W wiosce trumien

W wiosce trumien

Dzieci z mieszkającego w Laosie plemienia Katu zaczynają palić już jako kilkulatki

Korespondencja z Laosu

Jasnozielone krzewy kawy i herbaty giną w gęstym czerwonym pyle wznoszonym przez naszego pickupa. Wszędzie go pełno, wciska się do oczu, drapie w gardle. Razem z Pierre’em, współtowarzyszem naszej podróży, bezskutecznie staramy się uszczelnić plandekę samochodu. Jedziemy jednym z odgałęzień drogi numer 20 na Płaskowyżu Bolevan w południowym Laosie. Jest środek pory suchej. Nic dziwnego, że ziemia wokół jest wyschnięta na pieprz.
Wszystko zawdzięczamy panu Wongowi – obrotnemu właścicielowi pensjonatu w mieście Pakxe. Bez problemu znaleźliśmy z nim wspólny język. Za Gomułki studiował mechanikę na Politechnice Warszawskiej, w wolnych chwilach śpiewając w kapeli rock’n’rollowej.
– Sabajdii! Sabajdii! – z toku myśli wyrywają nas okrzyki brudnych i obdartych dzieci.
– Sabajdii! (czyli cześć) – odpowiadamy zgodnym chórem.
– Wysiadka! Jesteśmy w wiosce trumien – oznajmia Lan, nasz przewodnik.
Otrząsamy się z czerwonego pyłu. Gramoląc się z paki, chwytamy za butelki z wodą i aparaty fotograficzne. Plecaki lepiej zostawić w kabinie kierowcy. Gromadka czarnowłosych dzieciaków osacza nas natychmiast.
– Pen! Sweet! Pen! – wyciągają rączki, domagając się słodyczy.
Mamy ze sobą torbę pełną tamaryndu. Jego ciemnobrązowe strąki kryją po 10 nasion otoczonych gęstą słodkawo-kwaśną masą. Muszą dzieciakom wystarczyć za słodycze. Na umorusanych twarzach o wielkich, nieco skośnych oczach pojawia się zadowolenie, w miarę jak zawartość torby znika w ich buziach.
Wioska trumien jest niewielką, rolniczą osadą bambusowych domów na palach zamieszkaną przez górskie plemię Katu – uciekinierów z dotkniętego wojną Wietnamu. Szacuje się, że zamieszkuje ich w Laosie około 20 tys., głównie w południowych prowincjach Sekong, Champasak oraz Saravan. Katu są jedną z 47 mniejszości etnicznych, które łącznie stanowią 40% blisko sześciomilionowej ludności Laosu.
Żyją ubogo, uprawiając ryż, ananasy, banany, kardamon i rattan, których ewentualne nadwyżki wymieniają na sól i inne potrzebne artykuły. Hodują też kury, świnie i bawoły. Najbiedniejsi w sezonie najmują się do zbioru kawy i herbaty na pobliskich plantacjach.
Mimo iż okoliczne tereny są żyzne, rolnictwo dla Katu nie jest zajęciem bezpiecznym. Po amerykańskich nalotach w latach 1965-1973 w kraju Miliona Słoni pozostały
2 mln ton bomb. Do dziś wiele pól nafaszerowanych jest niewypałami, które wieśniacy próbują usuwać sami, co często kończy się śmiercią lub kalectwem.
Swoją nazwę wioska trumien zawdzięcza charakterystycznemu zwyczajowi pochówku. Zgodnie z nim wieśniacy za życia przygotowują drewniane trumny i umieszczają je pod chatami, by tam oczekiwały na swych właścicieli. Po śmierci wraz z ciałami wynosi się je poza wioskę. Kilka lat później szczątki przekładane są do specjalnych urn, a trumny wracają do obiegu.
Nie jest to jedyny znak rozpoznawczy plemienia Katu. Jako wyznawcy animizmu jego członkowie czczą przodków, duchy natury i bóstwa leśne, zdobywając ich przychylność m.in. ofiarami z bawołów. Obecnie ze względu na ograniczenia nałożone przez rząd Laosu ceremonii całopalnej dokonuje się jedynie raz do roku w okresie żniw. Podczas uroczystości mężczyźni odziani w drewniane maski oraz uzbrojeni we włócznie i tarcze odbywają rytualny taniec dookoła zapędzonych do centrum wioski bawołów. Punktem kulminacyjnym jest rzeź dokonana na zwierzętach, których mięso umieszcza się w koszach przed każdym domostwem jako pokarm darowany duchom. Składanie ofiar z ludzi już dawno zostało zakazane.
Kobiety wychodzą za mąż już w wieku 15 lat, szybko zapewniając oblubieńcowi licznych potomków, jednak na niegdyś popularne wielożeństwo obecnie mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi oraz wodzowie wioski. Dzieciństwo Katu nie jest bynajmniej sielanką. Odkąd są w stanie biegać, obciążone zostają licznymi obowiązkami. Najważniejsza jest opieka nad młodszym rodzeństwem, ale często również pasą bydło, zbierają chrust czy pomagają przy żniwach.
Odrębność kulturowa, kultywowana przez członków plemienia, przejawia się również w tradycji palenia tytoniu, z której nie chcą zrezygnować mimo świadomości szkodliwości nałogu. Palą tu wszyscy, nawet kilkuletnie szkraby, które ledwo są w stanie utrzymać potężną, bambusową fajkę, szybko przechodzącą z rąk do rąk. Wiele z tych dzieciaków nie doczeka wieku dorosłego. Już teraz maluchy kaszlą jak ludzie ciężko chorzy na gruźlicę. Ten kaszel ciągnie się za nami jeszcze długo po wyjeździe z wioski.

 

Wydanie: 23/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy