Wyspy gniewu

Wyspy gniewu

Jeśli rząd okaże lekceważenie związkom i pracownikom, może sprowokować eskalację protestów

Prof. Juliusz Gardawski– dyrektor Instytutu Filozofii, Socjologii i Socjologii Ekonomicznej w Szkole Głównej Handlowej, badacz klasy pracowniczej, związków zawodowych i dialogu społecznego

„Przed burzą?” – to tytuł naszej poprzedniej rozmowy, przeprowadzonej po wielotysięcznym proteście związkowców w Warszawie we wrześniu 2013 r. Teraz rozmawiamy w okresie gorących wydarzeń na Śląsku. Czy nie czas usunąć z tamtego tytułu znak zapytania?
– Nie wydaje mi się, by było to zasadne.
Szef Solidarności Piotr Duda w obecności liderów OPZZ i Forum Związków Zawodowych postawił premier Ewie Kopacz ultimatum: jeśli do końca stycznia rząd nie podejmie negocjacji ze związkami w sprawach zgłoszonych w czasie protestu w Warszawie, wystąpienia ogarną cały kraj. Czym nabity jest pistolet Piotra Dudy: ostrą amunicją czy kapiszonami?
– Nie lekceważyłbym deklaracji przewodniczącego Solidarności. Nie sprawdziły się plotki, że pójdzie w ślady poprzedników i potraktuje związek jako trampolinę do działalności politycznej. On wie, jak potoczyły się losy Mariana Krzaklewskiego i Janusza Śniadka, którzy zostali zepchnięci na margines polityki. Rozumie, że bezpośrednia gra w politykę związkom i ich liderom niewiele daje. Są znacznie silniejsi, gdy zachowują dystans wobec partii politycznych, występują w roli liderów masowych organizacji i nie aspirują do roli polityków. Wtedy znacznie łatwiej zmobilizować świat pracy, występować jako wpływowy lobbysta dbający o jego interesy.

Trzasnęli drzwiami

O jakim lobbingu mowa, skoro w czerwcu 2013 r. związki demonstracyjnie opuściły posiedzenie Komisji Trójstronnej – głównej instytucji dialogu społecznego?
– Związki miały powody, żeby tak się zachować. Rząd kompletnie zaskoczył je ogłoszeniem zamiaru podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat, w ogóle nie miał zamiaru konsultować tak zasadniczej dla milionów pracowników kwestii. A przecież związki miały swoje projekty przedłużenia wieku emerytalnego i liczyły na debatę. Gabinet Donalda Tuska chciał pokazać międzynarodowym rynkom finansowym, że działa kategorycznie w myśl zasad sugerowanych przez tzw. trojkę: Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Komisję Europejską i Europejski Bank Centralny – dąży do deregulacji, uelastyczniania rynku pracy oraz dyscypliny budżetowej i nie ugnie się przed związkami. Wyznaczył im miejsce młodszego partnera. Zademonstrował to dobitnie, nie zgadzając się wcześniej na uzgodnioną przez związki i pracodawców wysokość płacy minimalnej na 2011 r. Rząd wyznaczył kwotę o kilkanaście złotych mniejszą. To była demonstracja siły, bo uzyskane oszczędności nie były wielkim obciążeniem dla pracodawców, sami się zgodzili. W 2013 r. czarę goryczy przelało uelastycznienie przez rząd stosunków pracy. Piotr Duda przekonał szefów OPZZ i Forum Związków Zawodowych do zawieszenia udziału w pracach Komisji, choć część związków branżowych wchodzących w skład OPZZ, a nawet sekretariatów Solidarności była żywo zainteresowana dialogiem. Pamiętajmy, że od czerwca 2013 r. oprócz Komisji Trójstronnej nie działają wojewódzkie komisje dialogu społecznego ani trójstronne zespoły branżowe.
Kto bardziej zyskał na zaprzestaniu dialogu?
– Przez długi czas wygrywały związki. Demonstracyjne opuszczenie Komisji Trójstronnej i ogromna manifestacja w Warszawie sprawiły, że po raz pierwszy od lat związki zawodowe zaistniały w mediach jako poważna siła, z której zdaniem władze powinny się liczyć. Związki zawodowe wysunęły w październiku 2013 r. koncepcję faktycznej zmiany modelu kapitalizmu w Polsce. Zaproponowały model gospodarki koordynowanej, który nadaje związkom, ale też pracodawcom rolę równoprawnych partnerów rządu w sprawach stosunków pracy. Obecnie model jest bliski liberalnej gospodarce rynkowej. W tym modelu związki, by coś wywalczyć, muszą się siłować z rządem i pracodawcami, demonstrując zdolność mobilizacji i determinację.
Dokładnie tak było w okresie protestów w Kompanii Węglowej. A czy może być inaczej?
– Tak, dialog społeczny jest jednym z zasadniczych elementów kapitalizmu z gospodarką koordynowaną. Związkowcom zamarzył się ten model, zażądali, by zmian w sześciu ważnych obszarach polityki społeczno-gospodarczej, m.in. w ustawodawstwie pracy, można było dokonać pod warunkiem uzgodnienia ich ze związkami zawodowymi. Bardzo długo tego się trzymali, ale w listopadzie ub.r. prawnicy przekonali ich, że podobny mechanizm wymagałby zmiany konstytucji. Zdecydowali się złagodzić stanowisko.

Postraszyli rząd

Rząd natomiast zaostrzył ton, wychodząc z niekonsultowaną wcześniej koncepcją likwidacji kilku kopalń Kompanii Węglowej. Chyba nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji górników.
– Ich zachowanie jest typowe w sytuacji, kiedy od wielu miesięcy nie ma dialogu społecznego: bardzo podnosimy poprzeczkę, patrzymy, co się dzieje, i trochę ją opuszczamy. Gdyby wcześniej toczyły się poważne, fachowe debaty w ramach branżowych komisji trójstronnych, atmosfera byłaby spokojniejsza, a poziom emocji niższy. Niemniej jednak to, co dzieje się na Śląsku, jest czymś naturalnym w kraju o gospodarce liberalnej, ale także nie zaskakuje w ustroju koordynowanym. Związki, żeby coś wywalczyć, musiały pokazać veto power (siłę negatywną), postraszyć rząd, że są w stanie zablokować jego pomysły. Strona rządowa nie była do tego dobrze przygotowana, bo z powodu braku dialogu uwiędła w niej zdolność negocjowania. Na palcach jednej ręki można policzyć negocjatorów ze strony rządu zdolnych do profesjonalnego prowadzenia negocjacji w najtrudniejszych sprawach kraju w kulturze dialogu. Prawdziwemu negocjatorowi nie przeszłoby przez gardło słowo pajac. Górnicy uznali, że podeptano ich godność.
Sytuację ratowała potem pani premier, siedząc przy stole negocjacji przez 12 godzin. Podpisanie porozumienia związkowcy uznali za gigantyczny sukces. Podziela pan tę opinię?
– Godność górników została obroniona, związki zmusiły do przyjazdu premier Ewę Kopacz, rząd w wielu kwestiach ustąpił, co sprawi, że teraz wiele branż i przedsiębiorstw ustawi się w kolejce ze swoimi postulatami. Z drugiej strony górnicy zgodzili się na restrukturyzację, odczarowano pojęcie prywatyzacji kopalń, które do niedawna wywoływało u nich nerwowe reakcje. W sumie porozumienie było sukcesem rządu.
Tak też chyba ocenił je prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej Jarosław Zagórowski, ogłaszając wycofanie się z wielu zapisów ponadzakładowej umowy zbiorowej oraz zwalniając górników, którzy organizowali protest solidarnościowy z kolegami z Kompanii Węglowej.
– W JSW od lat występuje ostry konflikt interesów. Górnicy są zdeterminowani, głębokie jest ich poczucie zagrożenia, mają też silne związki zawodowe reprezentujące załogi, ale i zarząd ma równie silne racje ekonomiczne. Chyba jednak nie jest tam najlepiej z klimatem dialogu, a kamyk należałoby rzucić raczej do ogródka zarządu.
Czy wydarzenia na Śląsku okażą się detonatorem wybuchu gniewu pracowniczego, społecznego w całym kraju?
– Górnictwo jest jedną z niewielu – w zasadzie chyba jedyną – branżą, w której związki zawodowe są w stanie szybko zmobilizować pracowników do zdecydowanego protestu. W innych branżach stopień mobilizacji i determinacji jest niższy. Pogląd, że górnicy okażą się detonatorem wybuchu, raczej się nie sprawdzi. Zaryzykuję stwierdzenie, że główny strzał już padł – do eksplozji doszło na Śląsku, czyli w miejscu najbardziej predysponowanym do wybuchu. Zapewne będą kolejne, ale o mniejszej sile, niekoniecznie przybiorą postać jednego potężnego wybuchu. Oczywiście wiele zależy od rządu. Jeśli okaże lekceważenie związkom i pracownikom, może sprowokować eskalację protestów. Mam nadzieję, że zwycięży koncyliacyjna postawa zawsze gotowego do dialogu ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Razem i osobno

Podobnie jak w czasie protestu we wrześniu 2013 r. w Warszawie liderzy central związkowych działają razem. To je umacnia.
– Z pewnością. Jan Guz musiał pokonać opór części związków należących do OPZZ, by stworzyć wspólny front z Solidarnością. To jego sukces, na który ciężko zapracował. Podobnie było z szefem Forum Związków Zawodowych Tadeuszem Chwałką. Liderzy związkowi wspólnie z pracodawcami przygotowali projekt ustawy o powołaniu nowej instytucji – Rady Dialogu Społecznego, która zastąpiłaby Komisję Trójstronną. Przedstawili go 26 stycznia ministrowi pracy. Jest spora szansa, że uda się doprowadzić do wznowienia debaty trójstronnej w nowej formule. Dotychczas przewodniczącym był z urzędu minister pracy, teraz ma go zastąpić rotacyjny przewodniczący delegowany przez poszczególne związki i organizacje. Zwiększy to niezależność Rady od rządu, ale zapewne będzie oznaczało osłabienie relacji partnerów społecznych – związków i organizacji pracodawców – z rządem. Charakterystyczne jest obecne zachowanie związków zawodowych – chcą zmusić rząd do dwustronnego debatowania o wieku emerytalnym, elastycznym czasie pracy, umowach śmieciowych, problemach branżowych. Wiedzą, że w tych kwestiach pracodawcy by ich nie poparli. To stawia pod znakiem zapytania skuteczność przyszłych trójstronnych negocjacji w nowej radzie. Związki dążą obecnie do zwiększenia wpływu na politykę społeczno-gospodarczą w drodze bezpośrednich rozmów z rządem, do których nie zapraszają pracodawców, a przecież mają niebawem wspólnie z nimi budować Radę Dialogu Społecznego. Przyszłość pokaże, czy nowa forma dialogu stanie się instytucją ustrojową, w której będą rozstrzygane ważne sprawy polskiego świata pracy, czy też w celu załatwienia tych spraw związki i pracodawcy będą się zwracali osobno do rządu.
Zapowiada się sezon protestów. Nauczyciele chcą podwyżek.
– W oświacie są najsilniejsze – poza górnictwem – związki zawodowe. Ale nauczyciele rozgrywają własną kartę. Choć Związek Nauczycielstwa Polskiego należy do OPZZ, nie wziął udziału w proteście we wrześniu 2013 r. ZNP ma profesjonalny zarząd, doświadczonego przewodniczącego Sławomira Broniarza, który umie negocjować z rządem. Robił to także w czasie zawieszenia dialogu społecznego. Jego układem odniesienia jest ćwierć miliona nauczycieli skupionych w ZNP, o specyficznych interesach, różnych od interesów przemysłowych związków zawodowych. Trudno przewidzieć, czy z jego punktu widzenia racjonalne będzie włączenie się do jednolitego nurtu protestu i jaka będzie jego skala.
Energetycy też grożą.
– Tam się toczy skomplikowana gra między załogami a menedżmentem. Trzeba pamiętać, że sytuacja pracowników tej branży jest relatywnie dobra. Przeciętny polski pracownik sektora małych i średnich przedsiębiorstw może być zaszokowany poziomem ich płac.
Tego nie da się powiedzieć o pracownikach Poczty Polskiej.
– To prawda, w tym przedsiębiorstwie jest też znacznie więcej determinacji. Jednak pracownicy wiedzą, że pozycja Poczty Polskiej słabnie. Mój znajomy, który ma dużo spraw sądowych, bardzo sobie chwali, że odbiera pisma u szewca, bo na poczcie stał po nie w długiej kolejce. Również pocztowcy będą ważyli aktualną sytuację i nie można wykluczyć, że zechcą odrębnie negocjować z rządem interesy branży, bez udziału w solidarnej platformie protestu.

Archipelag pracy

Kompania Węglowa, JSW, energetyka, nauczyciele, Poczta Polska, kolejarze. W kolejce do protestów ustawiają się głównie podmioty kontrolowane przez państwo. A przecież większość gospodarki jest w rękach prywatnych, w wielu przedsiębiorstwach prywatnych warunki pracy są znacznie gorsze.
– Dlatego w innych grupach społeczno-zawodowych rodzi się poczucie, że strajkuje arystokracja pracownicza, walcząca o zachowanie przywilejów, o których inni nie mogą nawet marzyć.
Strajku powszechnego nie będzie?
– Solidarność próbowała zorganizować strajk powszechny na Śląsku w 2013 r., gdy wiele grup zawodowych też okazywało niezadowolenie. Ale tamta akcja się nie powiodła. Sytuacja pracujących jest bardzo różna. Osoby samozatrudnione nie mogą się zapisać do związku zawodowego, podobnie jak ci na umowach o dzieło czy innych śmieciówkach. W niewielkich firmach jest za mało pracowników, by stworzyć związek. W większych przedsiębiorstwach powstałych po 1989 r. – poza nielicznymi, głównie motoryzacyjnymi należącymi do kapitału zagranicznego – nie ma klimatu do tworzenia związków. Na dodatek w Polsce nie ma powszechnego klimatu do strajkowania. Duża część pracowników wątpi w skuteczność podobnych działań. Nie ma obecnie mowy o ogólnopracowniczej solidarności i chyba nikt w nią nie wierzy. Tym bardziej że propaganda po drugiej stronie nie śpi. Nieprzypadkowo w czasie protestów w Kompanii Węglowej upowszechniano informacje o wysokich zarobkach działaczy związków górniczych, wypominano górnikom czternastki i piórnikowe. Ile miejsca w mediach poświęcono przywilejom nauczycieli? Protesty, o których mówimy, dotyczą jednej wyspy w archipelagu świata pracy – przedsiębiorstw i branż kontrolowanych przez państwo, w których aktywnie działają związki zawodowe, obowiązują umowy o pracę, a Kodeks pracy jest przestrzegany. Pozostałe wysepki składają się przede wszystkim z małych grup pracowniczych niewrażliwych na argumenty w rodzaju: nie pozwolimy sobie odebrać ponadzakładowego układu zbiorowego pracy. Solidarność klasy pracowniczej była możliwa w 1980 r., gdy mieliśmy gospodarkę państwową i jednego adresata postulatów – państwo. Tamta solidarność pękła dawno temu. Nawet strajki solidarnościowe na uzwiązkowionej wyspie się nie udają. Z reguły każda grupa walczy o swoje.
Co zrobić, by archipelag stał się jednym kontynentem?
– Należałoby wyjść do archipelagu z przekazem: będziemy dążyli do zmiany waszego świata, ograniczymy trend deregulacji, liberalizacji, elastyczności, osłabiania kontraktu, będziemy walczyli o stabilizację waszej sytuacji pracowniczej.
A konkretnie?
– Kluczowe znaczenie ma wyrównywanie statusu pracowniczego.

Czarna dziura

Związkowi liderzy chcą rozmawiać z panią premier m.in. o skasowaniu śmieciówek. Jaki jest stopień ich determinacji, by walczyć o prawa osób nienależących do związków, niewybierających liderów, niepłacących składek?
– Do udziału w proteście w Warszawie w 2013 r. związkowcy zaprosili przedstawicieli mniejszych wysp archipelagu – i wielu z nich tam się pojawiło. Sprzyjały temu bliskie wszystkim hasła akcji: dość lekceważenia społeczeństwa, rząd się z nami nie liczy. Wkrótce potem Piotr Duda wspólnie z Janem Guzem i Pawłem Kukizem podjęli próbę budowy szerokiej platformy oburzonych, ale to się nie powiodło. Liderzy związkowi nadal muszą dbać przede wszystkim o interesy własnej klienteli. Trudno im się dziwić, bo tego od nich oczekują związkowcy. Nie wyobrażam sobie też, by związkowcy mogli przedstawić rządowi pakiet postulatów – od umów śmieciowych po rezygnację z podniesienia wieku emerytalnego oraz interesy licznych branż. Wątpić należy, czy udałoby się zmobilizować rzesze związkowców do walki w imię interesów milionów pracowników nienależących do związków. Związki nie mają dość siły, by te wszystkie kwestie przeforsować. Ale sprawa wyrównywania statusu pracowniczego powinna być stale obecna. Są próby tłumaczenia związkowcom zatrudnionym na umowy kodeksowe: śmieciówki podtapiają łódź, na której płyniemy, jeśli im się nie przeciwstawimy, sami kiedyś będziemy pracować na takich umowach.
Mamy do czynienia z nowymi zjawiskami, np. biednymi pracującymi, prekariatem. To nie lata 90., gdy młodzi wierzyli w lepszą przyszłość. Niezadowolonych przybywa, może wreszcie się zbuntują?
– Nie sądzę. Owszem, pokolenie Y, drugie pokolenie transformacji, jest inne od poprzedników – pokolenia X. Nie widzi szansy awansu, wie, że żadnego welfare state (państwa opiekuńczego) w Polsce już nie będzie. Debata o OFE, której towarzyszył okrzyk: „ZUS zbankrutuje!”, doprowadziła do jeszcze większej destrukcji obrazu państwa w oczach większości młodych ludzi. Oni przestali myśleć o emeryturze, która – jak cała przyszłość – jawi się im jako jedna wielka niewiadoma. To ich stresuje i wolą o tym nie myśleć. Ci, którzy mogą, żyją dniem dzisiejszym, skracają perspektywę, zawężają pola zainteresowań do tego, co jest im bezpośrednio dostępne.
Frankowicze muszą stale myśleć, skąd wziąć pieniądze na kolejną ratę. Oni też dołączają do rzeszy niezadowolonych.
– Frankowicze to w większości przedstawiciele niższej klasy średniej, którzy kupili na kredyt kilkudziesięciometrowe mieszkanie. Dzięki niemu mogli opuścić dom rodziców, ale teraz nad wieloma zawisło widmo powrotu do nich. Ten przypadek jest jednym ze wskaźników końca prób tworzenia społeczeństwa klasy średniej. Polska klasa średnia, do której aspirowano przez dziesięciolecia, staje się na naszych oczach mitem. Istnieje co prawda klasa małych i średnich pracodawców, ale jest stosunkowo słaba.
Zdeklasowani wyjdą na ulicę?
– Wyszli w kilku miastach, jednak ich protest okazał się niewielki. Nie wierzę w zdolność do mobilizacji i protestu tej grupy, podobnie jak innych z rozproszonego archipelagu świata pracy.
Na żadną zmianę się nie zanosi?
– Wręcz przeciwnie – zmiana już się dokonuje. To zmiana w mentalności. Młodsze „Igreki”, w przeciwieństwie do starszych „Iksów”, nie wierzą, że los leży w ich rękach. Chcą, by ich problemami zajęło się państwo. Nawet wielu małych i średnich przedsiębiorców – to wychodzi z moich badań – nie chce „niewidzialnej ręki rynku”, chce ingerencji państwa, ograniczania swobodnej konkurencji, która w praktyce faworyzuje to, co wielkie i międzynarodowe.
Skąd zatem wziął się sukces Janusza Korwin-Mikkego?
– Wielu z tych, którzy go popierają, nie rozumie, co on mówi. Młodzi często uważają debaty w Sejmie za starcze mamlanie, którego mają dość. Korwin-Mikke wydaje im się kolorowy, inny. Jednak młode pokolenie – wbrew temu, co głosi Mikke – oczekuje pomocy od państwa. W uzyskaniu pracy, mieszkania, stworzeniu warunków sprzyjających urodzeniu i wychowaniu dzieci. Odżyły pospodarza”, który uwolni ludzi od brzemienia niepewności jutra. Na razie te oczekiwania, mimo że rosną, dotyczą mniejszości. Niemniej jednak to wyzwanie, z którym coraz trudniej będzie tawy roszczeniowe, tak dobrze znane z czasów autorytarnego socjalizmu. Moim zdaniem, jest coraz większe oczekiwanie na polskiego Orbána – prawicowego, autorytarnego polityka, dobrego „gos
sobie radzić rządom o orientacji rynkowej, liberalnej i demokratycznej.


Czy czeka nas gorąca zima strajkowa?

Prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog, PAN

Jeśli już, to raczej wiosna, bo wtedy będzie wiadomo, jak przebiegała realizacja procesów restrukturyzacyjnych w kopalniach i w jakim stopniu udało się ograniczyć wysokie koszty funkcjonowania Kompanii, zwłaszcza koszty biurokracji. W tej chwili Solidarność nie podejmuje akcji strajkowej, bo nie chce zrywać porozumień, które podpisano, ale to wszystko może być punktem zapalnym, gdyż roszczenia napływają z innych spółek skarbu państwa, takich jak kolej czy poczta, które także świadczą usługi publiczne i mają podobne problemy z przerostami biurokratycznymi, a Polacy nie chcą dopłacać do niewydolnych spółek. Komisja Krajowa Solidarności ma dobrych ekspertów, którzy na bieżąco analizują sytuację w różnych branżach, w tym także problemy z zatrudnianiem pracowników na tzw. umowy śmieciowe. Do protestów może dojść wczesną wiosną, bo do marca jest czas na uzyskanie efektów reorganizacji.


Kto i o co protestuje
Górnicy z Jastrzębskiej Spółki Węglowej – domagają się wycofania zwolnień dyscyplinarnych związkowych liderów z kopalni Budryk oraz natychmiastowego odwołania zarządu JSW. Kolejny postulat dotyczy wycofania decyzji o wypowiedzeniu trzech porozumień zbiorowych obowiązujących w spółce. Właśnie w związku z tą decyzją zarządu początkowo przeprowadzono referendum strajkowe. Po ogłoszeniu informacji o zwolnieniu 10 działaczy związkowych strajk zaostrzono.

Energetycy – pracownicy elektrowni Adamów protestują przeciwko jej likwidacji. Elektrownia ma przestać istnieć za dwa lata, pracę może stracić ponad 5 tys. osób. Zdaniem urzędników Komisji Europejskiej, Adamów nie spełnia norm unijnej polityki energetycznej. Komitety strajkowe zawiązują się też w innych spółkach energetycznych. Głównym powodem jest obawa przed likwidacją miejsc pracy.

Pocztowcy – grożą strajkiem z powodu projektu nowego planu etatów. Według pocztowych związków zawodowych, na koniec 2014 r. Poczta Polska zatrudniała ok. 78 tys. osób, a plan etatyzacji na 2015 r. obejmuje o 6 tys. osób mniej. Drugą sprawą sporną jest nowy sposób wynagrodzeń. Chodzi o 400 mln zł z tzw. funduszu premiowego. Władze Poczty chcą, by były one dzielone zależnie od osiągnięć pracowników, a zdaniem związkowców, powinna to być część wynagrodzenia.

Nauczyciele – ZNP chce, by płace wzrosły przynajmniej do poziomu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, które wyniosło w grudniu ub.r. 4004 zł. Średnia zarobków nauczycieli wynosi 3661 zł. A płaca zasadnicza nauczyciela dyplomowanego jest o wiele niższa, wynosi 3109 zł. Nauczyciele chcą też rozmawiać o ustawie o systemie oświaty i kształceniu zawodowym.

Rolnicy – Główny postulat Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Rolników i Organizacji Rolniczych to natychmiastowa wypłata rekompensat dla rolników, którzy przez dziki ponieśli straty w uprawach. Jeżeli będzie to konieczne, wystąpią też z pozwem zbiorowym w sprawie dochodów utraconych z powodu wprowadzenia zakazu uboju rytualnego. Żądają także rekompensat za niskie ceny skupu trzody chlewnej, dopłat do eksportu wieprzowiny i uruchomienia skupu na potrzeby rezerw materiałowych.
Kolejarze – związkowcy ze spółek kolejowych protestują przeciw złemu zarządzaniu Polskimi Kolejami Państwowymi. „Kolesiowski system zarządzania” ma fatalny wpływ na stan spółek państwowych. Skład zarządu to znajomi znajomych. – Gdzie kompetencje? – pytają związkowcy. Referendum w sprawie strajku trwa w PKP Cargo. Jego powodem są plany zwolnień w firmie. W Małopolsce mogą one dotknąć nawet 700 pracowników.

Pielęgniarki – Zarząd Krajowy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych podjął uchwałę o przygotowaniach do wszczęcia sporów zbiorowych w skali ogólnopolskiej w celu poprawy warunków pracy i płacy pielęgniarek i położnych, a w razie konieczności także do strajku generalnego. Pielęgniarki domagają się podwyżek oraz zwiększenia obsad szpitalnych dyżurów.

Pracownicy Polskiej Żeglugi Bałtyckiej – sprzeciwiają się prywatyzacji przedsiębiorstwa. W chwili obecnej jest ona nieporozumieniem i szkodzi nie tylko 600-osobowej załodze, ale także skarbowi państwa. Spółka w ciągu najbliższych dwóch lat wypracuje zysk większy niż środki uzyskane ze sprzedaży, twierdzą związkowcy z Solidarności i Międzyzakładowego Związku Zawodowego przy PŻB. Chcą albo pozostawienia przedsiębiorstwa w rękach państwa, albo przejęcia go przez załogę w ramach spółki pracowniczej.

Hutnicy krakowscy – związkowcy z dawnej Huty Sendzimira, wchodzącej teraz w skład koncernu ArcelorMittal alarmują, że olbrzymie koszty podpisanego przez Polskę pakietu klimatycznego i najwyższa w Europie akcyza na energię przemysłową dobijają ich zakład. W grę wchodzi ochrona 7 tys. miejsc pracy w hucie i pracujących na jej rzecz firmach.

Pracownice poznańskich żłobków – od dwóch lat są w sporze zbiorowym z prezydentem miasta, domagają się podwyżek. W tej chwili zarabiają 1600-1900 zł netto. Od 2009 r. ich pensje wzrosły o 253 zł. Opiekunki narzekają również na zbyt małą obsadę żłobków.

Pracownicy placówek dyplomatycznych – OPZZ alarmuje, że wielu pracowników zatrudnionych w placówkach dyplomatycznych otrzymuje rażąco niskie wynagrodzenia. Postuluje przeprowadzenie kontroli sposobów zatrudnienia oraz wysokości wynagrodzeń pracowników MSZ zatrudnionych przez placówki dyplomatyczne za granicą i domaga się zaprzestania zatrudnienia pracowników za granicą na podstawie umowy-zlecenia.

Wydanie: 6/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy