Więcej walki niż gry

Więcej walki niż gry

Wiosna piłkarskiej Ekstraklasy

„Jestem drewniakiem, może fajnym chłopakiem, ale w piłkę nożną nie umiem grać wcale. Wiesz, co to znaczy, nie muszę ci tłumaczyć, każdą moją głupią akcję w meczu musisz mi wybaczyć”. Nie, to nie jest surowa rymowanka jednego z futbolowych ekspertów, ale słowa rapowej piosenki, którą wykonuje pomocnik Cracovii Marcin Budziński. To kolejny spot krakowskiego klubu w kampanii „Karnet jest wielki”. Ale po takiej swoistej samokrytyce warto chociaż skrótowo przyjrzeć się, co piszczy w polskiej piłce. Oto – w meczowej formule – luźne minutowe zapiski.

Tak, gramy o puchar Podlasia

3 minuta – wtedy padła najszybciej zdobyta bramka podczas tegorocznej piłkarskiej wiosny. Zasiliła konto napastnika szczecińskiej Pogoni Marcina Robaka (z Lechem 1:1, 14 lutego w Szczecinie).

12 minuta – w tej właśnie chwili pomocnik Jagiellonii Maciej Gajos strzelił pierwszego gola stołecznej Legii w zwycięskim meczu w stolicy 3:1 (15 lutego). Potem strzelił jeszcze trzecią bramkę i całkowicie zasłużenie został piłkarzem 20. kolejki. Ten młody zawodnik, urodzony w 1991 r., dał się poznać z jak najlepszej strony jesienią, co zaowocowało powołaniem do reprezentacji. Jednak ani w eliminacyjnym meczu z Gruzją, ani w towarzyskim ze Szwajcarią nie wystąpił. Teraz znalazł się w kadrze na najbliższy mecz z Irlandią. Do trzech razy sztuka?

12 minuta – „Zagraliśmy beznadziejnie”, ocenił występ Wisły w przegranym 0:1 spotkaniu z Lechią w Gdańsku (13 lutego) napastnik krakowian Paweł Brożek. Co ciekawe, a co trudno sobie wyobrazić, w kolejnych meczach podopieczni trenera Franciszka Smudy zagrali jeszcze gorzej, a czarę goryczy dopełniła przegrana 0:1 z Zawiszą (Alvarinho w 12. minucie) na własnym stadionie 7 marca. Nie wytrzymał superszef Bogusław Cupiał i rozstał się z byłym selekcjonerem reprezentacji. To pierwsze, ale zapewne nie ostatnie zwolnienie trenera podczas tegorocznej piłkarskiej wiosny.

13 minuta – szczęśliwa dla Jagiellonii, bo po golu Karola Mackiewicza dająca zwycięstwo 1:0 we wrocławskim spotkaniu ze Śląskiem 21 lutego. Po zakończeniu gry trener białostockiej drużyny Michał Probierz wypytywany, czy po dwóch zwycięskich wyjazdach myśli o czymś więcej, z charakterystyczną dla siebie swadą odpowiedział: „Tak, gramy o puchar Podlasia”. Wykazał się wyobraźnią i realizmem, bo już w następnym meczu Jagiellonia przegrała u siebie z Koroną 1:2, a potem z Lechem w Poznaniu 0:2. Jak widać, naszym zespołom można wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że potrafią utrzymać stabilną formę.

33 minuta – trafienie Josipa Barišicia dało Zawiszy wygraną 1:0 z Lechem 14 marca w Bydgoszczy. Chorwat pojawił się w polskim klubie dopiero w połowie lutego, przechodząc z NK Osijek. Jak widać, na aklimatyzację w nowym otoczeniu nie potrzebował dużo czasu. Sukces bydgoszczan jest potwierdzeniem, że w polskiej lidze każdy jest w stanie wygrać z każdym. Po 24 kolejkach drużyna prowadzona przez Mariusza Rumaka nadal zajmowała ostatnią pozycję w tabeli, ale jako jedyna w Ekstraklasie 2015 r. nie przegrała meczu i nie straciła gola!

37 minuta – Maciej Iwański, strzelając celnie z rzutu wolnego, podwyższył na 2:0 (wcześniej trafił z karnego) prowadzenie Podbeskidzia w wyjazdowym meczu z PGE GKS w Bełchatowie 14 lutego. Ostatecznie „górale” wygrali 2:1, a jednak ich trener Leszek Ojrzyński pozwolił sobie na daleko posuniętą samokrytykę: „To, że graliśmy dzisiaj w piłkę, byłoby za dużo powiedziane, ale się udało. Nie kontrolowaliśmy tego, co się działo na boisku. Wyglądało to nieciekawie, więc wynik jest rewelacyjny. Należy podziękować niebiosom”. Jeden z naszych najbardziej utalentowanych trenerów postawił trafną diagnozę – przynajmniej na razie w większości spotkań obserwowaliśmy więcej walki niż gry w piłkę. Do tego odwieczne zdawanie się na opatrzność i przychylne zrządzenie losu. No i czekanie na „prawdziwą ligę”, czyli serię siedmiu meczów od 9 maja. Takie są uroki i zalety tej naszej dziwacznej Ekstraklasy. Dlatego chociażby Legia mogła sobie pozwolić na występ tzw. drugiego garnituru w bezbramkowym spotkaniu z Koroną w Kielcach 22 lutego. Kto bogatemu zabroni…

Musieliby nam chyba zabić zawodnika

40 minuta – podczas spotkania Piast-Górnik Zabrze (2:2, 7 marca w Gliwicach) bramkarz gości Pāvels Šteinbors sfaulował napastnika gospodarzy Kamila Wilczka. Bez żadnych konsekwencji, co znalazło odbicie w pomeczowym komentarzu trenera Ángela Péreza Garcíi: „Niestety, znów pojawił się ten sam problem. Musieliby nam chyba zabić zawodnika, żebyśmy mieli rzut karny. Kamil Wilczek został przecież powalony przez spóźnionego bramkarza Górnika. Bardziej klarownej sytuacji do karnego być chyba nie może”. Z pewnością była to wypowiedź numer 1 po 23. kolejce Ekstraklasy. Sędzią meczu był Krzysztof Jakubik z Siedlec. Wyczyny tego arbitra już od kilku lat wzbudzają wiele kontrowersji. I co? I nic! Bo przecież strusią politykę szefowie Polskiego Kolegium Sędziów uprawiają nie od dzisiaj.

46 minuta – przyjmuje się, że nawet najbardziej spóźnieni widzowie zdołali już zająć miejsce na trybunach. Dlatego stało się regułą, że tuż po rozpoczęciu drugiej połowy stadionowi spikerzy podają informację o frekwencji. W 20. kolejce (13-16 lutego) wyniosła ona łącznie 66 263, a w 21. kolejce (20-23 lutego) 72 318, co powszechnie uznano za całkiem przyzwoity wynik. Skoro tak, dla porównania warto odnotować, że rozegrane 11 lutego spotkanie Manchesteru United z Burnley obejrzało 75 356 osób! Mówienie o dwóch piłkarskich światach bądź o dzielącej je przepaści nie jest zatem żadną przesadą.

Strony: 1 2

Wydanie: 13/2015

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy