Wschodni balast

Wschodni balast

Spacerowałem sobie kiedyś po przedmieściu Providence w Nowej Anglii i podziwiałem wille najróżniejszej architektury otoczone krzewami i drzewami, na których było tyle ptaków, że wydawało się, iż ktoś je tam specjalnie hoduje. Na końcu ulicy stał dom pokaźnych rozmiarów w zakopiańskim stylu. Nie było wokół niego strzyżonego trawnika ani krzewów, rosła tylko, o dziwo, rosochata sosna i leżała kupa piasku, jakby na pamiątkę czasów budowy. Poczułem powiew ojczystego klimatu. Najwidoczniej polonus z Podhala już się w Ameryce urządził, ale przyzwyczajeń polskich nie zmienił. Nie tylko on żyje w rozdwojeniu bytu i świadomości. Chicago daje statystyczną podstawę do twierdzenia, że przywieziona ze starego kraju świadomość czyni z jednostek wspólnotę, ale niestety nie pomaga tym jednostkom zająć w nowym świecie takiej pozycji, jaka byłaby w ich zasięgu, gdyby stara świadomość nie ograniczała ich horyzontów.
Ludzie z Azji, z Afryki przyjeżdżają do Paryża, do Szwajcarii i uporczywie wyznają swoje odziedziczone religie i praktykują przywiezione obyczaje. Nie trzeba się dziwić, że w rezultacie z pokolenia na pokolenie skarżą się na „dyskryminację”, pośledniejszą w stosunku do miejscowych pozycję społeczną. I niewiele pomaga, gdy ci miejscowi dają przybyszom przywileje, dyskryminując ich, jak to się mówi, pozytywnie. Dobrze jest mieć świadomość zgodną z rzeczywistością, w jakiej się tkwi, wtedy wszystkim jest lepiej. W wyniku II wojny światowej Niemców spotkała największa w ich historii katastrofa geopolityczna i to samo spotkało Rosję w wyniku upadku komunizmu. Polsce przeciwnie, w wyniku wojny trafił się największy w jej historii sukces geopolityczny. (Nic nie mówiąc, trzeba pamiętać, że stało się to kosztem Niemiec, a więc jego trwałość zależy od nieodwracalności przemian, jakie zaszły w świadomości narodu niemieckiego).
Największym błędem polityki tak wewnętrznej, jak zagranicznej Trzeciej Rzeczpospolitej jest niewyciąganie wszystkich wniosków z przesunięcia Polski z Europy Wschodniej w pobliże centrum Europy. Dlaczego tak słabo Polacy są informowani o życiu w Brandenburgii, Turyngii, Saksonii? Stosunki Pomorza, Śląska, Wielkopolski z tymi landami są nieporównanie ważniejsze dla życia w Polsce niż na wodzie pisane jakieś partnerstwa wschodnie z Azerbejdżanem czy Gruzją. Zakorzenianie się wyobraźnią na Ukrainie, na którą przecież Warszawa nie ma żadnego wpływu, odwraca uwagę od rejonów Europy, z których można brać przykład w modernizowaniu Polski. Próżność polityków, którzy koniecznie chcą odgrywać rolę „rozgrywającego” między jakimi bądź krajami, ma w Polsce więcej do gadania niż najbardziej podstawowe potrzeby realnego narodu.
Uznając się za bezpośrednią następczynię II Rzeczpospolitej Polska solidarnościowa stara się popełniać także jej błędy. Piłsudczykowski „prometeizm”, zwany też koncepcją „dwójkarską” (to, co wyczytałem w książce Snydera o wojewodzie Józewskim, w pełni tę ostatnią nazwę uzasadnia), poległ na wytrwałym tworzeniu siatek szpiegowskich na sowieckiej Ukrainie, w Gruzji i Azerbejdżanie. Posiadanie informacji z tych terenów było dla obronności Polski bardzo cenne, niestety, bolszewicy nie mieli zrozumienia dla naszych potrzeb obronnych i wszystkie te siatki z właściwą sobie bezwzględnością polikwidowali, dokonując przy okazji czystki etnicznej na Żytomierszczyźnie i w innych gęściej przez Polaków zaludnionych regionach. Mamy inne czasy, inne obyczaje, inne ustroje, nieco inne stosunki sił, ale niech sobie warszawscy politycy od neoprometeizmu nie myślą, że tym razem to już nikt się taki nie znajdzie, kto by polskie zamysły chciał pokrzyżować. Krótko powiem: polska polityka wschodnia jest bezproduktywnym zawracaniem sobie głowy w czasie, gdy stoi epokowe zadanie zniesienia granicy cywilizacyjnej między Polską a Niemcami. Że granica ta się utrzymuje, widać gołym okiem.
Jest takie bałamutne, ale czasem przez kontekst rozjaśnione wyrażenie: „rozliczanie się z przeszłością”. Gdy czytałem wielkie i świetne dzieło Daniela Beauvois „Trójkąt ukraiński” (właściwie trylogia, bo z trzech części złożone), ciągle męczyła mnie myśl, że jeśli Polska zamiast troszczyć się o zbliżenie Ukrainy do Zachodu, sama chce zbliżyć się do Zachodu, powinna rozliczyć się ze swoją „jagiellońską” przeszłością. Nie była ona chwalebna ani w czasie opisywanym przez profesora Beauvois, ani wcześniej. Unia z Litwą była w rzeczywistości unią z Rusią zwaną litewską. W rzekomej Litwie Litwa rzeczywista stanowiła najwyżej 10 procent ludności i terytorium. Pozostałe 90 procent stanowiła ludność prawosławna mówiąca po rusku. Wielki Książę Litwy Olgierd uważał się za uprawnionego do panowania nad Wszechrusią. Czy carowie moskiewscy, a potem petersburscy nie mieli mocniejszej podstawy, powiedzmy ideologicznej, aby dążyć do władzy nad rzekomo litewską, a w rzeczywistości ruską częścią Rzeczpospolitej? Do trzeciego rozbioru Polski włącznie nie posunęli się do podboju Korony, czyli Polski właściwej. W szkołach tego nie uczą, a powinni, że w wyniku trzeciego rozbioru cała Polska właściwa została zajęta przez państwa niemieckie, Prusy i Austrię. Rosja ograniczyła się do zajęcia Wielkiego Księstwa, czyli Rusi litewskiej.
Wskutek Unii Lubelskiej punkt ciężkości Rzeczypospolitej przesunął się na wschód, dominację uzyskało spolszczone językowo i religijnie bojarstwo ruskie, Polska odsunęła się od wpływów zachodnioeuropejskich tak silnych w średniowieczu, stając się najdziwaczniejszym, najegzotyczniejszym krajem Europy. Historia stosunków polsko-rosyjskich wcale nie świadczy, że Rosjanie zawsze byli agresorami, a Polska zawsze ofiarą. Gdy polskie wojsko wyruszyło wraz z Napoleonem podbijać Rosję, Polacy nie posiadali się z radości, co w sposób chwytający za serce Mickiewicz przedstawił w „Panu Tadeuszu”. Gdy losy wojny się odwróciły i rosyjskie wojsko zajęło Polskę, ten sam poeta wydał z siebie rozdzierający lament (patrz: „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego”), potępiając w najgorszych słowach rządy zachodnie, że na to pozwoliły. Polska szlachta jeszcze w dziewiętnastym wieku, aż do rewolucji lutowej 1917 r. jęcząc niby i skarżąc się na carski ucisk, w rzeczywistości była na Białorusi i Ukrainie częścią systemu władzy – co także ukazuje Daniel Beauvois – i chyba najbardziej przez lud znienawidzoną. Przywoływanie całej historii na świadectwo, że Polacy zawsze byli ofiarami rosyjskiego ucisku, jest propagandą, której towarzyszące wołanie o pamięć nie zamieni w prawdę, która wyzwala. Z tym trzeba się rozliczyć.

Wydanie: 18/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy