Wszystko ma swój koniec

Wszystko ma swój koniec

Gdyby mi nawet Nobla przyznali, to bym odmówił, bo do niczego nie jest mi potrzebny

Rozmowa ze Stanisławem Lemem

O współczesnym świecie

– Już 36 lat temu, w „Summie technologicznej” przewidział pan mnóstwo rzeczy, m.in. powstanie sieci informatycznej, eksperymenty genetyczne – w tym klonowanie, hodowlę tkanek, stworzenie sztucznej inteligencji oraz sztucznej, jak dziś mówimy: wirtualnej rzeczywistości. Kiedy rozmawialiśmy rok temu, powiedział pan, że globalna wioska McLuhana staje się globalną mordownią. Te słowa także okazały się prorocze.
– Kilka dni temu jakiś pan zaczepił mnie w supermarkecie, mówiąc: „Ale ataku na Amerykę to pan nie przewidział”, bo on chciałby, żebym podał jeszcze datę i miejsce. A czy ja jestem wróżką? Terrorystom właśnie o to chodziło – o efekt zaskoczenia. Szok zachodniego świata wynika z tego samego powodu, dla którego nikt nie spodziewał się w przypowieści biblijnej, że Dawid pokona Goliata. Dla mnie także atak na Amerykę był wstrząsem.
– Niemal cały świat jest poruszony tym atakiem terrorystycznym, w wyniku którego zginęło kilka tysięcy ludzi. Z drugiej strony, w krajach trzeciego świata codziennie tysiące ludzi giną z głodu, i to nikogo nie porusza.
– Bo przyzwyczailiśmy się do tego, natomiast katastrofa w Ameryce była nagła i niespodziewana. Nawiasem mówiąc, aż 40 tys. dzieci ginie codziennie z głodu, część z nich jest żywcem zjadana przez insekty i robaki. Bogate państwa mogłyby temu zaradzić, gdyby chciały, ale im szkoda pieniędzy.
Nie świadczy to dobrze o ludzkości, ale też nie mam złudzeń co do natury ludzkiej. Jesteśmy najbardziej okrutnym i zbrodniczym gatunkiem na Ziemi, każdy rozdział historii o tym świadczy.
– Słynny Fukuyama jednak się pośpieszył, ogłaszając koniec historii.
– Oczywiście! Jego rozumowanie było naiwne i dziwię się, że zyskało taką popularność. Historia ludzkości skończy się dopiero z końcem ludzkości.
Najnowszy numer „Spiegla” komentuje, że jesteśmy świadkami powrotu religii do wczesnego średniowiecza. Widziałem w telewizji zachodniej przemówienie bin Ladena, w którym powoływał się co drugie zdanie na Pana Boga i robił wrażenie, jakby był przez niego wyznaczony do zrobienia porządku na kuli ziemskiej, zaczynając od Ameryki.
Każda sura Koranu rozpoczyna się od słów: „W imię Boga miłosiernego”, a potem dochodzi do mordowania. Jest w tym sprzeczność, ale z drugiej strony chrześcijaństwo też w swoim czasie prowadziło wojny, wymyśliło Inkwizycję itd. Ciekawe, że w każdej religii urodziła się jakaś ekstrema…
W Afganistanie sprawę komplikuje fakt, że są tam rozmaite grupy religijne, szyici, sunnici, tadżykowie, perszunowie i inne.
– Przywódca terrorystów, bin Laden, ogłosił dżihad – świętą wojnę. Spodziewa się, że będzie trzecia wojna światowa?
– Może nie. Telewizja amerykańska poinformowała, że administracja państwowa zastanawia się, czy – jeśli nie będzie można inaczej – użyć broni atomowej. Jest to przerażająca perspektywa, która wyskoczyła nagle jak diabeł z pudełka.
– A jeśli dojdzie do wojny dwóch cywilizacji, wschodniej i zachodniej…
– Pyta pani o koniec świata? Nie spodziewam się. Gdyby Stany Zjednoczone czuły nóż na gardle, zrzuciłyby pociski atomowe na całą masę państw arabskich, co byłoby, oczywiście, straszne, ale lepsze niż koniec świata.
– Czy, w obecnej sytuacji, można zlikwidować problem terroryzmu na świecie?
– Nieprędko. Stworzenie światowej koalicji antyterrorystycznej utrudnia to, że terroryzm jest żywiony przez dwa rodzaje państw arabskich: jedne robią to z przekonania, inne ze strachu – boją się terrorystów, więc ich opłacają, dają możliwość kształcenia. Nie ulega wątpliwości, że ten zamach przygotowano ponad rok temu, jeszcze zanim Bush został prezydentem. Wymagało to wielu zabiegów, znakomitej synchronizacji tzw. logistyki strategicznej. Moim zdaniem, było to pierwsze w historii połączenie tak wysokich kwalifikacji zawodowych (przecież porywacze musieli nauczyć się prowadzić samoloty) z doskonałą synchronizacją operacyjną, żeby przygotować uderzenia jedno po drugim tak, by siły obrony nawet nie zareagowały.
Nawet roztrzaskanie militarne całej struktury talibów wcale problemu terroryzmu nie rozwiąże. W wielu krajach arabskich były wielkie manifestacje antyamerykańskie, toteż sądzę, że administracja amerykańska nie ma złudzeń, że rozwiąże problem w parę tygodni czy nawet miesięcy jak w Kosowie.
W Stanach Zjednoczonych i w Niemczech podnoszą się głosy, że trzeba skończyć z działaniami wojennymi, rozpocząć działania dyplomatyczne, dialog. Ale nie ma z kim gadać! Z kolei przesadne działania mające na celu zabezpieczenie lotów na świecie doprowadziły do tego, że teraz nawet spinka do włosów w kieszeni może wzbudzić podejrzenia, co jest nonsensem, zważywszy, że np. w szkole muzułmańskiej w Londynie uczy się dżudo i karate, czyli można sterroryzować samolot bez jakiejkolwiek broni.
– Więc co będzie dalej?
– Naprawdę nie jestem wróżką. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak świat będzie wyglądał od dziś za rok. W zakresie nauki, technologii można przewidywać, a w zakresie polityki trudniej.
– Rok temu, zapytany, czego ludzkość powinna się obawiać, odpowiedział pan: broni biologicznej. Znowu pan przewidział, teraz obawia się jej połowa świata.
– Już 20 lat temu pisałem: podejrzewam, że w XXI w. będą rozpowszechnione działania kryptomilitarne, tzn. będzie trudno ustalić, skąd pochodzi zagrożenie, a nawet czy wynika ono z natury, czy ze złej woli ludzi. Zastanawiam się, czy choroba BSE i pryszczyca pojawiły się przypadkiem, czy może za sprawą czyjegoś celowego działania, czego przecież nie można wykluczyć. Teraz telewizja poinformowała, że na Florydzie odnotowano kilka przypadków zachorowań na wąglika, a przecież od 25 lat nie było na terenie Stanów Zjednoczonych żadnego przypadku wąglika!
– Strach przed użyciem broni biologicznej czuje się także w Polsce. Słuchałam audycji radiowej na ten temat i co chwila dzwonili ludzie, pytając, czy na wszelki wypadek można się zaszczepić.
– Mówiąc cynicznie, ale i realistycznie: terrorystom nie przyszłoby nic z tego, gdyby chcieli zastosować broń biologiczną w Polsce. Nie jesteśmy żadnym imperium. Poza tym ci, którzy mogliby tę broń uruchomić, wiedzą, że jest ona trudna do sterowania, bo daje rykoszety. O ile, teoretycznie, za oceanem mogliby ją uruchomić, to w Europie raczej nie, bo za blisko, mogłoby to obrócić się przeciwko nim. Przecież bakterie nie wiedzą, kogo mają zainfekować, a kogo nie. Polska nie jest bezpośrednio zagrożona, natomiast podejrzewam, że uderzy w nas fala kryzysu światowego, powstałego na skutek ataku na Amerykę.
Szczepionka przeciwko wąglikowi jest, ale nie można nią wszystkich zaszczepić, bo daje bardzo przykre, niepożądane objawy uboczne.
– Dlaczego mówi się tylko o wągliku? Przecież możliwości biotechnologii są rozmaite.
– Broń biologiczna to broń biednego przeciwnika, a biednych krajów nie stać na nadzwyczajne laboratoria, w których można robić eksperymenty biologiczne. Wąglik najlepiej nadaje się jako broń biologiczna, bo jest bardzo szkodliwy, odporny i może długo przetrwać. Być może amerykańskie służby mają jakieś informacje, że w Iraku, u Husajna, prowadzi się prace genetyczne nad stworzeniem nowych rodzajów zarazków i stąd mówi się o ewentualnym użyciu broni atomowej. Osobiście uważam, że gdyby terroryści chcieli jeszcze raz zaatakować, staraliby się o maksimum zaskoczenia
– Świat niespodziewanie znalazł się na krawędzi. Kiedy rok temu wymyślił pan taki tytuł do książki, spodziewał się pan, że nabierze on nowego sensu?
– Ależ skądże, tytuł miał odnosić się raczej do nowego tysiąclecia!
Jedynym „pocieszeniem” płynącym z tego koszmaru jest to, że Putin zdecydował się na współpracę z Zachodem w zwalczaniu terroryzmu. Być może sam poczuł się narażony na terroryzm ze strony państw muzułmańskich, które odłączyły się od byłego ZSRR.

O Polsce

– W obliczu sytuacji na świecie sprawy Polski zeszły na dalszy plan. Niemniej ciekawa jestem, jak pan ocenia naszą sytuację? Podobają się panu wyniki wyborów?
– Oczywiście, że nie, trudno o gorsze. Liczyłem na to, że będziemy mieć zwarty Sejm, a tymczasem Sejm jest w proszku. Uważam, że w zaistniałej sytuacji, po szkodliwych rządach gromady Buzkowej, należało głosować na SLD, bo nikogo innego nie ma! Nawiasem mówiąc, to samo powiedział Nowak-Jeziorański… I nie dlatego, że SLD jest taka genialny, lecz tylko on ma jako taką wprawę w rządzeniu krajem. Przez partię Millera prowadzi droga do Europy, a my nie mamy innego wyjścia – albo wejdziemy do UE, albo zostaniemy „zadupiem” Europy i do Łukaszenki dołączymy.
Wprowadzenie Samoobrony z Lepperem do parlamentu przypomina mi sprawę z Tymińskim. Lepper to specjalista od blokad i awantur, jego ludzie mają sprawy kryminalne na głowie, teraz schowają się za immunitet. W felietonie w „Tygodniku Powszechnym” nazwałem Leppera King Kongiem. Dlaczego Małachowski broni go w „Przeglądzie”, nie rozumiem.
– Uważa, zdaje się, że Samoobrona to prawdziwa partia chłopska.
– Czy chciałaby pani jechać tramwajem, jeśliby pani wiedziała, że kierowca po raz pierwszy usiadł za kierownicą? Bo ja bym wysiadł.
– Domyślam się, że koalicja SLD-UP z Samoobroną, którą brano pod uwagę, nie podobałaby się panu.
– Byłby to nonsens do kwadratu – przecież ten człowiek jest kompletnym analfabetą ekonomicznym!
– A prezydent Wałęsa nie był analfabetą, i to nie tylko ekonomicznym?
– Był! Ale miał swoje zasługi, ponieważ przeskoczył przez płot, chociaż pani Walentynowicz twierdzi, że nigdy nie skakał. Ale mniejsza o to. Po rządach AWS Polacy są tak zniesmaczeni, że ponad połowa nie poszła głosować. Smutne, że wszyscy ludzie z „Solidarności” i KOR-u zeszli ze sceny politycznej. Weszli ludzie przyzwoici, ale niedołężni politycznie. Do PSL nie mam zaufania. A już przerażająca jest Liga Polskich Rodzin, wylansowana przez Kościół: w całym kraju – w parafiach na prowincji wisiały porady, żeby głosować na tę Ligę.
– A ze wszystkich ambon odczytano dość jednoznaczny list otwarty…
– To było wielkie nieszczęście. Mówiąc krótko, Kościół zbłądził. A Polacy po raz kolejny potwierdzili, że naszą specjalnością narodową jest marnowanie dobrych szans. Mieliśmy pozycję tygrysa ekonomicznego, a teraz przypominamy chorego kota.
Polskę czeka okres trudny. Wszystkie rynki padają – postępuje widoczna recesja, dolar poleciał, papiery wartościowe i akcje na giełdach światowych. Niepewność tego, jak się skończy walka z terroryzmem, ogromnie zwiększa niepewność sytuacji gospodarczej. A skoro mamy sytuację wojny, która nie jest normalną wojną… Charakterystyczne, że tak jak w Polsce wszystkie stronnictwa obawiają się nazwy „partia” – mamy ligę, sojusz, unię itd. – jest problem, jak nazwać działania podjęte przez Amerykę przeciwko Afganistanowi, czy to wojna, czy nie wojna. Jedni mówią, że wojna, inni, że nie wojna, każdy w swoją dudkę dmucha, jak mu się podoba.
– Widzę, że to, co na Ziemi interesuje pana bardziej niż to, co w kosmosie?
– Oczywiście, przecież żyję na Ziemi.

O kulturze

– W „Świecie na krawędzi” stwierdza pan, że nasza kultura jest w opłakanym stanie. Mówi pan: „Zatarcie granicy pomiędzy dziełem sztuki a śmieciem, pomiędzy kunsztem a bylejakością, zdaje mi się jednym z głównych znamion naszej epoki”.
– I nadal tak uważam. Jest to widoczne zwłaszcza we współczesnej plastyce, która z rozmaitych plam, zacieków i diabli wiedzą czego robi dzieła sztuki. Poszedłem raz w Berlinie na wystawę zatytułowaną „Nad wodą”. W galerii stało około 200 wiader pełnych wody – i to była cała wystawa. Ja czegoś takiego w ogóle za sztukę nie uważam. Nikt mi nie wmówi, że w kleksie chlapniętym na płótno są jakieś głębsze sensy. Z kolei w sztuce użytkowej pojawiają się krzesła, na których nie da się siedzieć, naczynia, z których nie da się jeść.
Światowym bestsellerem została seria o Harrym Potterze, którą pewnie bym czytał, gdybym miał osiem lat, ale już nie 10, a tymczasem zachwycają się nią dorośli. Telewizja publiczna tumani ludzi, równa w dół, do najniższych instynktów. Na ekranach królują seriale w stylu „Wielkiego Brata”, najgłupszego programu, jaki można sobie wyobrazić. To jest niepokojące, miałem na medycynie wykłady z psychiatrii, na których profesor mówił także o zboczeniach, m.in. o skoptofilii, czyli podglądactwie.
– Na ekranie dominują filmy akcji, pełne scen przemocy i agresji. Sądzi pan, że mają wpływ na zwiększenie przestępczości?
– Tak. W Ameryce zakazano wyświetlania filmów, w których są sceny ataków terrorystycznych, wysadzania budynków itd. Nie zdziwiłbym się, gdyby sprawcy ataku na WTC i Pentagon naoglądali się takich filmów. Kino i telewizje światowe pokazują dziś gotowe instrukcje, jak mordować, okradać, gwałcić i organizować zamachy. I żadne przemowy psychologów nie przekonają mnie, że agresja w mediach nie ma wpływu na agresję w życiu.
Dobrej „młodej” literatury nie zauważyłem. Być może współcześni artyści są niezdolni, a być może uznali, że wszystko, co piękne i mądre, już zostało wyeksploatowane. Upadek kultury i sztuki bardzo mnie martwi… Andrzej Wajda i profesor Geremek zaprosili mnie na konferencję o tym, jak ratować polską kulturę, ale nie pojechałem, bo kultury nie uratuje się gadaniem.
– Jaki jest pana stosunek do kultury masowej?
– Zamula mózg, wyjaławia wyobraźnię, wypacza poczucie smaku. Owszem, niechby sobie istniała gdzieś na marginesie, ale nie – masowa papka wypiera wartościową sztukę, która staje się coraz bardziej elitarna, aż w końcu, o ile nic się nie zmieni, zatopi się w tej papce.
Dzwonili dzisiaj do mnie dziennikarze z pytaniem, jaki polski uczony może kandydować do Nagrody Nobla. Odpowiedziałem: żaden. Bo od czasów Marii Skłodowskiej, która zresztą musiała wyjechać za granicę, żaden wybitny uczony się nie pojawił. Od lat, jeśli Polak chce coś zrobić i jest zdolny, wyjeżdża na Zachód. Podobnie rzecz ma się w kulturze. W literaturze mamy starców. Ja jestem starcem, Różewicz, Miłosz, nie wymawiając Wiśka Szymborska… Oczywiście, jest ogromna masa piszących ludzi, bo dzisiaj w zasadzie każdy może wydać książkę. Modne są zwłaszcza panie z mitograficznym zacięciem, do których nie mogę się przekonać, próbowałem też zmęczyć Gretkowską, ale nie dałem rady. Ilość nie idzie w jakość.
– Jaką literaturę czyta pan dla przyjemności?
– Od 12 lat przestawiłem zwrotnicę na literaturę naukową. Nie mam już czasu na beletrystykę.
– Tu pan oszukuje! A kto obudził się w środku nocy i wertował książki, żeby sprawdzić autora sonetu „I nie miłować ciężko, i miłować…”?
– (śmiech) No, to mnie pani przydybała. Czyżbym opowiadał o tym Fiałkowskiemu?
– Owszem. Wspominał pan też, że czyta Leśmiana, Słowackiego, Słonimskiego, Boya, Prusa, innych nie pamiętam.
– Kiedy byłem młody, koledzy ze studiów medycznych dziwili się: lekarz, a wiersze pisze. Uważali, że to nie jest normalne. Na szczęście przestałem pisać wiersze, bo były okropne, ale została mi miłość do poezji. Ostatnio czytam wieczorami Norwida… Przedtem przeglądałem Tuwima i uznałem, że jego liryka zwietrzała, natomiast świetne są wiersze żartobliwe. Przeczytałem też nowy tom Miłosza „To” i, pełen podziwu, napisałem do niego list z gratulacjami.

O sobie

– Pomówmy przez chwilę o panu. Niedawno skończył pan 80 lat. Telewizja, radio i prasa przez kilka dni obchodziły „festiwal Lema”. W Krakowie noszono pana w lektyce, pana wydawnictwo – Literackie – wyprawiło huczne przyjęcie urodzinowe. Jak się pan czuje po tych obchodach?
– (śmiech) Wytrzymałem! Było to przyjemnie, ale męczące.
– Rozmawiamy w przeddzień ogłoszenia literackiej Nagrody Nobla. Jeśli – wreszcie – pan zostanie jej laureatem, dopiero pan poczuje, co to znaczy męczące.
– Niech Bóg broni przed Noblem! Nobel jest nieszczęściem! Wiem, ile się biedna Wiśka Szymborska nacierpiała z tego powodu, nie chciałbym przejść przez te wszystkie męczarnie, co ona. Gdyby mi nawet Nobla przyznali, to bym odmówił, bo Nobel do niczego nie jest mi potrzebny – ani materialnie, ani w zakresie światowych koneksji, ani popularności. Moich 40 książek zostało przetłumaczonych na 37 języków w nakładzie 27 mln egzemplarzy. Jestem tłumaczony na języki, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Niedawno przysłano mi moją książkę wydaną po baskijsku, dzisiaj przyszły książki z Turcji. Amerykanie kręcą „Solaris”, ale mam nadzieję, że nie dożyję premiery, bo w Hollywoodzie nie mogą zrobić dobrego filmu. Mnie osobiście niczego nie potrzeba.
– Jak się pan czuje w roli Autorytetu? Co chwila dzwonią do pana, przysyłają faksy i maile dziennikarze z rozmaitych gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, z kraju i z zagranicy. Chcą wiedzieć, co pan myśli o tym czy owym, czy jest pan za, czy przeciw temu czy owemu itd.
– Na szczęście mam sekretarza, który broni mnie przed inwazją dziennikarzy, telefony i faksy spadają na jego głowę. Nie mogę przecież rozmawiać ze wszystkimi mediami, bo nie miałbym czasu na nic innego. Nie mogę też czytać wszystkich gazet, wybieram tylko najbardziej interesujące. Gdyby mi się „Przegląd” nie podobał, na pewno bym z panią tu nie rozmawiał, choćby mi nawet redakcja chciała złotem zapłacić.
Z jednej strony, przyjemnie mi, że tak się ze mną liczą, ale z drugiej strony, jest to kłopotliwe. Na przykład prosi mnie Bractwo Gutenberga, żebym został ich członkiem honorowym. Pytam, czy wiążą się z tym jakieś obowiązki, bo mam mało czasu. Odpowiadają, że nie. Przyjeżdżają, wręczają mi szarfę i wielki dyplom, a potem okazuje się, że chcą, żebym wygłosił, żebym otworzył, żebym zamknął itd.
– Pewnie ma pan wiele takich propozycji, żeby „uświetniać” różne wydarzenia.
– Proszę pani, ja mam w domu nawet nie szufladę, ale całą szafę dyplomów, wstęg, orderów i nagród. Żebym miał, nie wiem ile sławy i orderów, moja doba ma tylko 24 godziny, a ja mam ograniczoną chłonność informacyjną.
– Czy przez to, że inni traktują pana z takim respektem, jako mędrca, zaczął pan sam siebie traktować z większą czcią?
– Oj, nie! (śmiech) To bardzo niewygodnie stać na pomniku. Męczące.
– W swoich powieściach SF nie wymyślił pan sposobu na starość. Czyżby starość nie budziła pana obaw?
– Kiedy pisałem książki – a przestałem 13 lat temu – starość nie zaprzątała szczególnie mojej uwagi, może dlatego, że jeszcze jej tak nie odczuwałem. Lękiem przed starością żywi się dzisiaj przemysł kosmetyczny i farmaceutyczny, który nakręca reklamę, a ta z kolei modę na przedłużanie młodości. Kobieta 50-letnia, choćby nie wiem, jakimi kremami przeciwzmarszczkowymi się nacierała albo silikon sobie tu czy ówdzie wszywała, nie będzie wyglądała na lat 20, ale najwyżej na 48.
Amerykanie ostatnio obserwowali grupy staruszków i staruszek żyjących około stu lat i stwierdzili, że istnieje podobno jakiś gen, który występuje u ludzi długowiecznych.
– Chciałby pan dożyć stu lat?
– Ależ nie! Co to za różnica, czy ktoś żyje 92 lata czy 95 lat… Zresztą wiele rzeczy, które dzieją się na świecie, nie podoba mi się. Jestem z innej epoki, mnie bardzo odpowiadała Polska przedwojenna. Uważam, że Hitler ze Stalinem ukradli mi ze 30 lat.
– No właśnie, przeżył pan wiele ciężkich chwil, okupację hitlerowską, sowiecką. Co jest, pana zdaniem, najgorszym doświadczeniem, jakie może przeżyć człowiek?
– Nieźle by było, gdyby istniało tylko jedno takie doświadczenie. Jak się ma gwóźdź w bucie, to ten gwóźdź strasznie się daje we znaki. A jak się go wyrwie, czuje się ulgę. My odczuwamy na ogół przykrości bytowe, ale ich usunięcie likwiduje problem. Nie jesteśmy zachwyceni tym, że możemy swobodnie oddychać. Człowiek nie jest tak urządzony, żeby był bezustannie zachwycony.
– Jubileusz 80-lecia to dobra okazja do podsumowań. Jak pan dzisiaj ocenia swoje życie? Jako udane?
– Biorąc pod uwagę tor przeszkód, jaki musiałem pokonać, od matury… Najpierw do Lwowa wkroczyli Sowieci, potem Niemcy, potem znowu Sowieci, następnie nas ze Lwowa wyrzucono i przyjechaliśmy z rodzicami do Krakowa, biedni jak myszy kościelne, bo cały dorobek życia rodziców (ojciec był cenionym lekarzem) tam został. Jakoś udało mi się przeżyć te straszne lata i nawet coś w życiu osiągnąć. Świadczą o tym półki, które pani widzi dokoła gabinetu, wypchane moimi książkami w różnych językach, ten wielki dom i ogród, samochody w garażu – to wszystko „wyszło” z mojej głowy. Żyłem i nadal żyję z honorariów zagranicznych, dzięki temu zawsze, także w PRL-u, byłem niezależny, nikt nie mógł mi zaszkodzić ani z pracy wyrzucić, bo nigdy nie pracowałem na posadzie. Byłoby w złym guście, gdybym jeszcze narzekał. Bo i na co?
– Rozmyśla pan o przyszłości cywilizacji, nauki, techniki… A o własnej? W „Okamgnieniu” napisał pan, że nie będzie ani nieśmiertelności, ani składu gotowych serc, nauka nie przedłuży ludzkiego życia w nieskończoność.
– Jeśli chodzi o nieśmiertelność, nie może to być ludzki przywilej. W moim przekonaniu, po śmierci nie ma nic. Jestem niewierzący. Jestem z wykształcenia lekarzem, znam biologię. Widziałem wiele razy, jak „duch” ulatnia się z człowieka w miarę zanikania odcinków kory mózgowej. Nie wierzę ani w duszę nieśmiertelną, ani w raj, a opowieści o tym, że bliscy patrzą na nas z zaświatów, są dobre dla dzieci. Wszystko ma swój początek i koniec. Ten schemat dotyczy gwiazd, w tym i naszego Słońca, ale także życia człowieka. Z tego wniosek, że po śmierci będzie ze mną to samo, co przed moim narodzeniem, czyli nic. I nie uważam, żeby to był powód do zmartwienia.
– W książce „Świat na krawędzi” wspomina pan, że kiedyś był wierzący.
– Tak, ale tylko jako dziecko – potem wiara wyparowała. Ale nikogo do niewiary nie przekonuję, rozumiem zresztą społeczną potrzebę religii. Sam takiej potrzeby po prostu nie mam.
– Czy myśl o własnej śmierci budzi w panu lęk?
– A czego tu się bać? Kiedy miałem 20 lat i było bombardowanie Lwowa, czuwałem przy łóżku chorego, który nie mógł się poruszać. Wszyscy uciekli do piwnicy, a ja nie, bo wstydziłem się zostawić tego chorego. Wtedy okropnie się bałem. Jak się ma 20 lat, to ma się ochotę żyć, ale jak się ma 80 lat… Czy pani sobie wyobraża, jak to jest? Niemal wszyscy moi znajomi już poumierali, to bardzo przykre. W dodatku wszystko w człowieku się pogarsza. Jest wiele zakazów, więcej niż w dzieciństwie. Na przykład, bardzo lubiłem słodycze, a teraz nie mogę ich jeść. Lubiłem jeździć na nartach, a teraz mogę najwyżej stare zdjęcia pooglądać. Jest taki wierszyk o staruszkach, chyba Gałczyńskiego: „Hop siup, wystarczy zjeść wątróbkę czy ogórek, i już trup”.
– Ale ma pan chyba jeszcze jakieś marzenia?
– O czym można marzyć, kiedy ma się 80 lat? Chciałbym zjeść chałwę, ale mi nie wolno… Chciałbym, żeby moja wnuczka wyrosła na ludzi… Zadowalam się tym, że moje serce jeszcze dobrze działa i że specjalnych wsparć technologicznych nie wymagam. Gdy człowiek się zestarzeje, przestaje marzyć, zaczyna śnić o przeszłości. Nie marzę, co będzie, kiedy skończę 95 lat, ale wspominam z nostalgią czasy, gdy miałem lat 20. Mam natomiast plany – myślę o tym, żeby jakiś fundusz ustanowić, jeszcze nie wiem jaki, muszę naradzić się z fachowcami. Na pewno nie położę się do trumny owinięty zwojami dolarów.
Codziennie dostaję mnóstwo pism, książek, młodzi ludzie przysyłają mi swoje utwory, których nie mam czasu czytać, listy itd. Codziennie ktoś chce się dowiedzieć od mnie – no bo jestem stary, mądry i sławny – jak żyć.
– I co pan odpowiada?
– Najczęściej nic nie odpowiadam. Ale myślę sobie: a diabli wiedzą!!! Do człowieka nie dołączono stosownej instrukcji, każdy musi szukać na własną rękę.


(cytowany „Świat na krawędzi”, czyli rozmowy Tomasza Fiałkowskiego ze Stanisławem Lemem, opublikowało Wydawnictwo Literackie, wydawca „Dzieł Zebranych” S. Lema)

 

 

Wydanie: 43/2001

Kategorie: Wywiady
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy