Ostatni zakątek Indochin

Ostatni zakątek Indochin

Jacek Pałkiewicz odwiedza Luang Prabang, dawną stolicę Laosu

Głębokie rozczarowanie spotka każdego, kto próbuje szukać Indochin na mapie świata. Leżące między Morzem Południowochińskim i Zatoką Syjamską kolonialne imperium francuskie, któremu zawdzięczamy mit egzotyki, zniknęło przed pół wiekiem niczym bańka mydlana i jego urzekająca aura zachowała się tylko na stronicach zakurzonych książek opiewających atmosferę minionych czasów.
Właśnie owa lektura oczarowała mnie na tyle, że podróż do tego odległego – zarówno w sensie geograficznym, jak i czasowym – zakątka świata stała się dla mnie wyzwaniem. Później bywałem tam wielokrotnie. Laos, Kambodża i Wietnam uwiodły mnie bez reszty egzotyką, wspaniałą roślinnością, odmiennym klimatem, rozmaitością kultur, osobliwą urodą kobiet, wolniej płynącym czasem, a przede wszystkim odmienną cywilizacją, o której Rudyard Kipling napisał: „Wschód jest Wschodem, Zachód jest Zachodem i nigdy się nie spotkają”. Nowe określenia geograficzne nigdy nie będą miały dla mnie uroku dawnych nazw: Syjam, Cejlon, Sajgon, Rangun czy Kochinchina, których magia i tajemniczość jest w stanie pobudzić wyobraźnię niejednego człowieka.
Tym razem jestem w Luang Prabang, które zachowało atmosferę dawnej stolicy „Królestwa Miliona Słoni”. Niewiele zmieniło się od czasu mojej ostatniej wizyty przed dziesięcioma laty. 25-tysięczne miasteczko wciąż pozostaje jednym z najbardziej romantycznych miejsc Indochin, ostatnim zakątkiem XIX-wiecznej Azji, tak bliskiej sercu Josepha Conrada, Azji, która – wydawało się – już dawno nie istnieje. Przybysza uderza atmosfera nieuchwytnej melancholii, aromat kadzideł, zapach drewna sandałowego i opium płynący z nielegalnej palarni oraz czar idyllicznego pejzażu jakby żywcem wyjętego z dawnych sztychów. Zachwycają stupy skąpane o świcie w różowej poświacie, złote kopuły pagód połyskujące w świetle księżyca czy też codzienny spektakl uroczystego szyku mnichów, którym ludzie ofiarowują garstkę ryżu. Obrazy te inspirowały m.in. Somerseta Maughama, uznawanego za najlepszego autora krótkich opowiadań, który pisał, że widok pagody podnosi go na duchu „niczym nagła nadzieja w mrocznej nocy duszy”. Kipling zaś mówił o tych świątyniach jako o „przepięknym, migotliwym, błyszczącym w słońcu cudzie”. Nie bez kozery w 1995 r. niepowtarzalny Luang Prabang został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Trudno się więc dziwić, że i moi współtowarzysze podróży są zauroczeni zagadkowym klimatem Orientu. Kilkudziesięciu przedstawicieli kadry zarządzającej najważniejszych dystrybutorów Hochland Polska, jednego z liderów rynku sera w Polsce, znalazło się tu w nagrodę za osiągnięte wyniki.
Wyśmienity fachowiec, prezes firmy Mirosław Steć, który osobiście przemyślał projekt imprezy, mówi z przekonaniem: „Stawiamy wysokie wymagania samym sobie i naszym klientom. Po ich zrealizowaniu przychodzi czas na nagrodę, dającą motywację do spełnienia kolejnych wyzwań”. Zaś specjalistka od kampanii wizerunkowych Agnieszka Bieniada, z agencji reklamowej Arip, która przygotowała tę wyprawę, zauważa: „Coraz popularniejsze wyjazdy motywacyjne są powszechnie stosowaną formą nagradzania pracowników na całym świecie. Niezapomniane wyjazdy do miejsc niecodziennych, jeszcze ťniezadeptanychŤ stanowią skuteczny bodziec do bardziej owocnej pracy”. Nad organizacją intensywnego programu czuwała profesjonalna Agnieszka Kopińska z Africa Line, która obchodziła 10-lecie swojej działalności.
Wskazówki zegara czasu przesuwają się w Laosie zdecydowanie wolniej niż w zachodnim świecie pełnym agresji, stresu i niepohamowanej konsumpcji dóbr materialnych. Dlatego przybysz z kręgu zachodniej cywilizacji, zafascynowany ulotną, pogodną atmosferą, soczystymi kolorami czy ekscytującymi zapachami, często wyjeżdża stąd z rozdartym sercem.

Autor jest członkiem rzeczywistym Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie

Wydanie: 12/2009

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy