Wrzenie w Zatoce

Wrzenie w Zatoce

Fałszywa informacja na stronie Katarskiej Agencji Informacyjnej doprowadziła do kryzysu na Półwyspie Arabskim

Na Półwyspie Arabskim zawrzało. „Iran reprezentuje potęgę świata islamu, której nie można lekceważyć. Niemądrze jest przeciwko niemu występować. To siła stabilizująca nasz region”, miał pod koniec maja oznajmić charyzmatyczny emir Kataru Tamim Ibn Hamad as-Sani, co na stronie internetowej zacytowała Katarska Agencja Informacyjna.

Przekaz podchwyciły inne media – głównie saudyjskie oraz emirackie – i zrobiło się gorąco. Jak to? Przywódca Kataru, państwa członkowskiego Rady Współpracy Zatoki Perskiej (zwanej też Arabską), ważnego sojusznika Stanów Zjednoczonych (Amerykanie mają tu dużą bazę wojskową), położonego w saudyjskiej strefie wpływów, mówi takie rzeczy? Ad-Dauha nie pierwszy raz wbija nóż w plecy Rijadowi, który rywalizuje z Teheranem, więc kto wie?

Na nic się zdały tłumaczenia, że strona internetowa katarskiej agencji została zhakowana (nie wiadomo przez kogo), a emir As-Sani niczego takiego nie powiedział. 5 czerwca Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn oraz Egipt zerwały stosunki dyplomatyczne z Katarem, oskarżając Ad-Dauhę o sympatyzowanie z Iranem, promowanie Braci Muzułmanów (m.in. za pośrednictwem telewizji Al-Dżazira), popieranie Hamasu i Hezbollahu oraz finansowanie organizacji dżihadystycznych.

W konsekwencji arabscy sąsiedzi zablokowali Katarczykom połączenia lądowe (Arabia Saudyjska), morskie (porty w Zjednoczonych Emiratach Arabskich) i lotnicze – z wyjątkiem drogi powietrznej w kierunku Iranu, a następnie Omanu, który ponadto udostępnił Katarowi swoje porty. Wydalili też obywateli katarskich, którzy dotychczas swobodnie podróżowali między krajami Zatoki Perskiej. Choć transport stał się dla Kataru kosztowniejszy, Ad-Dauha była na taką sytuację przygotowana i uruchomiła alternatywne źródła dostaw – z Turcji, Iranu, a nawet Brazylii.

Zielone światło

Do ostracyzmu przyłączyły się inne państwa sympatyzujące z Rijadem, m.in. Mauretania, Malediwy, Komory i uznane międzynarodowo władze w Jemenie, lecz nie względnie neutralny Oman czy Kuwejt, który próbuje odgrywać rolę mediatora. Nie przypadkiem stało się to tuż po wizycie Donalda Trumpa w Arabii Saudyjskiej. O ile Barack Obama próbował zbalansować amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie, ocieplając nieco stosunki z Teheranem, o tyle Trump stawia na tradycyjny układ sojuszy. Stanął więc murem za monarchią saudyjską, co przypieczętowano podpisaniem gigantycznej umowy na zakup amerykańskiego uzbrojenia.

Triumf dyplomatyczny Rijadu potraktowano jako zielone światło do wszczęcia akcji dyscyplinowania najbardziej krnąbrnego członka Rady Współpracy Zatoki. Owa krnąbrność polega na tym, że dysponujący ogromnymi zasobami gazu Katar próbuje prowadzić niezależną politykę zagraniczną. Bierze pod uwagę własne interesy i położenie utrudniające prowadzenie agresywnej polityki wobec Iranu, czego z kolei oczekują Saudyjczycy.

Oliwy do ognia dolewa telewizja Al-Dżazira, od lat krytykująca arabskich dyktatorów, których władze saudyjskie przeważnie wspierają. Wyjątkiem jest prezydent Syrii Baszar al-Asad, konsekwentnie popierany przez Iran, czyli rywala Arabii Saudyjskiej w świecie islamu.

Obecny emir, rządzący Katarem od czerwca 2013 r., kontynuuje politykę ojca, Hamada Ibn Chalify as-Saniego – głównego architekta niezależnej polityki Ad-Dauhy. Polega ona na tym, aby utrzymywać jak najlepsze stosunki nie tylko z członkami Rady Współpracy Zatoki, lecz również z regionalnymi konkurentami Arabii Saudyjskiej – Turcją oraz Iranem. To dzięki niemu w 1996 r. powstała znienawidzona przez Saudyjczyków Al-Dżazira, która rewolucjonizowała medialną mapę Bliskiego Wschodu, dostarczając społeczeństwom arabskim informacji, jakie pomijały media kontrolowane przez reżimy autorytarne.

Al-Dżazira nie mogła krytykować władz Kataru, jej przekaz był wymierzony w inne arabskie dyktatury. Jednocześnie stacja sympatyzowała z Braćmi Muzułmanami, co także pokrywało się z linią polityczną emiratu i doprowadzało do furii Saudyjczyków. Ci bowiem zwalczają tych islamistów, na których nie mają wpływu, czego kulminacją był – wsparty przez Rijad – wojskowy zamach stanu w Egipcie w połowie 2013 r. Wskutek puczu władzę utracił wówczas islamistyczny prezydent Muhammad Mursi.

Romans z islamistami

Związki katarskiego emiratu z Braćmi Muzułmanami prowadzą do jednego z duchowych przywódców ruchu islamistycznego – Jusufa al-Karadawiego. Urodzony w 1926 r. egipski uczony opuścił ojczyznę na początku lat 60. XX w. i osiadł w Katarze, gdzie zajął się studiami nad islamem. Wkrótce stał się dla Katarczyków niekwestionowanym autorytetem w tej dziedzinie. Wywarł ogromny wpływ nie tylko na lokalnych duchownych i uczonych w prawie muzułmańskim, lecz także na katarskie władze i społeczeństwo. Powstanie Al-Dżaziry i rozwój internetu pozwoliły mu wypłynąć na szerokie wody świata muzułmańskiego. Otrzymał bowiem możliwość prowadzenia programu telewizyjnego „Szarijat i życie”, regularnie docierającego do kilkudziesięciu milionów widzów. Z kolei jego teologiczne opinie, fatwy, były bacznie śledzone na stronie internetowej IslamOnline.

Al-Karadawi jest przedstawicielem umiarkowanej wersji ruchu islamistycznego – konkurencyjnej wobec salafizmu i wahabizmu stanowiącego ideologiczny fundament państwa Saudów. Napięcie pomiędzy reprezentantami obydwu nurtów to jednak nie tylko kłótnia w rodzinie. To sprzeczne interesy, inaczej ulokowane sympatie polityczne, walka o rząd dusz.

Podział ten stał się bardzo jaskrawy w czasie arabskiej wiosny w 2011 r. Katarskie władze, podobnie jak Turcja, wsparły wówczas rewolucyjne ruchy islamistyczne – zwłaszcza egipskich Braci Muzułmanów oraz założoną przez nich Partię Wolności i Sprawiedliwości. Z kolei Arabia Saudyjska i jej regionalni sojusznicy sympatyzowali z przedstawicielami obalonych reżimów i szukali sposobów na przywrócenie status quo. W efekcie wsparte przez Rijad egipskie wojsko obaliło prezydenta Mursiego, co zapoczątkowało pacyfikację islamistycznego powstania (w połowie 2013 r.), uwieńczoną uznaniem Braci Muzułmanów za organizację terrorystyczną. W tym samym czasie poddany ostracyzmowi emir Kataru, ojciec obecnego przywódcy, musiał posypać głowę popiołem i podać się do dymisji. Miało to oznaczać odejście od dotychczasowej polityki, ale – jak pokazuje obecny kryzys – nadzieje Saudyjczyków okazały się płonne.

Niebezpieczne związki

Zarzuty o sympatyzowanie z Iranem nie są bezpodstawne. Obydwa kraje dzielą prawo do wydobycia gazu naturalnego ze złoża South Pars/North Dome w Zatoce Perskiej, jednego z największych na świecie. Nic dziwnego, że władze Kataru dbają o jak najlepsze relacje z Teheranem. Jak zauważył Jim Krane z Rice University w Teksasie: „Niegdyś Katar odgrywał rolę wasala Arabii Saudyjskiej, ale wykorzystał możliwości, jakie daje bogactwo gazowe, do zbudowania niezależności”.

Sąsiadom to nie może się podobać – zwłaszcza że Katarczycy nieraz udowadniali, że poważnie traktują irańskiego partnera. Szczególnie w 2006 r., kiedy przedstawiciel Kataru w Radzie Bezpieczeństwa ONZ zagłosował przeciwko rezolucji nr 1696, wzywającej Iran do zaprzestania wzbogacania uranu. Katar był wówczas jedynym państwem, które zagłosowało przeciwko uchwaleniu antyirańskiej rezolucji. Z drugiej strony Ad-Dauha może liczyć na Teheran, o czym świadczy jednoznacznie prokatarska postawa Iranu w obecnym kryzysie.

Władzom Kataru zarzuca się także wspieranie niektórych organizacji terrorystycznych – głównie powiązanych z tzw. Państwem Islamskim. Trudno zweryfikować te oskarżenia, aczkolwiek z pewnością jest w nich ziarno prawdy. Inna sprawa, że dżihadyści znajdują sponsorów również w Arabii Saudyjskiej oraz innych krajach Półwyspu Arabskiego. Nie przeszkadza to Rijadowi piętnować z tego powodu Ad-Dauhy. Tak czy inaczej – oficjalnie nikt do wspierania Państwa Islamskiego czy Al-Kaidy się nie przyznaje, a obie strony przerzucają się dowodami na to, że właśnie adwersarz hołduje podwójnym standardom.

Ultimatum i co dalej?

Przełomowym momentem miało być dziesięciodniowe ultimatum wobec Kataru, wystosowane 22 czerwca za pośrednictwem Kuwejtu przez władze Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu i Egiptu. Żądano w nim przede wszystkim zamknięcia Al-Dżaziry, likwidacji tureckiej bazy wojskowej w Katarze i zaprzestania wspólnych manewrów wojskowych, jak również ograniczenia stosunków z Iranem i zaprzestania sponsorowania organizacji terrorystycznych (do czego Katar się nie przyznaje).

Katarczycy nie wykonali żadnego ruchu świadczącego o podporządkowaniu się ultimatum, złagodzonemu następnie do tzw. sześciu zasad, których Katar powinien przestrzegać. Sytuacja skomplikowała się na tyle, że do gry włączyła się Turcja, która wysłała do emiratu swoje wojska – w razie gdyby któryś sąsiad chciał siłowego rozwiązania problemu. Turcja ma prawo posiadać bazę wojskową w Katarze, co reguluje umowa z 2015 r. Efekt jest zatem taki, że zamiast złamać As-Saniego, izolacja Kataru doprowadziła do zacieśnienia stosunków Ad-Dauhy z Teheranem i Ankarą.

Wydaje się, że nawet Stany Zjednoczone nie wiedzą, jak się zachować w zaistniałej sytuacji. Prezydent Trump początkowo opowiedział się po stronie Saudyjczyków, jednak w interesie Waszyngtonu leży jak najszybsze wygaszenie konfliktu. Przedstawiciele Pentagonu już zapowiedzieli, że nie przewidują zmiany lokalizacji strategicznej bazy wojskowej Al-Udajd, zainstalowanej na terytorium Kataru na początku XXI w., z której m.in. dokonywano nalotów na Państwo Islamskie.

Zresztą w pierwszej połowie lipca br. Amerykanie zmienili ton i zaczęli coraz głośniej zapewniać, że zależy im na dobrych relacjach z Ad-Dauhą. Ma o tym świadczyć podpisana 11 lipca umowa podkreślająca konieczność wspólnej walki z terroryzmem. Duża w tym zasługa sekretarza stanu Rexa Tillersona, który włożył wiele wysiłku w łagodzenie konfliktu, czego skutkiem miałoby być zaprzestanie bojkotu Kataru przez Arabię Saudyjską i jej sojuszników.

Kolejną nadzieję na przełamanie impasu miała przynieść wizyta w Arabii Saudyjskiej Recepa Tayyipa Erdoğana. 23 lipca gościł on w Rijadzie, gdzie rozmawiał z saudyjskim monarchą – królem Salmanem, po czym udał się do Kuwejtu, który odgrywa rolę mediatora. Arabski tour prezydenta Turcji zakończył się w Ad-Dausze, gdzie Erdoğan spotkał się z emirem As-Sanim. Nic jednak nie wskazuje na to, aby tureckiemu przywódcy udało się rozwiązać kryzys.

Rozgrywka, będąca największym od wielu lat kryzysem politycznym na Półwyspie Arabskim, trwa zatem, przybierając formę przeciągania liny, z którego maleńki, ale bajecznie bogaty Katar wcale nie musi wyjść przegrany. Więcej do stracenia ma Arabia Saudyjska, która – o ile przynajmniej częściowo nie postawi na swoim – może być postrzegana jako kolos na glinianych nogach, co podważyłoby jej mocarstwowe ambicje na Bliskim Wschodzie.

Autor jest doktorem nauk społecznych, pracownikiem Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN oraz wykładowcą akademickim. Zajmuje się procesami politycznymi i społeczno-gospodarczymi na Bliskim Wschodzie

Wydanie: 31/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy