Przestałem sie ukrywać

Przestałem sie ukrywać

Ukrywając to, kim jesteśmy, co lubimy, co nas wzrusza, tak naprawdę zapieramy się siebie Tomasz Raczek – Za co pan kocha telewizję? – Za jej siłę, za zdolność do błyskawicznego komunikowania i informowania oraz możliwości stworzenia interakcji z odbiorcami, co zresztą jeszcze lepiej wykorzystuje internet. Wierzę głęboko w myśl wyrażoną przez Marshalla McLuhana, proroka elektronicznego zbawienia, jak go nazwał KTT. McLuhan mówił o globalnej wiosce, do której doprowadzi nas telewizja. A dziś znajduje to potwierdzenie w globalnej sieci informacyjnej, którą każdy może mieć w swoim mieszkaniu. – Występuje pan zdecydowanie przeciwko Teatrowi Telewizji, jako zdegenerowanej, kalekiej hybrydzie, tymczasem właśnie ten program jest jednym z naczelnych argumentów o wartości misji, którą powinna spełniać telewizja publiczna. Czy jest pan przeciwko misji TVP? – Ależ nie, telewizja publiczna powinna spełniać misję, tyle że trzeba ją inaczej zdefiniować. Misja powinna się wyrażać w dostarczaniu programów ważnych i czasem wymagających od odbiorców trudu aktywnego zainteresowania, ale zgodnych z nowoczesnym, informacyjno-rozrywkowym charakterem tego środka przekazu. Misja powinna także polegać na produkowaniu i emitowaniu w dobrych porach oglądalności programów, które nie mogą liczyć na komercyjne wsparcie reklamodawców. Nie ma sensu, żeby telewizja publiczna ścigała się ze stacjami komercyjnymi na słupki oglądalności. Jej wartość wyrażać się ma w kształtowaniu nowoczesnych postaw obywateli świadomych swego miejsca w społeczeństwie, a nie w popularności. No i konsekwentnie – jeśli misja, to bez nadawania reklam. Zygmunt – szalony intelektualista – Szkoda, że w telewizji publicznej nie ma dziś programu, który nawiązywałby do niezapomnianego cyklu spotkań z filmem „Perły z lamusa” z udziałem tandemu krytyków, Zygmunta Kałużyńskiego i pana. Kto wpadł na pomysł „Pereł z lamusa”? – Kiedy za prezesury Andrzeja Drawicza byłem wicedyrektorem Dwójki, poprosiłem Zygmunta, by zgodził się poprowadzić cykl filmów, które sam wybierze i zaprezentuje telewidzom. Kałużyński odpowiedział jednak, że nie chce „mówić do rury” i trzeba mu znaleźć rozmówcę. Przedstawiłem listę kilkudziesięciu nazwisk, ale on ciągle wynajdywał jakieś powody i wszystkich odrzucał. Wreszcie po skreśleniu ostatniego kandydata stwierdziłem, że w ten sposób nigdy nie znajdziemy mu partnera. „Z kim pan w takim razie chce rozmawiać przed kamerami?”, spytałem. „Z panem”, odparł Zygmunt. W ten sposób we dwójkę zaczęliśmy zapowiadać i omawiać ciekawe stare filmy, a program przetrwał na antenie 10 lat – od 1990 do 2000 r. – i było to dla mnie ogromną przyjemnością. Pokazywaliśmy telewidzom filmy, które nie zawsze były arcydziełami X muzy; miało to być – jak mawiał Zygmunt – „zwykłe kino dla zwykłych ludzi” sprawiające po prostu przyjemność przy oglądaniu. Pierwszym filmem był „Wehikuł czasu”. Po naszej rozmowie do telewizji przyszła lawina listów. Staraliśmy się rozmawiać żywo i dowcipnie, a w końcu pokłóciliśmy się… Ja próbowałem podważyć zdanie Kałużyńskiego, doprowadzić do jakiegoś paradoksu. On podejmował tę grę, a potem zarzucał mi, że go ośmieszam. Wzywałem więc widzów na świadków, prosząc, by pisali do nas, kogo popierają, kto miał rację. I okazało się, że trafiliśmy w dziesiątkę: telewidzowie w swoich listach częściej odnosili się do naszych rozmów niż do samych filmów. Niebawem ustalił się zwyczaj, że ludzie opisywali swoje przeżycia osobiste, przypominali okoliczności oglądania filmów sprzed lat, swoje pierwsze pocałunki z sympatiami, czasem wstrząsające historie rodzinne, zgłaszali też propozycje tytułów do programu. „Perły z lamusa” stały się prawdziwym telewizyjnym klubem filmowym, ale też przykładem kulturalnej debaty. Nasi widzowie zauważali w listach, że mimo iż kłócimy się przed kamerami, zawsze dochodzimy do porozumienia. Niektórzy dostrzegali tutaj nawet dowód na to, że możliwe jest dogadanie się między przedstawicielami dwóch różnych pokoleń. – Zygmunt Kałużyński w tych programach ujawniał też swoją fascynującą osobowość. – Tak, choć wydawało się, że jest skory do żartów, traktował te spotkania z telewidzami szalenie poważnie. Przywiązywał wagę do każdego szczegółu, przynosił do studia różne fanty, książki, zdjęcia, komiksy, które np. stały się kanwą dla filmów, nawet stary flakonik po perfumach kupionych w Paryżu, aby przybliżyć aurę jakiegoś miejsca, gdzie rozgrywa się akcja romansu… Kiedyś przyniósł cenną porcelanę, którą pożyczył od znajomych, i kazał mi uważać, aby się nie stłukła, bo nigdy by się

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2007, 47/2007

Kategorie: Wywiady