Wielkanoc na równiku

Wielkanoc na równiku

Kiedy jedni Ekwadorczycy biczują się i niosą krzyże nabijane gwoździami, drudzy tańczą, skaczą i śpiewają

Korespondencja z Quito

Piekielnie kręci mi się w głowie, aż trudno utrzymać równowagę. Żar pali twarz, a ciało przechodzą dreszcze. Po dwóch dniach przebywania w stolicy Ekwadoru wysuszona skóra sama odchodzi grubymi płatami. Jest południe, najchętniej schowałbym się w cieniu i zanurzył usta w soku z granadilli. Ale dzisiaj przyjemności schodzą na dalszy plan. Jestem w miejscu, o którym marzyłem od wielu lat. Już za moment rozpocznie się jedna z najpiękniejszych i najbardziej kontrowersyjnych procesji świata – wielkanocna procesja w Quito. Pełna krwi, bólu, łez i poczucia winy stanowi wyraz nas samych.

Główne ulice centrum są zamknięte od wczesnych godzin rannych. Wokół gromadzącego się tłumu krąży kilkoro Indian próbujących naciągnąć widzów na kubki z kawałkami mango, bardzo drogą wodę oraz… piwo. Wciąż jakimś cudem zimne. Przede wszystkim jednak wynajmują plastikowe krzesełka, na których można zająć strategiczną pozycję i poczekać na rozpoczęcie procesji. Na uginających się nogach stoję już od trzech godzin w kapitalnym miejscu do obserwacji. Wiem, że gdy w końcu zaczną się zbliżać, będę w stanie zobaczyć wszystko. Chcę zrobić fantastyczne zdjęcia, a jednocześnie nie zachowywać się jak natrętny, zidiociały turysta. To ważne święto kościelne, sama procesja też jest tu traktowana bardzo poważnie. Machanie aparatem mogłoby być odebrane fatalnie. Mimo że jestem w Ekwadorze od ponad roku, zawsze pozostanę gościem. Tym bardziej że nawet tak niesamowicie medialnej procesji nie towarzyszy chmara turystów. W zasięgu wzroku mam tylko jedną parę wyglądającą inaczej niż miejscowi. Pewnie Amerykanie, strzelam. Innych nacji prawie nie sposób tutaj spotkać.

Grzesznicy w kapturach

Tłum raptownie milknie. Widać już procesję. Najpierw idzie orkiestra. Złote koszule muzyków błyszczą w ostrym, równikowym słońcu. Za nimi powoli ciągną setki cucuruchos, czyli kapturowców. To grzesznicy, którzy ukrywają twarze pod wielkimi kapturami z wyciętymi otworami na oczy. Nie można ich nazwać wyłącznie aktorami odgrywającymi role przed publicznością. Do pochodu cucuruchos bardzo często zgłaszają się prawdziwi grzesznicy, by w ten sposób wymierzyć sobie surową karę za niegodziwe uczynki. W posępnym milczeniu idą ulicami, nie zwracając uwagi na obserwujących ich ludzi. Ich widok kojarzy się z Ku Klux Klanem. Tymczasem rodowód jest zupełnie inny – tradycja przywdziewania purpurowych lub fioletowych sambenito sięga czasów średniowiecza. Wtedy grzesznicy skazani przez inkwizycję zakładali je jako strój pokutny. Teraz te szaty może włożyć każdy, kto chce odpokutować za swoje przewinienia.

Wielu uczestników przemierza kilometry procesji boso, zostawiając za sobą coraz wyraźniejsze plamy krwi. Niektórzy mają przymocowane długie, ciężkie, pordzewiałe łańcuchy, które upiornie dźwięczą. Słyszę je nawet dzień później. Udaje mi się złapać spojrzenie jednej z tych postaci, szybko jednak spuszcza wzrok, jak gdyby zawstydzona tym, że na chwilę straciła koncentrację. Widzę mężczyzn, którzy co kilka kroków biczują się pokrzywami, łodygami róż lub grubymi łańcuchami. Ich plecy świecą się od potu i krwi.

Boli mnie widok kilkuletnich, bosych dzieci. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego znalazły się w tym miejscu. Jakie grzechy mogą mieć na sumieniu? Mam wrażenie, że większość z nich również tego nie wie. Patrzą ciekawie na publiczność, jedna z dziewczynek nawet delikatnie się do mnie uśmiecha. A może tylko to sobie wyobrażam, by złagodzić oglądany obraz? Ekwadorczycy w pełnym skupieniu modlą się i śpiewają. Aparatami wymachują jedynie nieliczni turyści.

Jezus w peruce blond

Nadchodzą mężczyźni dźwigający na plecach potężne, ciężkie krzyże. W większości belek tkwią liczne gwoździe, o które zahaczają niosący je męczennicy. Wielu krwawi – także z głowy, bo włożyli również korony cierniowe. Ich plecy zawzięcie biczują Rzymianie. Mam dziwne wrażenie, że rzeczywiście sprawia im to przyjemność. Kilkoro pątników zatrzymuje się niedaleko mnie, by chwilę odpocząć, jeden upada, drugi prosi o pomoc i otrzymuje ją od kogoś spośród widzów. Część uczestników procesji ma peruki w kolorze blond, ponieważ w ten kiczowaty sposób kojarzy im się Jezus Chrystus.

Niepełnosprawny mężczyzna przemierza całą trasę na kolanach. Z ust cieknie mu ślina, ciało drga spazmatycznie, ale kiedy ktoś próbuje mu pomóc, wściekle odtrąca ludzi rękoma. Wystawiony z własnej woli na publiczny sąd przemierza swoją prywatną drogę krzyżową. Kilka minut po nim przejeżdża na wózku inwalidzkim mały, smutny chłopiec. Za nim kuśtyka chłopiec z jedną nogą. Czuję ucisk w gardle i nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego zrobili, że znaleźli się w gronie grzeszników.

Dostrzegam mężczyzn z krzyżami z kaktusów na gołych plecach, przymocowanymi w taki sposób, by uderzały o ciało przy każdym kroku. Niektórzy niosą drewniane belki najeżone gwoździami, różanymi cierniami i drutem kolczastym. Za nimi ciągną zapłakane Magdaleny w fioletowych szatach i nakryciach głowy zasłaniających twarze. Wiele niesie święte obrazy i różańce. Na końcu idzie orkiestra. Gra cicho. Bardzo, bardzo cicho.

Baranek z chusteczki

Jest rok przed procesją w Quito. Przede mną pierwsza Wielkanoc poza krajem. W Ekwadorze najważniejszym wydarzeniem są wielkopiątkowe procesje. Sobota, niedziela i poniedziałek to już normalne dni, kiedy pucybutów i samozwańczych sklepikarzy sprzedających wszystko, co uda im się wyhodować, jest jeszcze więcej niż zazwyczaj. To dobry czas na interesy.

Próbuję stworzyć świąteczny nastrój w komórce, w której mieszkam. Z chusteczki higienicznej robię baranka, jajka maluję zwykłymi mazakami w polskie barwy. Zawartość koszyczka jest bardzo skromna. Żyję ubogo, w sklepach zaś nie ma wielu produktów, które wpisały się w naszą tradycję. Uzupełniam więc ten mój koszyczek wszystkim, co mi się kojarzy z polskimi świętami. Jest kawałek parówki, chleb, trochę ciasta, sól i awokado. To tyle co nic, ale jestem z siebie dumny. Mam swój kawałek świąt 11 tys. km w linii prostej od Polski.

Piątkowa procesja zwyczajowo zaczyna się z dwugodzinnym opóźnieniem. W końcu ruszają. Samochody udekorowane są balonami, kolorowymi prześcieradłami, wizerunkami aniołów, a nawet kilkumetrowymi figurami Chrystusa wykonanymi z kartonu. Na przedzie kościelne auto, z którego rozbrzmiewają pieśni religijne. Skoczne, wesołe, idealne do śpiewania i tańca. Ludzie łapią się pod ręce i zaczynają tańczyć. Po chwili wszyscy podskakują. Najpierw w lewo, następnie w prawo, później do przodu i do tyłu. Wszędzie słychać śmiech i ożywione rozmowy. Ktoś się wywraca, inny pomaga mu wstać. Jak na dobrej imprezie, która wymknęła się spod kontroli. Jestem skonsternowany. Nie tego spodziewałem się w Wielki Piątek. Nie narzekam jednak. Chwytam dłoń urodziwej Ekwadorki i oddaję się szaleństwu zabawy. Nieświadomy, co czeka mnie rok później i w jaką skrajność trafię, kiedy znajdę się już w Quito…

Wydanie: 15/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy