszałkiem Sejmu. W PRL, jak powiedział, nie wspiąłby się wyżej dyrektora departamentu. Doskonale, znakomicie, Moczulski i Macierewicz przysłużyli się ministrowi Janikowi i marszałkowi Borowskiemu, za to należy się im wdzięczność. Nie tylko im. Krzysztof Janik, człowiek żartobliwego usposobienia, rozciąga swoją wdzięczność na wszystkich działaczy „Solidarności”: „Ja o nikim z „Solidarności”, nawet o największym łobuzie nie powiem złego słowa”. Czy wśród ludzi, którzy przyczynili się do pięknych karier polityków lewicy, mogły być jakieś łobuzy? A jeśli byli tam dranie, to czy podlegająca Janikowi policja nie jest zobowiązana do naśladowania swego szefa i obchodzenia z daleka łobuzów? „Donoszę, panie naczelniku”, że kilku i to nie największych „łobuzów” z „Solidarności” siedzi w więzieniu za nadużycia finansowe, a przeciw innym z takich samych paragrafów toczy się dochodzenie prokuratorskie. Może to za mało nie powiedzieć o nich złego słowa. Może złe słowo powiedzieć, ale nie aresztować i nie stawiać tych „łobuzów” przed sądami?
Zasługi poniesione dla wysokich karier polityków lewicy mogą być niedoceniane przez ich wyborców. Wyborcy mogą pytać, jakie zasługi panowie Moczulski i Macierewicz mają dla bezrobotnych? Dla żyjących poniżej minimum socjalnego i – tych również nie brakuje – minimum biologicznego? Ci panowie byli silnymi niepodległościowcami i uważają, że ich sprawa zwyciężyła. Czy nie mają oni zasługi w tym, że 80% sektora bankowego działającego w Polsce ma dysponentów zagranicznych? Że decyzje polskiego rządu są oceniane przez media i polityków według tego, co o nich sądzą „zagraniczne koła finansowe” i „kapitał spekulacyjny”? Minister finansów ogłosił właśnie swój program. Według jakich kryteriów jest on chwalony albo ganiony? Hanna Gronkiewicz-Waltz: „Na szczęście w wystąpieniu (ministra finansów) nie był poruszony temat zarządu walutą. Tego obawiały się najbardziej rynki finansowe”. Janusz Lewandowski: „Najlepszą częścią wystąpienia był fragment uspokajający znerwicowane rynki finansowe”. Dariusz Rosati: „Rynki finansowe uspokoiły się i to jest bardzo ważne”. Ja nie jestem niepodległościowcem, dla mnie liczy się, czy decyzje zapadające w żywotnych sprawach Polski są dla nas korzystne czy szkodliwe. Ale nie zakładam, że między naszymi interesami a interesami „rynków finansowych” i kapitału spekulacyjnego istnieje przedustawna harmonia. Na podstawie różnych obserwacji przypuszczam, że te „rynki finansowe” i ten kapitał spekulacyjny nieźle zarabiają na nieodpowiedzialności i złudzeniach polskich elit politycznych oraz na sprzedajności mediów. Wyjścia z tego położenia nikt nie widzi, ale to nie znaczy, że panowie Moczulski i Macierewicz, którzy latami zawracali głowę niepodległością, mają w tej sytuacji prawo do ferowania „surowych sądów moralnych”. Powinni się raczej wytłumaczyć przed tymi, których nabrali na swoje niepodległościowe wykrzykniki.
Liderzy SLD (mam nadzieję, że nie wszyscy) wyrażają wdzięczność Moczulskiemu i Macierewiczowi za to, że przyczynili się do ich karier. Może w tym jest jakaś intencja kpiarska, a może czysta szczerość. Może jest tak, może owak, ale bądźmy przez chwilkę ściśli. Gdyby Moczulski i Macierewicz mieli całą władzę (a nie było to wykluczone), Krzysztof Janik nie byłby nawet ambasadorem w Wietnamie. Program dekomunizacji głoszony przez tych panów był bardzo jasny i bardzo szczery. Nie pozostawiali oni wątpliwości co do tego, jak należy postąpić z płatnymi zdrajcami pachołkami Rosji.
Lewicowy rząd niewiele mógł dać swoim wyborcom, jeśli chodzi o poprawę warunków życia. Niewiele? Przecież nic nie dał i nic nie mógł dać. Wszyscy mniej więcej znamy stan gospodarki i trochę umiemy liczyć. Wyborcy SLD nie wycofują tak szybko swojego poparcia rządowi z powodu frustracji ekonomicznej. Przecież tylko marionetki medialne mogły wołać natychmiast po wyborach, że SLD nie wywiązuje się z obietnic przedwyborczych. Liderzy SLD zdradzają swoich wyborców w wymiarze symbolicznym, przyjmując „wartości” obozu, który w oczach tych wyborców uchodził za sprawcę pogorszenia się ich losu.
W przyszłych wyborach mimo wszystko będziemy głosować i na Krzysztofa Janika i na Marka Borowskiego, bo nie będzie innego wyjścia. Znajdziemy się w położeniu francuskich socjalistów głosujących na Chiraca. Ale swoje wiemy: liderzy SLD przewidując słabsze poparcie w wyborach, starają się niejako udobruchać przeciwników. Skoro będziemy słabsi, musimy być ustępliwsi, najlepiej pod względem ideowym, bo to rzekomo najmniej kosztuje.

 

Wydanie: 29/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy