Wojna o tajne akta wywiadu

Wojna o tajne akta wywiadu

Dlaczego PiS tak bardzo zależy na przejęciu WSI

Co jest najważniejszą troską nowego rządu? Bezrobocie? Budownictwo? Pieniądze z Unii? Gospodarka? Nic z tych rzeczy, tu panuje cisza. Reflektory skierowane są w inną stronę. W stronę służb specjalnych. Rząd nie czekał na wotum zaufania, nad którym głosowanie ma się odbyć w Sejmie 10 listopada, lecz czym prędzej pozmieniał szefów w ABW i Agencji Wywiadu. A już na pierwszej swojej konferencji prasowej premier Kazimierz Marcinkiewicz zapowiedział, że Wojskowe Służby Informacyjne zostaną zlikwidowane. „W miejsce WSI będą powołane jednostki, które zagwarantują bezpieczeństwo Polski”.
W sprawie wojskowych służb specjalnych liderzy PiS mówią zresztą jednym głosem. Nowy minister-koordynator ds. służb specjalnych, Zbigniew Wassermann, mówi, że WSI trzeba rozwiązać, bo we wszystkich aferach pojawiają się oficerowie WSI, poza tym w służbie tej ujawniono wielu rosyjskich agentów. Wassermann nie podaje przykładów na poparcie swych oskarżeń, ale jego wypowiedzi budują atmosferę. Rozwiązania WSI i kontrolowania służb wojskowych chcą też bracia Kaczyńscy. I prezydent elekt Lech Kaczyński, i jego brat Jarosław. Ten punkt był w programie wyborczym PiS, politycy tej partii powtarzali go jak mantrę.

Jak zjeść ciastko

Pomysłów na opanowanie WSI mieli zresztą kilka. Był moment, kiedy mówiono, że zostanie wymieniony szef WSI i gen. Dukaczewskiego zastąpi poseł PiS Przemysław Gosiewski. Szybko to jednak padło. Gdyż, po pierwsze, ustawa o WSI mówi wyraźnie, że szefem tych służb może być zawodowy wojskowy, pełniący służbę stałą. A Gosiewski na razie jest cywilem. Po drugie, w wojsku obowiązuje kadencyjność, reguluje to ustawa, a rok temu Dukaczewski został powołany na trzyletnią kadencję. Więc odwołanie go czy też skrócenie mu kadencji nie jest sprawą prostą, tego nie da się zrobić nie tylko w kilka dni, ale nawet miesięcy.
Oczywiście, można zmienić ustawę. Ale zmiana ustawy o WSI pociągnęłaby za sobą konieczność zmian kilku innych ustaw dotyczących sił zbrojnych, cały proces legislacyjny wymagałby kilku miesięcy. Zakładając, że wokół „sprawy służb wojskowych” zbudowano by w Sejmie trwałą większość.
Ekipa PiS wpadła więc na inny pomysł. Premier Marcinkiewicz wydał rozporządzenie, w którym określił kompetencje ministra Wassermanna. Zgodnie z tym rozporządzeniem, minister może żądać od służb specjalnych informacji dotyczących m.in. planowania działań, zasad i trybu realizacji zadań, polityki kadrowej, współdziałania ze służbami zagranicznymi. Czyli może żądać praktycznie wszystkiego.
Sęk tylko w tym, że rozporządzenie premiera nijak się ma do ustawy o WSI, która w art. 9 wyraźnie mówi, że szef WSI podlega bezpośrednio ministrowi obrony narodowej. I tylko jemu. W praktyce wygląda to tak, że minister-koordynator może się kontaktować z szefem WSI, ale tylko poprzez szefa MON.
Jak więc Marcinkiewicz wyobraża sobie współpracę Wassermanna z WSI? Jaką rolę widzi dla ministra obrony Radka Sikorskiego? Pamiętajmy, że rozporządzenie Marcinkiewicza stawia Sikorskiego w sytuacji prostego wyboru – albo mu się przeciwstawia, walcząc o pozycję silnego ministra, przynajmniej w części tak silnego jak Jerzy Szmajdziński w rządach Millera i Belki, albo stosuje się do rozporządzenia -godząc się tym samym na rolę słabego i zmarginalizowanego.
Symptomatyczne jest zresztą to, że w całym tym zamieszaniu Sikorski milczy. Nie wypowiedział się, czy WSI będzie likwidował, czy też nie. Wiemy tylko, że spotkał się z szefem WSI, gen. Dukaczewskim. O czym panowie rozmawiali? Z oficjalnych informacji wynika, że generał przedstawił ministrowi „aktualne kierunki działań” podległych mu służb. Wiemy też, że obaj ustalili, że do czasu wyjaśnienia sytuacji wokół WSI gen. Dukaczewski nie będzie się wypowiadał w mediach. O tym poinformowała nas rzecznik WSI, kpt. Małgorzata Ossolińska.
W praktyce mamy więc skrzętnie skrywaną wojnę – bracia Kaczyńscy z hukiem prą do przejęcia wojskowych służb specjalnych, nie bacząc na obowiązujące ustawy. Służby instynktownie się bronią – wiadomo bowiem, że dzień, w którym wejdą do nich politycy, będzie początkiem ich końca. Ta obrona to uniki – chowanie się za obowiązującymi ustawami, tłumaczenie decydentom swoich racji, dyskretny lobbing. I próba argumentów typu: co na to sojusznicy z NATO? Czy zgodzą się na rozwalenie służb, z którymi prowadzą tyle wspólnych akcji? A bezpieczeństwo państwa – warto je narażać?
Czy ta taktyka przyniesie sukces?
Cztery lata temu podobne zamiary przebudowania WSI miał także SLD. Zbigniew Siemiątkowski, autor ówczesnej reformy służb specjalnych, tłumaczy dziś, że jemu chodziło o coś zupełnie innego niż Kaczyńskim. „Chodziło mi o strukturalne zmiany – tłumaczy. – Uważałem, że kontrwywiad wojskowy powinien być w rękach ministra obrony, a wywiad musi być podzielony – na część stricte wojskową, która powinna być przyporządkowana szefowi Sztabu Generalnego, oraz część strategiczną, którą powinna być włączona do Agencji Wywiadu. To się nie udało. Pałac Prezydencki wybrał inną koncepcję. Dziś zmiana jest taka, że prezydent elekt nie będzie bronił WSI, no i – odnoszę wrażenie – Kaczyńskim nie tyle chodzi o reformę służb, ile o zdobycie ekskluzywnej wiedzy, którą te służby mają. O tym marzą od lat. A to iluzja. Z wchodzeniem w służby jest jak z wkładaniem ręki do filiżanki z rtęcią. Rękę się włoży, rtęci się nie złapie…”.
Trudno oprzeć się sugestii tego porównania. Zwłaszcza jeśli się pamięta, że prawica już miała swojego człowieka na stanowisku szefa WSI – był nim w latach 1997-2001 gen. Tadeusz Rusak. Za jego czasów ze służby odeszła jedna trzecia ówczesnych oficerów WSI. A przecież nikt nie powie, że Rusak trząsł wojskowymi służbami…

Całe zło

Siemiątkowski chyba dość dobrze odczytuje intencje PiS. Bracia Kaczyńscy stworzyli własną historiografię, filozofię historii III RP. Obaj od lat powtarzają, że w Polsce rządzi tajemniczy „układ”, sieć wzajemnych powiązań byłych i obecnych funkcjonariuszy służb specjalnych, którzy weszli w świat biznesu i, pośrednio, polityki. „W III RP – mówił Jarosław Kaczyński kilka dni temu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” – funkcjonuje czworokąt: pewna część polityków, pewna część środowisk biznesowych, pewna część służb specjalnych i pewna część zorganizowanej przestępczości. Zbigniew Wassermann jest na pewno jednym z najlepiej predestynowanych w Polsce ludzi do walki z nimi”.
Tę historiografię o „układzie”, o „towarzystwie” liderzy PiS przez powtarzają od lat. Jest to o tyle śmieszne, że w swym politycznym życiu oni sami próbowali budować własne układy. Lech Kaczyński, gdy był szefem BBN w kancelarii prezydenta Wałęsy, zatrudnił tam czterech oficerów wojskowych służb specjalnych i na ich bazie próbował budować nową strukturę. Gdy Kaczyńscy byli szefami PC, budowali stowarzyszenie przedsiębiorców PC, nie wahali się również wchodzić w biznesowe konszachty z Grzegorzem Tuderkiem, wówczas szefem centrali Budimex. Wreszcie to ich bliski współpracownik, Maciej Zalewski, odbywa karę pozbawienia wolności za to, że ostrzegł Gąsiorowskiego i Bagsika i dzięki temu mogli oni wyjechać z kraju.
Kaczyńscy pytani o tamte historie tłumaczą, że chodziło im o sprawy wyższe, poza tym padli ofiarą spisku tajnych służb. Janusz Pineiro, który oskarżał ich o przyjmowanie pieniędzy z niewiadomych źródeł, to – ich zdaniem – agent wojskowych służb specjalnych. Kaczyńscy przypominają też „szafę płk. Lesiaka”, czyli specjalny zespół, który istniał w gabinecie szefa MSW, Andrzeja Milczanowskiego, i który, wykorzystując agenturę, zwalczał PC.
Czy więc obecny pęd, by przejąć służby, to echo tamtych czasów? Obawa, że coś podobnego może się powtórzyć? Że trzeba kontrolować to, co tajne, by czuć się bezpiecznie?

Trzecie dno

Historiografia Kaczyńskich jest historiografią polskiej prawicy – że oto przed Okrągłym Stołem zawiązany został spisek i gen. Kiszczak przy pomocy swoich agentów rozmieszczonych w aparacie władzy, w opozycji i w tworzącym się biznesie doprowadził do transformacji, do przejścia z socjalizmu do kapitalizmu. Ta wersja polskiej drogi do kapitalizmu, choć wierzy w nią szereg prawicowców, ma jedną wadę – trzeba w nią wierzyć, bo nie ma na jej potwierdzenie żadnych materialnych śladów. Służby cywilne w ostatnich latach zostały dość dokładnie spenetrowane przez polityków, swoje zrobili także „historycy” w IPN. Ani jedni, ani drudzy nie odnaleźli dokumentów, które potwierdzałyby wielki spisek.
Wierzący w niego idą więc dalej – ich zdaniem, ręka ukryta była głębiej – w służbach wojskowych, bliskich Kiszczakowi i Jaruzelskiemu, bardziej tajnych, o których niewiele wiemy.
Poszlaka na potwierdzenie tej tezy przyszła zupełnie niedawno. Dwa lata temu Andrzej Barcikowski napisał do prezydenta wniosek o generalską nominację dla swego zastępcy, płk. Tarnowskiego. Tarnowski był jednym z założycieli UOP w roku 1990, to on m.in. weryfikował oficerów SB. Tymczasem razem z wnioskiem o nominację w świat poszła informacja, że był on w latach 80. współpracownikiem służb wojskowych. Wniosek nasuwał się zatem jeden – UOP, nowe, demokratyczne, cywilne służby specjalne, był organizowany przez ludzi ze służb wojskowych. Czyli cała demokratyczna transformacja była procesem kontrolowanym.
Na to nałożył się jeszcze jeden element – otóż na początku lat 90. zaczęły rozkwitać fortuny polskich oligarchów. Owszem, daleko im do oligarchów rosyjskich, ale najbogatsi zgromadzili wielkie majątki, działając w przestrzeni kapitał prywatny-państwo. Wykorzystując prywatyzacje, koncesje, przetargi, kontrakty, nowo otwierające się możliwości. Co znamienne, w ich firmach na ważnych stanowiskach znaleźli się ludzie wywodzący się ze służb specjalnych.
Czy ten sukces to efekt ich przenikliwości, pracowitości i szczęścia? Czy też związków ze służbami specjalnymi?
Politycy prawicy nie ukrywają, że wierzą w tę drugą wersję. Nie bez przyczyny śledczy z komisji orlenowskiej domagali się teczek Jana Kulczyka i jego ojca i dopytywali się o jego związki z wojskowymi służbami specjalnymi. „To jest takie marzenie Wassermanna, Macierewicza, Kaczyńskich, że wchodzą do WSI, otwierają szafę, a tam mają teczki – Kulczyk, Krauze, Wejchert, Solorz-Żak, inni – i wszystko wiedzą, i sami zaczynają pociągać za sznurki”, opowiada nam jeden z rozmówców, polityk PO, którego wypytywaliśmy, dlaczego Kaczyńscy tak bardzo chcą przejąć WSI. „Zdaje się, że muszą ją otworzyć, żeby przekonać się, co tam jest naprawdę. Ta ich chęć zajrzenia i wiara, że jak się zajrzy, to się wszystko zobaczy i wszystko będzie jasne, przypomina trochę wiarę Jana Olszewskiego z roku 1992”.
Jeden z byłych oficerów WSI, kiedy o tym z nim rozmawialiśmy, tylko się roześmiał: „Jeżeli nawet jakieś związki były, to już dawno, po kilkunastu latach III RP, straciły znaczenie. To jest już wiedza historyczna. Poza tym niech pan spojrzy, kto z dawnej kadry został w WSI. Starzy odeszli, młodzi nie muszą wiedzieć”.
Nasz rozmówca przyznaje, że w służbach specjalnych biurokracja jest prowadzona prawidłowo i skrupulatnie, ale pewne sprawy umierają w sposób naturalny: „Jeżeli nasz współpracownik awansuje, idzie w wielki biznes albo robi karierę w polityce, tym samym traci możliwości realizowania wcześniejszych zadań”.

Kamień filozoficzny

Wszystko wskazuje na to, że WSI są dla PiS rodzajem kamienia filozoficznego polskiej polityki. Jeżeli wojskowe służby uczestniczyły – jak mówi choćby Wassermann – w większości polskich afer, to wystarczy je wziąć za pysk, by afer nie było. Jeżeli ze służbami związani są oligarchowie, to już się ma na nich bat. Już będą tańczyć, jak im zagramy. Jest także archiwum – akta wytworzone po roku 1990, a nawet wcześniejsze, które – jak oskarżano WSI – nie zostały przekazane do IPN. Sprawa została wyjaśniona, kolegium IPN przyznało, że WSI nic nie chowają, ale atmosfera została. No i wciąż jest archiwum, w którym – jak sobie w PiS obiecują – można znaleźć wiedzę na temat wysokich rangą urzędników, ważnych spraw, tajnych współpracowników, słowem: co tylko wyobraźnia podsunie. A jakaż to władza!
Niedawno Donald Tusk, po serii rozmów z liderami PiS, mówił, że inaczej się zachowują, gdy są kamery, a inaczej, gdy ich nie ma. I że wówczas mówią językiem twardym, szantażu politycznego. Dla ludzi tak mówiących, którzy są jeszcze dodatkowo przekonani, że tajne służby, a zwłaszcza tajne służby wojskowe, kreują większość wydarzeń, WSI prezentują się jak najsłodszy owoc władzy.
Trzeba go mieć, by poczuć jej smak.


Wassermann kontra WSI
Wojskowe Służby Informacyjne rozpalają wyobraźnię polityków nie od dziś. I to nie tylko polityków kochających teorie spiskowe, ale również tych mocniej chodzących po ziemi.
„Jak jedni zajmowali się reformą Służby Bezpieczeństwa, weryfikowali funkcjonariuszy i zakładali UOP, to drudzy gorączkowo i z przerażeniem w oczach, że ktoś zobaczy te teczki lub będzie nimi politycznie grać, natychmiast przywłaszczyli sobie Wojskowe Służby Informacyjne. I mamy dziś sytuację, w której mocarstwem w gospodarce są WSI”, mówił w jednym z wywiadów Władysław Frasyniuk, przewodniczący Unii Wolności.
Opinia Frasyniuka jest odzwierciedleniem opinii ludzi mających informacje z wywiadu cywilnego. Tam króluje właśnie taka teza: po transformacji większą przebiegłość wykazał wywiad wojskowy. Wywiad cywilny zaangażował się w politykę, w gry o władzę. Natomiast wojskowi siedzieli cicho, unikali rozgłosu, poszli w biznes. No i teraz widać, że to oni mieli rację.
Ludzie ze służb cywilnych tej porażki (uważają, że jest chwilowa) nie mogą sobie darować. Tym bardziej że animozje między wywiadem cywilnym a wojskowym ciągną się od lat. I, co znamienne, źle o „małej służbie” mówi zarówno oficer PRL-owskiej „Jedynki”, jak i młody porucznik z dzisiejszej Agencji Wywiadu.
Ich opinia jest jednoznaczna – wojskowi nie angażują się w operacje zagraniczne, wolą za to umieszczać swoich ludzi w bankach, ministerstwach, centralach, wielkich przedsiębiorstwach – tam, gdzie można szybko zarobić duże pieniądze.
„Największą tajemnicą WSI są ich sukcesy”, mówił niedawno płk Konstanty Miodowicz, były szef kontrwywiadu UOP. „Po prostu ich nie ma”.
Po tych zgryźliwościach jeden z wyższych oficerów WSI powiedział nam: „Pan Miodowicz mówi, że największą tajemnicą WSI są ich sukcesy, których nie ma? Otóż mamy je. Ale panu Miodowiczowi, nawet jak był w Iraku, pokazać ich nie mogliśmy. Dlaczego? Każdemu, kto choć trochę oglądał obrady komisji orlenowskiej i widział, jak panowie Miodowicz i Wassermann traktują prawo i tajne informacje, odpowiedź nasuwa się sama”.
„Jesteśmy cztery razy mniejsi, ale robimy 10 razy więcej”, to opinia innego oficera WSI o rywalizacji wywiad wojskowy-wywiad cywilny. „Proszę zwrócić uwagę, jak traktują w NATO nas, a jak AW”.
Szefowie WSI chwalą się także tym, że ich służba pozostała szczelna, że politycy tu nie weszli. A ci, którzy chcieli wejść, odbijali się jak od ściany. Ostatni taki przypadek miał miejsce półtora roku temu, w maju 2004 r., kiedy mjr Arkadiusz T. z Departamentu Bezpieczeństwa WSI próbował wynieść kserokopie tajnych materiałów. Część z nich była wytworzona przed rokiem 1990, część później. Mjr T. został zatrzymany i zrewidowany w biurze przepustek, tam zabrano mu kserokopie. On sam tłumaczył się, że chciał je zanieść posłom z sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych. Jednakże żaden poseł nie przyznał się, że zamawiał te dokumenty u majora. Jedynie Zbigniew Wassermann komentował: „To wydarzenie wpisuje się w zaciekłą wojnę między obecnym a byłym szefem WSI. To głęboko niepokojący absurd, zagrażający bezpieczeństwu państwa, który trzeba przerwać dymisją gen. Dukaczewskiego albo najlepiej rozwiązaniem WSI”.
Wtedy wypowiedź ta pozostała bez echa. Ale Wassermann powtarzał swoje ataki. W ten sposób byliśmy świadkami swoistego ping-ponga miedzy politykami prawicy a WSI.
Gdy zarzucano WSI, że służby te nie przeszły weryfikacji i że pracują w nich oficerowie kształceni w akademiach ZSRR, w odpowiedzi słyszeliśmy: służby wojskowe pierwszą weryfikację przeszły na początku lat 90., podczas „przeglądu” realizowanego przez ministrów Janusza Onyszkiewicza i Bronisława Komorowskiego oraz przez Podkomisję ds. Służb Specjalnych, kierowaną przez posła Okrzesika. A dziś jedynie około 1% czynnych żołnierzy WSI odbyło kursy lub przeszkolenia w byłym ZSRR (co w innych służbach byłoby uważane za atut i znajomość przeciwnika). Wewnętrzne procedury bezpieczeństwa nie potwierdziły zaś jakichkolwiek związków z układem postsowieckim.
Podobnie rzecz się ma, gdy wojskowe służby są atakowane za to, że „generują” rosyjskich szpiegów. W III RP przedstawiono zarzut szpiegostwa na rzecz Rosji czterem oficerom WSI (jeden z nich, Wojciech S., skazany został w ubiegłym tygodniu na trzy lata więzienia, był młodym oficerem, tzw. narybkiem Rusaka, służącym w WSI od paru lat, więc bez „PRL-owskich naleciałości”) i jeśli się weźmie pod lupę te wszystkie sprawy, to nie wyglądają one groźnie. W każdym razie na pewno nie były groźniejsze od sprawy pracującego w MSW mjr. Marka Zielińskiego, który współpracował z wywiadem ZSRR i Rosji w latach 1981-1993 i został skazany na dziewięć lat więzienia. Zielińskiego złapał Andrzej Kapkowski, wówczas wiceszef kontrwywiadu.
Z kolei gdy zarzucano WSI, że oficerowie tych służb uczestniczą w aferach, handlują bronią i zamieszani byli w aferę Orlenu, w odpowiedzi słyszymy: w prowadzonej przez Prokuraturę Gdańską i Wojskową Prokuraturę Okręgową śledztwach nie postawiono zarzutów ani czynnym, ani byłym oficerom WSI. Poza tym prosimy o nazwiska i konkretne zarzuty.
WSI bronią się też, gdy przypominamy tym służbom aferę z rakietami Roland znalezionymi w Iraku. „Aferę wyjaśnia raport Sztabu Generalnego – usłyszeliśmy. – Czytamy w nim m.in., że WSI nie zostały powiadomione o znalezisku. Więc zaleca się w podobnych przypadkach informować oficerów tej służby”.
Czy znaczy to, że WSI są czyste jak łza i po prostu źli ludzie czepiają się ich? Tak oczywiście nie jest, nazwiska ludzi teraz lub w przeszłości związanych z WSI pojawiają się w artykułach prasowych opisujących różne afery. Ale tak jest na całym świecie, że służby są tam, gdzie dzieją się sprawy tajne i podejrzane. Poza tym mają one naturalną skłonność do „usamodzielniania się” i „prywatnych przedsięwzięć”. Tak jest na całym świecie – ale nikt wówczas nie rozwiązuje całej służby, tylko poprawia mechanizmy nadzoru i kontroli. Tak jak nikt nie rozwiązuje policji, gdy znajduje się w niej skorumpowanych policjantów.
To jest naturalna reakcja decydentów. Ale wszystko wskazuje na to, że w Polsce jest dokładnie odwrotnie – decydenci chcą rozwiązać służbę, więc szukają dobrych pretekstów.


Dlaczego PiS tak bardzo zależy na rozwiązaniu WSI?

Bronisław Komorowski, były szef MON
Są dwa główne powody. Po pierwsze, chęć zademonstrowania twardej postawy, a łatwiej to uczynić w stosunku do wojskowych służb niż cywilnych, bo cywilne są 10 razy większe niż wojskowe. Po drugie – za dwóch poprzednich prezydentów WSI miały tendencję do wiązania się z kolejnymi zwierzchnikami sił zbrojnych, więc teraz mają niewielu obrońców w kręgach parlamentarnych. Można też podać powód trzeci – zwykła inspiracja cywilnych służb specjalnych, które od zawsze konkurowały z wojskowymi. Teraz wygrywają cywilne i rękoma PiS pozbędą się wojskowej konkurencji i kontroli. Na tym polegała idea powołania cywilnego koordynatora służb specjalnych, która miała równoważyć ambicje cywilnych i wojskowych, że służby te wzajemnie się kontrolowały.

Janusz Onyszkiewicz, b. szef MON
Tego właściwie nie wiem. Wobec WSI są formułowane rozmaite zarzuty, które jednak dotąd nie znalazły potwierdzenia. Zarzuca się im rozmaite rzeczy na zasadzie czystego przeniesienia zarzutów padających pod adresem służb cywilnych. To jest kuriozalne, bo w WSI nie było takich przecieków i zaangażowania w rozmaite polityczne sprawy, istnieje jednak przekonanie, że skoro tych wynaturzeń nie widać, to widocznie WSI lepiej się maskują. Nie ma bezpośrednich dowodów, że WSI uczestniczą w grach politycznych, ale formułuje się zarzut, że na pewno coś takiego musi być.

Janusz Zemke, poseł SLD, b. wiceminister obrony narodowej
Jest kilka powodów, dla których PiS zależy na rozwiązaniu WSI. Część działaczy PiS ma wizję państwa z tzw. drugim dnem i uważa, że najważniejszy wpływ na wszystko w kraju mają służby specjalne, w tym służby wojskowe. To odmiana teorii spiskowej. Pomysł PiS wynika też z nieznajomości wojska. Politycy tej partii albo nigdy nie byli w wojsku, albo działali w organizacjach pacyfistycznych. Ich wiedza odnosi się głównie do obszaru cywilnego służb, a niewiedza o WSI pobudza tylko wyobraźnię. Poza tym politycy PiS mają plan silnego podporządkowania sobie aparatu państwa, w tym służb specjalnych, i doszli do wniosku, że jeśli nie mają własnych kadr w WSI, to po prostu trzeba rozbić tę strukturę, aby nią zawładnąć. Jednak rozbicie WSI to ciężki błąd, dlatego że waśnie dzisiaj wyraźnie wzrosło zagrożenie terroryzmem w świecie, wzrasta więc ogromnie rola służb, bo przeciwdziałanie atakom wymaga dobrego rozpoznania. Jeśli rozpoznania nie ma, to się przegrywa i płaci cenę najwyższą – cenę życia wielu ludzi. Pomysł likwidacji WSI może mieć fatalne skutki np. dla naszych żołnierzy, którzy pełnią służbę w różnych niebezpiecznych miejscach na świecie.

Stanisław Łyżwiński, poseł Samoobrony
Zawsze formacja wygrywająca zamiata dosyć ostro, jednak ruchy personalne powinny być przemyślane. Nie powinno się usuwać ludzi mających wiedzę i doświadczenie. Jestem przeciwny maksymie TKM. Nagłe zwolnienie kilkudziesięciu ludzi jest nielogiczne, chyba że źle pracują. Trudno uogólniać, że WSI zaszkodziły państwu. To raczej PiS uważa, że każda inna osoba, która nie jest sympatykiem lub nie należy do partii, nie nadaje się do tej służby. Chcą obsadzić WSI własnymi ludźmi, którzy są uczciwi i lojalni i do których mają zaufanie, a sprzątnąć wszystkich nie swoich.
Not. BT

 

Wydanie: 45/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy