Weto mocarstwowe

Weto mocarstwowe

Gdy na forum międzynarodowym przewidziane jest jakieś głosowanie z zachowaniem prawa weta, Polska od razu staje się mocarstwem. Głosowania reprezentacji narodowych są ukłonem albo hołdem złożonym formom demokratycznym i stanowią przeważnie ceremoniał towarzyszący podejmowaniu decyzji, ale nie są decydowaniem. Uchwały podjęte w ten sposób mają bardzo niewielkie znaczenie, jeżeli nie wyrażają realnego stosunku zainteresowanych sił. Od czasu, gdy w ONZ stało się niemalże zwyczajem przegłosowywanie Stanów Zjednoczonych, ta organizacja traciła na znaczeniu. Coraz częściej mówi się, że jest niepotrzebna.
Najsilniejsze kraje Unii Europejskiej nie przeszły jeszcze takiego doświadczenia, żeby były przegłosowywane przez kraje słabsze. W przyszłości będzie to możliwe, i kto dożyje, przekona się, czy Unia wytrzyma taką próbę. Na razie zarówno w Unii, jak w wielu organizacjach międzynarodowych (trudno je zliczyć, żeby powiedzieć w ilu) obowiązuje formalnie lub milcząco zasada jednomyślności, mówiąc po dawnemu, czyli konsensusu, a więc też i weta. I właśnie po szczeblach tego weta Polska wznosi się na wyżyny mocarstwowości, niedostępne porównywalnym krajom, które mają rozsądne rządy. Na jakiej podstawie kaczyści twierdzą, że państwo polskie pod ich rządami tak bardzo urosło w siłę i w to, co siłę otacza, to znaczy w szacunek i podziw? Na takiej właśnie, że polski rząd zagrodził swoim wetem drogę do negocjacji Unii Europejskiej z Rosją, że zapowiedział weto w sprawie przyjęcia Rosji do Światowej Organizacji Handlu i grozi swoim wetem wszędzie, gdzie Rosja będzie czegoś chciała.
Polska na arenie międzynarodowej zachowuje się jak zdemoralizowany szlachciura wynajęty przez magnata, żeby wrzasnął veto! i uciekł na Pragę. Jest to niezniszczalny topos polskiej polityki. Kaczyści mówią jedno, a ludzie widzą coś zupełnie innego: Polska w oczach Europy od czasu do czasu staje się denerwująca, ale cały czas jest śmieszna. Zagranica odkrywa, że jest to kraj nie tylko cywilizacyjnie zacofany, o czym zawsze wiedziała i czemu stara się teraz swoim kosztem zaradzić, ale także pod względem świadomości przestarzały. Takiego panoszenia się księży nie ma nigdzie na świecie. Przed wyborami jedni politycy biorą ślub kościelny ze swoimi żonami, inni przez kościelne radio witają słuchaczy słowami „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica”, co w przyszłości prawdopodobnie nie wystarczy i Kościół może zażądać już nie symbolicznego, lecz fizycznego rzucania się na kolana przed władzą w tym kraju najwyższą. Jeżeli w dosłownej treści powitaniu jest coś autentycznego, to są to słowa „niech będzie”. To nie kaczyści i nie „Solidarność”, ale znacznie rozleglejsze siły i czynniki historyczne przeorientowały umysły Polaków z funkcji poznawczej na chciejstwo. Wyraża się ono w bezpodstawnych nadziejach, w gadaniu, co być powinno, w żądaniach nie wiadomo do kogo kierowanych. (Tytuły w gazetach: „Musimy powstrzymać rosyjską ekspansję w Europie”, „Niech Niemcy nie flirtują z Rosją”, „Polska musi kształtować Unię” itp.). Nastawienie myślenia na „niech będzie”, powoduje nieliczenie się z tym, co istnieje i tym co jest możliwe. W kręgu „niech będzie” mieści się bliski sojusz z Gruzją, dla której Polska „niech będzie” szańcem obronnym przed Rosją. Dla Ukrainy „niech będzie” protektorem w staraniach o przyjęcie do UE i NATO. (Szczególny to prorektor, który bierze się do protegowania do UE, nie czekając, aż się tam do niego samego przyzwyczają). „Niech będzie” amerykańska baza rakietowa w Polsce skierowana przeciw Rosji, co uczyni Polskę bezpieczniejszą w razie wojny, gdy strony wojujące zaczną wymieniać między sobą ciosy atomowe. Niech będą pochwalone Stany Zjednoczone, nasz prorektor (równie niezawodny jak Polska dla Gruzji), który postawiwszy swoją ciężką stopę na polskiej ziemi, stał będzie okrakiem nad Europą na wieki wieków.
Polacy są dość przemyślnymi ludźmi w swoich interesikach prywatnych (wielkie interesy to dla nich siły nieczyste) i tu „bujać to my, a nie nas”. Natomiast w sprawach większych, których powiązanie z ich interesikami nie jest widoczne, to nie tylko prawdy nie da się im przekazać, ale nawet oszukać ich nie można, bo jest im to obojętne. Jak pisał przed wojną pewien obserwator zagraniczny: „gdy toczy się walka o prawdę, w Polsce nikt nie oświadcza się za nią i nikt przeciw niej; pustka zupełna i nicość…”. Dziennikarstwo jest tym przeniknięte (kto wie? może i ja, nie jest się dobrym sędzią we własnej sprawie). Na jednej i tej samej stronie gazety w tekście informacyjny, czytamy, że ambasador rosyjski w Kijowie Czernomyrdin powiedział przed ostatnimi wyborami na Ukrainie (było w internecie) że „wyniki głosowania nie wpłyną na ceny naszego gazu”, a w komentarzu obok pan Jacek Saryusz-Wolski twierdzi, że „z wypowiedzi rosyjskiego ambasadora w Kijowie Wiktora Czernomyrdina wynika”, że wpłyną. („Dziennik”, 3.10.07). Polacy z góry wszystko wiedzą, zwłaszcza gdy chodzi o Rosję i Amerykę. We wszystkich innych doniesieniach i komentarzach prasowych powtarzano oczywiście wersję fałszywą. Przyjęła się jako oczywista oczywistość, na podstawie której koncypuje się uogólnienia.
Jaki sens ma polski antyrusizm? Do czego dąży? Czy warto tak się wysilać tylko w tym celu, żeby niektórych Rosjan (tylko do nielicznych dochodzą odgłosy z Polski) denerwować? Moja hipoteza jest taka oto: polski nocjonalizm ma obecnie bardzo ograniczone możliwości przejawiania się. Żydów nie ma, z Niemcami trzeba się mimo wszystko bardzo liczyć, a przecież patriotyzm wymaga, żeby wrogość do obcych zachować w dobrej kondycji. Antyrusizm to jogging polskiego nacjonalizmu; biegnie, ale nie do celu, lecz żeby utrzymać się w dobrej formie i dłużej żyć.

Wydanie: 50/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy