Więzień numer 466/64

Więzień numer 466/64

Mandela nie uważał się za kogoś gorszego. Tym chyba najbardziej obezwładniał więziennych strażników i wszystkich wrogów

Szukałem wyjaśnienia, co dawało Mandeli tę siłę, co pchało go do walki, w której nie tylko wydawał się skazany na porażkę, ale wręcz został pokonany. Czy było to męstwo, czy może strach przed rzeczywistością odartą ze złudzeń i marzeń, przed stawieniem czoła sprawom nieodwracalnym?
– Może to dlatego, że święcie wierzył w to, co robił, bo nawet przez chwilę nie wątpił, że odzyska wolność, zanim umrze – odparł Bizos. – Już pierwszego dnia zesłania uznał, że na wyspie pozostaje mu zająć się tym samym, co robił na wolności, toczyć tę samą walkę w innym miejscu i w innych warunkach. (…)
Jako adwokat Mandeli Grek był na wyspie jego najczęstszym gościem, a także posłańcem i pośrednikiem w kontaktach z pozostawionym na lądzie światem. Kiedyś Mandela powiedział mu, że nawet z czasu, który wydaje się stracony, można uzyskać dla siebie korzyści, a wtedy człowiek nie ma poczucia, że zmarnował życie.

W TAMTYCH CZASACH wyrok dożywocia oznaczał, że skazaniec naprawdę do śmierci pozostanie za kratami. A wichrzyciele i buntownicy występujący przeciwko zastanemu porządkowi i panowaniu białych w więzieniu byli traktowani surowiej niż najgorsi złoczyńcy. Wśród tych nieszczęśników zaś najgorszy los czekał czarnoskórych.
Więźniów politycznych przetrzymywano w oddzielnym, otoczonym wysokim murem parterowym budynku. Jego cztery skrzydła tworzyły niewielki dziedziniec. Wychodziły nań okna niewielkich, pojedynczych cel.
Skazańców osadzano także w celach wieloosobowych, ale Mandela i jego towarzysze, jako wywrotowcy szczególnie niebezpieczni, trafili do pojedynczych cel (…).
Kiedy nocą Mandela kładł się na cienkiej słomianej macie i opierał stopami o mur, palcami wyciągniętych za głowę dłoni mógł sięgnąć przeciwległej ściany. Poza zwijaną na dzień matą i trzema kocami, blaszaną miską i kubkiem na wodę oraz kubłem na nieczystości w celi nie było żadnych sprzętów.
Każda cela miała dwoje drzwi. Jedne, z żelaznych krat, pozostawały zamknięte przez cały czas. Drugie, drewniane, grube, z judaszem, otwierano na dzień. Do drzwi była przytwierdzona metalowa tabliczka z nazwiskiem, imieniem i numerem więźnia.
Mandela nosił numer 466/64, oznaczający, że był 466. więźniem zesłanym na wyspę w roku 1964.

KAŻDY DZIEŃ ZACZYNAŁ SIĘ pobudką o świcie. Latem o piątej, zimą o szóstej. Mieli pół godziny na zrobienie porządku w celi, opróżnienie kubłów z nieczystościami i toaletę w niewielkiej łaźni w zimnej, czerpanej z morza wodzie.
Po półgodzinnym spacerze pod nadzorem wartowników z psami w wielkich kotłach przynoszono na korytarz śniadanie. Inne dla Hindusów, inne dla czarnych więźniów. Czarnoskórym nie wydawano na przykład chleba, pod pozorem, że Afrykanie go nie jedzą.
Czarnoskórzy mieli też inne więzienne stroje. Otrzymywali krótkie spodenki z drelichu i sandały, podczas gdy Hindusi i mieszańcy mogli nosić spodnie z długimi nogawkami i trzewiki.
Po śniadaniu więźniowie byli wyprowadzani do pracy na dziedziniec, gdzie tłukli na drobnicę zwożone taczkami kamienie. Potem wieziono ich do kamieniołomów, a w końcu na plażę, gdzie w kamienistych zakolach zatok łowili wodorosty.
Pracę przerywano w południe, na obiad. Po godzinnym odpoczynku wracali do tłuczenia kamieni lub brodzenia w nadbrzeżnych wodach. Aż do czwartej po południu. Wtedy wracali do więzienia. Dostawali pół godziny na toaletę, po czym wydawano im kolację, którą zjadali już w swoich celach. Nie wolno im było z sobą rozmawiać, a za nieposłuszeństwo byli karani karcerem. (…)
Mandela i inni buntownicy mieli podczas całego pobytu na wyspie pozostawać odcięci od wszystkiego, co działo się w świecie na lądzie.
Nie dostawali gazet, a w wydzielonej dla nich części więzienia nie działał radiowęzeł, z którego mogliby usłyszeć choćby wyniki zawodów sportowych czy prognozę pogody. Odebrano im zegarki i nawet czas odmierzali im strażnicy.

MIELI PRAWO do napisania do najbliższej rodziny lub otrzymania od niej jednego listu na pół roku, liczącego nie więcej niż 500 słów. Wolno im było pisać wyłącznie o sprawach osobistych, ani słowa o pobycie w więzieniu, ani słowa o polityce czy czymkolwiek, co zatrącałoby o politykę.
Wszystkie listy przechodziły przez ręce więziennych cenzorów, którzy pieczołowicie wyławiali słowa i zdania niezgodne z regulaminem lub niezrozumiałe. (…)
Niektórzy cenzorzy, gdy uznali, że list składa się z samych niedozwolonych treści, pozwalali go więźniowi poprawić. Inni po prostu darli takie listy na kawałki i wyrzucali do kosza, nawet nie powiadamiając o tym nadawcy, który na darmo, z narastającą niecierpliwością i poczuciem krzywdy, czekał na odpowiedź na list, który nigdy nie dotarł do rąk adresata.
Zdarzali się też cenzorzy, którzy na rozkaz przełożonych, z nudów lub czystej złośliwości podrabiali charakter pisma kobiet pozostawionych przez więźniów na lądzie. Podczas ciągnących się godzin na służbie preparowali listy nasączone zabójczą trucizną, która wywoływała ataki zwątpienia, zbolałej tęsknoty, podejrzliwości przyprawiającej o obłęd. (…)
Ukojenia nie dawały też odwiedziny, do których mieli prawo tylko raz na pół roku. Nie wolno im było dotknąć najbliższych. Mogli rozmawiać przez pół godziny w kabinie, rozdzieleni grubą szybą. Trzeba było podnosić głos, a nierzadko przekrzykiwać się z innymi odwiedzającymi.
Mogli rozmawiać wyłącznie w języku znanym przydzielonemu strażnikowi, który czujnie przysłuchiwał się rozmowie i przerywał ją, żądając wyjaśnień, ilekroć padały w niej słowa lub imiona dla niego niezrozumiałe. Więzienne przepisy nie zezwalały na odwiedziny dzieci.

WARTOWNICY, a także naczelnicy więzienia bywali rozmaici. Byli nimi niemal wyłącznie Afrykanerzy, wychowani w przeświadczeniu, że więźniowie, których rozkazano im pilnować, stanowią śmiertelne zagrożenie jako zbrodniarze, bezbożnicy i ludojady, śniący o mordach i gwałtach. Ale podczas gdy jedni tylko sumiennie wykonywali rozkazy, drudzy znajdowali przyjemność w poniżaniu jeńców, zadawaniu im dodatkowego cierpienia. Jeszcze inni marzyli tylko o tym, by mieć święty spokój. Nie znali czarnoskórych, nie mieli wśród nich przyjaciół, a biały rząd wbił im do głowy, że tacy jak Mandela są gorsi niż wampiry żywiące się ludzką krwią. A to od nich zależało, jak miało wyglądać życie czarnych na wyspie.
Mandela uznał, że na dobrą sprawę niewiele różniło się ono od życia, jakie on sam i inni czarni wiedli poza więziennymi murami. Wyspa była dla niego niewolą, ale przecież i na lądzie nie mógł się uważać za człowieka wolnego.
Skoro właśnie przeciwko tej niewoli podjął walkę na lądzie, dlaczego miałby ją porzucić na wyspie? Tam chciał przekonać do swoich racji biały rząd, tu miał za przeciwnika białych strażników z ich uprzedzeniami i lękami.
– To byli prości, niewykształceni ludzie, których niezmienny obraz świata opierał się na przekazywanych z pokolenia na pokolenie utartych poglądach i wzorach – mówił Bizos. – Wpajano im, że racja jest po ich stronie i że stoją na straży porządku i prawa, ale o tym, czym jest to prawo, nie mieli zielonego pojęcia. Dla Mandeli, polityka i sprawnego adwokata, obeznanego z przepisami i prawniczym żargonem, byli wdzięcznym przeciwnikiem, ale i wyzwaniem.
Walka, jaką z nimi podjął już od pierwszego dnia zesłania, nie była konfrontacją pełną wrogości, pogardy i żądzy unicestwienia przeciwnika. Była to gra, w której od siły ważniejsza była przebiegłość, w której liczył się spryt, podstęp. (…)
Do pierwszej bitwy doszło tuż po przybyciu skazańców na wyspę. Biali wartownicy, poszturchując więźniów, ustawili ich na brzegu w kolumnę, a następnie kazali biec truchtem do więziennego baraku.
Mandela uparł się jednak maszerować własnym tempem. Poczuł coś nieokreślonego, co nie pozwalało mu przyspieszyć, choć przeczuwał, że opór grozi wybuchem furii wartowników. Prowadząc kolumnę, zwalniał jej marsz i to on narzucał tempo, do którego musieli się dostosować strażnicy, coraz bardziej wściekli i czekający tylko na pretekst, by rzucić się na więźniów.
Kiedy jeden z wartowników z zaciś­niętymi pięściami zbliżył się do Mandeli, ten warknął złowieszczo: „Tknij mnie palcem, a przeciągnę cię przez wszystkie sądy tego kraju i oskubię z ostatniego grosza. A kiedy już z tobą skończę, do końca życia będziesz biedny jak mysz kościelna”.
Strażnik stanął jak wryty, a zanim otrząsnął się ze zdumienia, koledzy odciągnęli go na bok. Kolumna pomaszerowała w stronę więzienia, nikt już nikogo nie poganiał.

NA WYSPIE często się zdarzało, że biali wartownicy pastwili się nad więźniami. Nie raz i nie dwa dochodziło do rękoczynów, brutalnych pobić. Spotykało to innych, ale na Mandelę nikt nigdy nie podniósł ręki.
Musiał onieśmielać strażników posturą atlety, z którym nawet nierówna walka nie dawała pewności wygranej. Przede wszystkim jednak był w nim majestat, otaczający go jak obronne mury.
Najbardziej zaskakiwał strażników tym, że nie zachowywał się jak czarnuch. Nie był usłużny, nadskakujący, pokornie godzący się z rolą sługi, którego jedynym powodem istnienia jest słuchać rozkazów i spełniać zachcianki białego pana.
Mandela zaś wcale nie uważał się za kogoś gorszego, napiętnowanego barwą skóry. Tym chyba najbardziej obezwładniał więziennych strażników i wszystkich swoich wrogów.
Miał czarną skórę, ale nie był czarnuchem. Był czarny, ale zachowywał się jak biały i odwoływał się do tego wszystkiego, co dla białych było świętością. (…)
Mandela starał się nie łamać prawa, a jeśli już naruszał przepisy, to świadomie i celowo, gotów ponieść konsekwencje. Jako adwokat znał niezrozumiałą dla wartowników mowę paragrafów, regulaminów i procedur, wiedział doskonale, jak się nimi posługiwać i czerpać z nich korzyści.
Sposób, w jaki się odnosił do przeciwników, był jego najskuteczniejszą bronią. Nie pielęgnował konfliktu, bez czego wielu nie potrafi żyć. Z nieprzyjaciółmi pragnął co prędzej zawrzeć pokój, a zaraz potem przerobić ich na swoich sprzymierzeńców. Początkiem tej przemiany był zawsze głęboki – jeżeli nie szczery, to mistrzowsko udawany – szacunek, jaki okazywał swoim prześladowcom i wszystkim, którzy byli mu nieżyczliwi.
Wyrażał to swoją uprzejmością, staroświecką elegancją, starannym i wyszukanym doborem słów. Starał się z ludźmi rozmawiać w ich języku, z uważną ciekawością wysłuchiwał ich sądów i opowieści. Zapamiętywał tysiące szczegółów i nawiązywał do nich przy każdej okazji, czym ujmował rozmówców i pozwalał im myśleć, że są wyjątkowi i ważni.
George Bizos wspominał jedną ze swoich wizyt na wyspie, kiedy Mandela przerwał nagle rozmowę, jakby coś sobie przypomniał. „Proszę mi wybaczyć, że nie przedstawiłem sobie panów – powiedział, zwracając się do przysłuchujących się rozmowie strażników. – Panowie oficerowie, oto mój adwokat, sławny George Bizos. George, to moja świta, panowie van der Merwe, Botha, Malan, Viljoen”. (…)
Mandela w rzeczywistości wcale nie okazywał się czarnuchem ani wściekłym ogrem, którym władze straszyły białych obywateli. Zdobywał szacunek strażników, nawiązywał z nimi osobistą relację, która wykluczała pogardę i złośliwe okrucieństwo. Wkrótce nie potrafili już odmówić jego prośbom, które nigdy nie były natrętne, a zdawały się dotyczyć spraw błahych.
Nawet nie spostrzegli, kiedy on, więzień, przejął nad nimi władzę – to on nimi kierował, choć z pewnością uważali, że to oni wciąż mówią mu, co ma robić, a czego mu nie wolno. (…)

PIERWSZĄ BITWĘ wydał o prawo do noszenia w więzieniu długich spodni, które przysługiwały Hindusom i mieszańcom, ale nie czarnym. Nosząc szorty, Mandela czuł się upokorzony. Powtarzał, że na wolności za nic by ich nie włożył i w ogóle uważa, że dorosłemu mężczyźnie taki strój nie przystoi. Zamęczał władze więzienne litaniami próśb i skarg, znosił pobyty w karcerze. Zajęło mu to trzy lata, ale w końcu naczelnik więzienia oznajmił, że w magazynie wydadzą mu długie spodnie. Oniemiał, gdy Mandela powiedział, że skoro długie spodnie nie są naruszeniem regulaminu, naczelnik z pewnością wydzieli je wszystkim czarnoskórym więźniom. (…)
Równie długa okazała się walka o prawo do posiadania przez więźniów okularów do czytania. „Co nam z tego, że pozwala się nam podejmować korespondencyjne studia, skoro wielu z nas bez okularów nie przeczyta żadnej książki?”, przekonywał Mandela naczelnika więzienia.
Otrzymawszy zgodę na okulary do czytania, zaczął prosić o okulary do pracy w kamieniołomach, które chroniłyby przed jaskrawym światłem słonecznym, a także przed drobinami, które przy kruszeniu głazów uszkadzały oczy. Mandeli na przykład zatkały się kanaliki łzowe. Dopiero jako prezydent poddał się zabiegowi ich udrożnienia.
Gdy zwyciężył w jednej batalii, natychmiast wydawał kolejną bitwę. O to, by strażnicy nie wołali więźniów po imieniu, by skazańcy, zwracając się do nich, nie musieli używać uniżonej formy baas, „jaśnie panie”. Kruszył kopie o lepszy i jednakowy dla wszystkich więzienny wikt. Tu zwycięstwo odniósł połowiczne. Naczelnik zgodził się, co prawda, by czarni jedli to samo co Hindusi i mieszańcy, ale zamiast zwiększyć i urozmaicić posiłki dla czarnych, polecił kucharzom wydawać skąpsze porcje wszystkim pozostałym więźniom.

PRZEKONAŁ WIĘZIENNE WŁADZE, by zniosły zakaz rozmów podczas pracy i spacerów. Odtąd banici toczyli gorące, trudne do rozstrzygnięcia, ciągnące się całymi dniami, a nawet miesiącami debaty. O istocie wolności i walki o nią, o zaletach i wadach komunizmu i o tym, czy przyzwoity człowiek może stać się komunistą. O zaletach i wadach obrzezania i o tym, czy wierność plemiennym tradycjom jest przeżytkiem, czy przejawem patriotyzmu. Równie zażarcie dyskutowano o piłce nożnej, jak i o tym, czy tygrysy pochodzą z Afryki.
Wydano im też gry planszowe, pozwolono grać w karty, szachy i warcaby, które Mandela upodobał sobie szczególnie. Nikt nie chciał z nim jednak grywać, bo przed każdym ruchem dumał godzinami, rozważał wszystkie możliwe scenariusze, jakby od przesunięcia pionka zależały losy świata.
U naczelnika więzienia wyprosił też, by wzbogacono księgozbiór w więziennej bibliotece. Nie sposób było mu odmówić, bo zabiegając o więcej książek, prosił wpierw o dzieła afrykanerskich poetów i pisarzy.
Choć więzienny regulamin zabraniał, by więźniowie mieli swoich przywódców czy przedstawicieli, sami naczelnicy więzienia, a także strażnicy tak właśnie traktowali Mandelę, a jego towarzysze, widząc sukcesy, jakie osiągał, chętnie się godzili, by upominał się o nowe przywileje i prawa.
Nie wszyscy jednak, bo Robert Sobukwe i jego zagorzali zwolennicy uważali, że walka o poprawę warunków życia w więzieniu jest szkodliwa. Podejmując ją – tłumaczyli – skazańcy przyznają, że ich czyny były zbrodnicze, i akceptują wymierzoną im karę. „Trzeba zmienić porządki w kraju – nauczał Sobukwe. – A wtedy zmienią się też porządki w więzieniu”.
Mandela przytakiwał, ale upierał się, że poza celami najważniejszymi należy podejmować walkę także o wszystko, co jest możliwe do wywalczenia. Nie potępiał jak inni przywódców rezerwatów tworzonych przez biały rząd dla każdego z czarnoskórych ludów z osobna. (…)
Mandela nie ze wszystkich bitew wychodził zwycięsko. Władze więzienne nie pozwoliły mu pojechać na pogrzeb matki, a rok później także na pogrzeb najstarszego syna, który zginął w wypadku samochodowym.
Przytrafiali się też naczelnicy i strażnicy, którzy czerpali przyjemność z przysparzania więźniom cierpienia. Próbowali pozbawiać ich przywilejów, które z takim trudem wywalczyli, a nawet odbierać im prawa najbardziej podstawowe, przysługujące im zgodnie z regulaminami. Nie przepuszczali żadnej okazji, by wpoić w skazańców przekonanie, że trafili na wyspę właśnie po to, by cierpieć.

MANDELA PISAŁ SKARGI do sądów i urzędów, a te wcześniej czy później dla świętego spokoju nakazywały odwołać z wyspy nadgorliwych nadzorców więziennych, po ich wyjeździe zaś wszystko wracało do dawnego rytmu i porządku rzeczy. W sukurs przychodzili też przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy odwiedzali więźniów na wyspie i dbali, by nie działa im się krzywda.
Biały rząd nie zamierzał litować się nad Mandelą i jego towarzyszami. Groźny buntownik Mandela miał zostać raz na zawsze wykluczony ze świata i wszystkich jego spraw. Świat miał zapomnieć o Mandeli, a nie wysłuchiwać jego narzekań i protestów, użalać się nad jego losem, a przede wszystkim pamiętać o przyczynach jego niewoli. Aby Mandela zniknął z ludzkiej pamięci, na wyspie skazańców musiały zapanować na zawsze cisza i spokój. (…)

Tytuł, zdjęcie i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Wojciecha Jagielskiego Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli, Znak, Kraków 2013, premiera 24 października

Wydanie: 43/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy