Wojna w świecie medycyny

Wojna w świecie medycyny

Tymczasem właśnie w grudniu prokuratura umorzyła prowadzone śledztwo. Na podstawie materiałów nadesłanych przez ABW i CBA stwierdziła, że „nie znaleziono żadnych dowodów na przepływy finansowe między członkami rodziny Skarżyńskiego a spółkami dostarczającymi implanty. Nie ma też potwierdzenia, że Piotr Skarżyński miał w jednej z nich udziały”, „CBA nie stwierdziło też na kontach prof. Skarżyńskiego i jego syna transakcji świadczących o udzielaniu lub przyjmowaniu korzyści majątkowych (…) czy też takich, które można określić jako podejrzane. CBA wykluczyło też zarzut, że warunki dostawy były formułowane z uwzględnieniem konkretnych firm”.

Kilkanaście dni później wiceminister zdrowia Sławomir Neumann zdystansował się od publikacji „Pulsu Biznesu” i „Rzeczpospolitej”, pisząc, że mogło w nich „dojść do nadużycia i niewłaściwego wykorzystania wolności słowa” i że „niewłaściwe jest posługiwanie się pojęciem wyników lub ustaleń kontroli czy też przypisywanie Ministerstwu Zdrowia jakichkolwiek stwierdzeń rozumianych jako oceny czy wnioski pokontrolne”.

Jak to wszystko tłumaczyć? Po pierwsze, bądźmy świadomi, że żaden dziennikarz nie ma zdolności przenikania do gabinetów ABW i prokuratury i wyjmowania z szaf pancernych materiałów śledztwa. Ktoś musiał te materiały dziennikarzom wynieść. Ktoś, kto ma do nich dostęp. I ktoś, kto chciał Skarżyńskiemu zaszkodzić. Kto?

Zwróćmy uwagę, że część materiałów atakujących profesora pojawiła się w grudniu 2014 r., kiedy śledztwo praktycznie było zakończone, a decyzja prokuratury o jego umorzeniu już została podjęta. Ów uczynny „pomocnik dziennikarzy” zapewne wiedział, że przekazuje materiały, które za chwilę prokurator publicznie zdezawuuje. A jednak grał swoje.

Taka sytuacja wyklucza przeciek z ABW czy CBA. Wskazanie jest jedno – Ministerstwo Zdrowia. Potwierdza to funkcjonująca w świecie dziennikarskim plotka, że rzecznik ministerstwa Krzysztof Bąk szukał mediów, które zajęłyby się „sprawą Skarżyńskiego” i służył odpowiednimi materiałami.

Doświadczenie każe mi na tę plotkę patrzeć z pewną dozą sceptycyzmu. Owszem, ktoś materiały z Ministerstwa Zdrowia musiał wynieść. Ale czy nie działo się to na wyższym szczeblu?

Kolejny nasz rozmówca, osoba pracująca z prof. Skarżyńskim, mówi otwarcie: „Moim zdaniem, to robota Arłukowicza”. Tylko dlaczego?

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 10/2015

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Robert M.
    Robert M. 26 kwietnia, 2016, 14:39

    No i właśnie.. a oczerniania ciąg dalszy :/

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy