My wiemy, że to był wypadek. To nie miało żadnego drugiego dna

My wiemy, że to był wypadek. To nie miało żadnego drugiego dna

Nigdy i od nikogo nie usłyszałam złego słowa o Jurku

Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska

9 kwietnia to dzień urodzin Jerzego Szmajdzińskiego.
– Tego dnia były jego urodziny, tego dnia był też pogrzeb Krzysztofa Teodora Toeplitza. Jurek wrócił późno do domu, położył się spać, rozmawialiśmy krótko, pytałam, czy zabrać go z lotniska następnego dnia, odpowiedział: „Nie, kolega po mnie przyjedzie, na mecz idziemy”. I wstał raniutko, i poleciał.

Była możliwość, żeby nie poleciał do Smoleńska?
– Nie. Powiedział, że musi. Już wtedy był kandydatem w wyborach prezydenckich. I to nam mówił: „Chcę tam być”. Wiemy doskonale, czym był Katyń, jak był wykluczany przez lata. Każdy przyzwoity polityk tak samo by się zachował – jest rocznica, trzeba być w tym miejscu. I Jurek właśnie tak powiedział – że chce lecieć do Katynia, bo powinien tam być. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że to jest słuszne. Szanuję tę decyzję. A potem, po katastrofie, zostałam tą – nie znoszę tego określenia, ale tak niestety jest już do nas przyklejone – wdową smoleńską.

W pewnym momencie odcięłam się od tego

To już 10 lat. Jak pani znosiła te wszystkie imprezy, które organizowało PiS? Miesięcznice, komisje…
– Ja w tym nie uczestniczyłam.

A w telewizji pani nie oglądała?
– Oglądałam, ale nie wszystko. W pewnym momencie odcięłam się od tego. Choć w pierwszym roku po śmierci Jurka byłam bardzo często zapraszana przez media, dziennikarze mnie znali, więc chętnie się do mnie zwracali.

Skąd panią znali?
– Wcześniej, jeszcze jak Jurek żył, chodziłam do TVN, do porannego programu „Dzień dobry TVN”. To są takie pogaduszki na różne luźne tematy. Mieszkam blisko, rozmowy sympatyczne, ale nie o znaczeniu politycznym, więc mnie zapraszali. Potem Juruś, tak zawsze o nim mówiłam, był kandydatem na prezydenta. Kiedy to ogłoszono, ta sama stacja przygotowała program na temat kandydatek na pierwszą damę. Mnie znali, więc wzięli na pierwszy ogień. Było nagranie u mnie w domu. Dziennikarka przyszła, żebyśmy pogadały – swobodnie, o życiu. Miało to trwać pół godziny, trwało dwie… Jak wychodziła, to ją wyściskałam: „Kiedyś musimy jeszcze się spotkać, pogadać”. Wie pan, kto to był?

Nie.
– Joanna Racewicz. I spotkałyśmy się na lotnisku, kiedy nasi mężowie wrócili do kraju. Do dziś to pamiętam, miała malutkiego synka. Jesteśmy po imieniu, po katastrofie starałam się ją wspierać, zdarzało się, że na spacer razem chodziłyśmy. Niewyobrażalna trauma. Pan pyta o te 10 lat… Myślę o tej katastrofie i wiem, że człowiek nigdy nie wie, co się stanie następnego dnia. Więc cieszmy się każdą chwilą, bądźmy przyzwoitymi ludźmi, lubmy ludzi i wspierajmy innych. To jest najważniejsze.

Czyli zespół Macierewicza i te wszystkie jego rewelacje…
– Panie redaktorze, jestem bardzo daleko do tego. Przestałam w ogóle o tym myśleć. Szkoda życia i szkoda zdrowia, żeby tym się zajmować. Do nas wciąż przychodzą różne dokumenty, chociażby z prokuratury. Ale powiem panu uczciwie – ja już tego nie czytam. To już niczego nie zmieni. Przecież my wiemy, że to był wypadek. Oczywiście różne rzeczy na to się składają, ale przede wszystkim błędy, które popełnili ludzie. To nie miało żadnego drugiego dna. Już nie byłam w stanie słuchać tych różnych ocen, zupełnie absurdalnych. Dlatego przyszedł moment, że kompletnie się wyłączyłam. I sądzę, że nie tylko ja. Że bardzo wiele osób przestało już o tym myśleć.

Trudno tak całkiem się wyłączyć, gdy wciąż jesteśmy atakowani jakimś przekazem.
– Miałam też trudne momenty. Na przykład była 10. rocznica obecności F-16 na polskim niebie. I w Krzesinach pod Poznaniem zorganizowano wielkie show. Na tych uroczystościach byli prezydent Andrzej Duda, Antoni Macierewicz i inne osoby. Wspominano też ofiary katastrofy. O moim Jurku, który tak naprawdę sprowadził F-16, nie powiedziano słowa. Siedziałam przed telewizorem i się poryczałam. Rozmawiałam o tym z Januszem Zemkem, który w czasie, kiedy kupowano F-16, był przewodniczącym komisji przetargowej, więc ten samolot w polskiej armii to również jego dzieło. W ogóle go nie zaproszono na tę uroczystość! To jest budowanie historii na nowo!

Byłam zaczepiana przez posłów PiS

Ale w okręgu wyborczym o Jerzym Szmajdzińskim pamiętają.
– Pamięć jest w okręgu. 10 lat mija, ale pamięć jest. Jurek jest bardzo szanowanym człowiekiem, ciągle to słyszę. Ogromnie mi z tego powodu miło. Gdy w 2011 r. poszłam do Sejmu, byłam zaczepiana na korytarzach przez posłów PiS, którzy bardzo dobrze, pozytywnie mówili o Jurku. Że był przyzwoitym człowiekiem. I, co ważne, że kiedy był wicemarszałkiem, zawsze dawał każdemu się wypowiedzieć. Nie przerywał. I przypominali ten dowcip, kiedy w takich sytuacjach mówił: „Panie pośle, proszę kończyć, bo otworzę zapadnię”. To miłe. Ja to odczuwam do dziś.

Kandyduje pani z tego samego okręgu co mąż.
– Namówili mnie jego koledzy: „Musisz iść do Sejmu, trzeba w tych wyborach wystartować, trzeba iść drogą Jurka”. Ponieważ spędziłam wiele lat na Dolnym Śląsku, mam temperament społecznikowski, zgodziłam się. Okręg numer 1, dawne województwo jeleniogórskie, czyli dawny okręg Jurka. W 2011 r., w 2015 r. i w roku 2019. Wynik zaskakujący – ponad 41 tys. głosów! Szok! Na tak dobry rezultat na pewno składa się wielki szacunek dla Jurka. Ale mam nadzieję, że idąc do polityki, nie rozczarowałam ludzi. Bo gdyby tak się stało, już by na mnie nie głosowali.

Ma pani żyłkę społecznika, ciągnie panią do ludzi.
– Mam taką żyłkę. Do tego trzeba pamiętać, że jest fundacja, która nosi imię Jurka. I z tego ogromnie się cieszę, dziękuję jej prezesowi Andrzejowi Dobrowolskiemu za pracę, za to, że jest jej duszą. I Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, który jest przewodniczącym rady fundacji. Pomagamy zdolnym dzieciom! Ufundowaliśmy już 250 stypendiów, każde dziecko dostało 1000 zł. W tym roku ufundujemy kolejnych 30 stypendiów, zostaną wręczone jesienią w Legnicy, uzgodniłam to już z prezydentem miasta, bo tam jeszcze nie wręczaliśmy. Co ważne, to nie fundacja decyduje, komu te nagrody są wręczane, tylko szkoły. One wskazują stypendystów. I bardzo się cieszę, że możemy dzieciakom pomagać.

Zawsze byłam kierowniczką rodziny

Pamiętam, jak pani mąż się martwił, gdy zespół koszykarek potrzebował pomocy. Jesteście w tym podobni.
– Oprócz tego, że byliśmy małżeństwem, po prostu się przyjaźniliśmy, mieliśmy wspólne zainteresowania. A ja zawsze byłam kierowniczką rodziny. Zawsze wszystko ustawiałam, łącznie z kupowaniem samochodu. On nigdy nie wiedział, co kupię. Już nie mówiąc o kawałku ziemi, na którym zamieszkaliśmy. Planowałam, kiedy pójdziemy na koncert, do opery czy do teatru. Bo on miał taką masę obowiązków, że wszystko trzeba było planować z wyprzedzeniem. Łącznie z wakacjami. Kochaliśmy wyjazdy z dzieciakami samochodem po Europie. Nie szukając luksusów, ważne były dla nas ciekawe miejsca. No i sport! Chociaż na nartach słabo jeździł. Późno zaczął się uczyć… Ale lubił jeździć. No i muzyka rockowa, którą kochał tak jak ja. Jako kandydat na prezydenta miał ułożyć subiektywną listę najlepszych rockowych kawałków, a ja mu pomagałam. I jak słyszę „In the army now” zespołu Status Quo, to zawsze myślę o Jurusiu… Albo „Stairway to heaven” albo Metalliki „Nothing else matters”.

Ballady rockowe was łączą.
– Tak! To najlepsza rzecz, jaka może być. Tu byliśmy zgodni. Ale też dawał się zaciągnąć do filharmonii. Choć pamiętam, to było w marcu 2010 r., niedługo przed katastrofą, że dostał zaproszenie na koncert tylko dla jednej osoby. I wtedy ja poszłam na ten koncert sama. Przechodziłam w przerwie korytarzem i naprzeciwko mnie szła para prezydencka. Prezydent Lech Kaczyński z małżonką. A my się znałyśmy! Przy różnych okazjach się spotykałyśmy. I wtedy ona, jak mnie zobaczyła, powiedziała: „Leszku, to pani Szmajdzińska”. Podeszłam, przywitałam się. Oni odeszli i dosłownie za parę sekund pan prezydent się odwrócił i mówi do mnie: „A pani sama? A gdzie mąż?”. Odpowiedziałam: „Panie prezydencie, było zaproszenie tylko dla jednej osoby”. On tak spojrzał na mnie i odparł: „Ale świństwo!”, żartobliwie… Że Jurek jako wicemarszałek Sejmu nie dostał zaproszenia dla dwóch osób.

Bo powinien dostać.
– Chciałabym, żeby Jurek był zawsze wspominany tak, jak wspominany jest dzisiaj – że był bezpośredni, naturalny, uczciwy. Był normalnym facetem. Pamiętam, jak był ministrem obrony – żadnych tłumów ochroniarzy, żadnej niesamowitej obstawy. Kiedy jechał do swojego okręgu, to albo sam, albo z kolegą samochodem. Normalność! Więc bardzo mi smutno, że jest jej coraz mniej. Kiedy przyszłam w roku 2011 do Sejmu, to właściwie każdy obywatel mógł na teren Sejmu wejść, zdjęcia porobić…

A teraz szlabany, barierki.
– Jest mi bardzo przykro z tego powodu. I marzę o tym, żebyśmy wrócili do normalności. I żeby polityką zajmowali się ludzie tego godni. Bo tak powinno być, że robi się coś dobrego dla innych i minimalizuje korzyści dla siebie. Że do polityki idzie się, aby robić dobre rzeczy dla ludzi. Jurek taki był. Pod tym względem był wzorem. Nigdy nie słyszałam złego słowa na jego temat, od nikogo. Notabene smutno mi, że 7 kwietnia w Sejmie się nie spotkamy. Na ten dzień było zaplanowane spotkanie wspominkowe w Sali Kolumnowej, marszałek Witek wydała na nie zgodę parę tygodni temu. Ponad 200 osób zadeklarowało udział, typowe wspominkowe spotkanie o trojgu posłów lewicy – Joli Szymanek-Deresz, Izie Jarudze-Nowackiej i Jurku. Klub Lewicy to organizuje. I niestety… Odwołany został też koncert, który nasza fundacja zaplanowała w Jeleniej Górze.

Nie mamy szans uciec od tego, co się wydarzyło

A 10 kwietnia gdzie pani będzie?
– Miałam telefon z kancelarii premiera, czy będę uczestniczyła w wyjeździe do Smoleńska. Nie, my nie będziemy. Myśmy byli w Smoleńsku, ja i dzieci, pół roku po katastrofie. I to wystarczy. A w rocznicę tej strasznej chwili, 10 kwietnia, w ten poranek, zawsze jesteśmy przy grobie Jurka. Z rodziną, z przyjaciółmi. A już szczególnie w 10. rocznicę śmierci nie wyobrażam sobie, żebym nie była przy grobie mojego męża. To dla mnie absolutnie najważniejsze. Tu, w Wilanowie, jest z moim tatą pochowany, więc gdy ich odwiedzam, zawsze mówię: „Cześć chłopaki!”.

To była dobra decyzja, żeby tu męża pochować?
– Dobra. Aczkolwiek początkowo była krytykowana: „Ale, Małgosiu, to musi być godnie, na Powązkach”… Odpowiadałam: „Tutaj musi być pochowany, z moim tatą”. Tym bardziej że o tacie dobrze mówił, że to był najlepszy człowiek, jakiego spotkał. Nie miałam wątpliwości. Potem wszyscy koledzy, którzy mnie krytykowali, mówili, że to była bardzo dobra decyzja. Zwłaszcza że tu mamy pewną kameralność, można się skupić, no i jest blisko.

Gdy rozmawialiśmy dwa lata po śmierci męża, mówiła pani, że trudno wszystko sobie ułożyć. Po tych 10 latach…
– …ułożyć sobie trzeba, bo życie idzie do przodu. Trzeba żyć, trzeba wspierać dzieci, to jest superważne. Szczególnie że w taki sposób straciły tatę. Ale to nie takie proste. Podjęłam pewne decyzje, żeby iść do polityki, gorąco namawiana i mając ten temperament. Zresztą zawsze miałam swoje poglądy i Jurusiowi podsuwałam swoje opinie. Podsuwałam mu na karteczkach. Albo zakreślając artykuły.

Karteczki! Słynął z nich.
– Tak, pisał sobie wszystko na karteczkach, przyklejał je, wkładał. Taki był! A ja? Człowiek musi sobie pewne rzeczy ułożyć. A jeśli to był szczęśliwy i dobry związek, życie już nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Życzę każdemu, mając za sobą te doświadczenia, żeby był w stanie jakoś sobie to życie ułożyć, unormować. Nawet spotkać na swojej drodze kogoś, z kim będzie chciał przeżyć kolejne lata. Tak też w życiu się dzieje. W moim przypadku – nie. Bo nic na siłę się nie robi. A w ogóle to dla mnie najfajniej by teraz było, gdybym została babcią! Nie miałabym nic przeciwko temu. I chciałabym, żeby moje dzieci były szczęśliwe. Chciałabym dożyć długich lat w dobrej formie. Jak Danuta Szaflarska. 102 lata! We wspaniałej formie. Oczywiście nigdy nie pogodziłam się z tym, co się stało. I zawsze myślałam, że ani Juruś na to nie zasłużył, ani ja na to nie zasłużyłam. Ani dzieci, ani Jurka rodzice, już oboje nieżyjący. Ale nie mamy szans uciec od tego, co się wydarzyło, dlatego dzisiaj trzeba się cieszyć każdym dniem, być porządnym człowiekiem, mieć swoje plany.

Jakoś to pani sobie ułożyła.
– Mniej więcej. Bo trzeba było sobie ułożyć. Ale moje życie to jest życie A i życie B. Do katastrofy – wspaniałe, szczęśliwe. Po katastrofie – już zupełnie inne. Ale jakoś dałam radę. Teraz najważniejsze jest, żeby dzieci były szczęśliwe i ułożyły sobie życie. Bo co dla rodziców może być ważniejsze?

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy