Wyzysk rodzi bunty

Wyzysk rodzi bunty

III RP jest powrotem do bardzo złych praktyk polskiego kapitalizmu przełomu XIX i XX w.

Dr hab. Adam Leszczyński – profesor Uniwersytetu SWPS, historyk, ostatnio opublikował monografię „Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania”.

Po wieloletniej serii publikacji o szlachcie i magnaterii historycy zajęli się historią ludu. Skąd to nagłe zainteresowanie?
– Bo jest to historia nieopowiedziana, a raczej w Polsce opowiadana za mało. Chciałem przywrócić pamięć o warstwach ludowych i oddać sprawiedliwość tym niedocenianym grupom – niedocenianym nie tylko w literaturze historycznej. Zainteresowanie ludem wśród inteligencji zazwyczaj pojawiało się, gdy czegoś od ludu chciała, w szczególności poparcia swoich projektów politycznych. Tych kilka wydanych ostatnio książek, wśród nich moją, wiążę z próbą zrozumienia popularności skrajnej prawicy wśród warstw ludowych. Popularność PiS na wsi czy w mniejszych miejscowościach, wśród ludzi mniej zarabiających, gorzej wykształconych, ma historyczne korzenie.

Czyli żeby odsunąć PiS od władzy, trzeba poznać i zrozumieć historię ludu, nie tylko tę w PRL i III RP?
– Oczywiście. W książce opisuję pewien model zmiany społecznej i politycznej. Zawsze, od końca XVIII w., wyglądała ona podobnie – jakaś elitarna grupa składała propozycję polityczną ludowi. Żeby zyskać poparcie, musiała mieć dwa komponenty: tożsamościowy i socjalny. Weźmy program socjalistów z 1905 r.: samorząd robotniczy, lepsze warunki pracy, związki zawodowe, a w wymiarze politycznym demokratyczna republika. Jeżeli spojrzymy na endeków w tym samym czasie, to z jednej strony mamy propozycję ekonomiczną – jakąś formę solidaryzmu, a z drugiej wizję wspólnoty narodowej skupionej wokół elit, wykluczającej w szczególności Żydów. Czyli takiej solidarnej rodziny narodowej, zakorzenionej w religii, tradycji, kulturze, języku.

Od tamtej pory mieliśmy kilka okresów, w których opozycja składała propozycje programowe.
– W ostatnim 50-leciu taką propozycję złożyła w latach 1980-1981 opozycja solidarnościowa. PiS w roku 2015 też złożyło swoją, znów zawierającą komponent narodowościowy i ekonomiczny, czyli lepszą redystrybucję wypracowanych dochodów, 500+, 13. emeryturę… I to zadziałało. Żeby więc na trwałe odsunąć PiS od władzy, trzeba złożyć ludowi własną propozycję, np. lewicową, zawierającą te dwa elementy.

Książka nosi tytuł „Ludowa historia Polski”, ale w zasadzie jest o chłopach.
– No nie, jedna trzecia jest o robotnikach.

Owszem, ale mocno akcentowana jest chłopskość robotników. Można odnieść wrażenie, że są oni traktowani w innym rozumieniu słowa lud.
– O liczącej się klasie robotniczej możemy mówić dopiero w końcu XIX w., a i wówczas fabryczny proletariat nie był przesadnie liczny. W 1914 r. robotników było ok. 350 tys. na kilkanaście milionów obywateli Królestwa Polskiego. Robotnicy, ze względu na niewielki poziom modernizacji społecznej i uprzemysłowienia, aż do czasów PRL byli grupą ważną, ale mniejszościową. Grupą mocno osadzoną we wsi. To było zazwyczaj pierwsze pokolenie, które wyemigrowało ze wsi, i wiele cech, postaw nabytych na wsi przeniosło do miasta. Wydaje mi się niesprawiedliwe stwierdzenie, że w mojej książce jest za mało robotników. Piszę o nich, przedstawiając proces wyłaniania się proletariatu fabrycznego, czyli okres przejścia pomiędzy czasem pańszczyzny a kapitalistycznymi stosunkami pracy w pierwszej połowie XIX w., potem prezentuję czas rewolucji 1905 r. i protestów robotniczych, następnie okres 20-lecia międzywojennego z katastrofalną polityką społeczną i wreszcie PRL.

Przez niemal całą książkę przewija się słowo wyzysk, zostało użyte nawet w podtytule. Czy jest ono właściwe również w stosunku do PRL?
– Oczywiście, że tak!

W PRL pracownicy byli marnie opłacani, ale zysków z ich pracy nie zabierał jakiś magnat czy kapitalista. Nie jechał hulać do Paryża, tylko z reguły szły one na tworzenie nowych miejsc pracy, politykę społeczną.
– To prawda, że PRL płaciła mało, ale w zamian dawała pewien poziom usług społecznych, których wcześniej nie było. I ostentacyjnej konsumpcji było znacznie mniej, a nasi rządzący nie jeździli do Paryża i nie przegrywali majątków w Monte Carlo. Chodzi jednak o to, co się ludziom odbierało, żeby nie powiedzieć – jak się ich wyzyskiwało. Duża część nadwyżki wypracowywanej przez warstwy ludowe była marnotrawiona, wydawana zgodnie z ideologicznymi preferencjami ustroju, w szczególności na utrzymanie gigantycznej, bardzo kosztownej armii.

Teraz też wydajemy na wojsko, i to niemało.
– Jasne, ale mniej, jeśli chodzi o odsetek PKB. Można powiedzieć, że w Polsce Ludowej w tamtej sytuacji geopolitycznej nie było innego wyjścia. To rozumiem. Nie chcę atakować PRL, chcę tylko pokazać zachodzący w niej proces alienacji klasy robotniczej od ustroju. Nie można tego deprecjonować. Gdy robotnicy buntowali się przeciwko władzy, ta albo ich pałowała, albo do nich strzelała. I robiła to więcej niż raz. Oczywiście rzadziej niż sanacja, ale biła. Poza tym w PRL zachodziły również negatywne procesy społeczne.

Korupcja, kradzieże, a także anomia, poczucie, że oni, robotnicy, są niepotrzebni, źle traktowani, że rządzi kumoterstwo.
– Ja tych zjawisk sobie nie wymyśliłem, na ten temat jest bardzo bogata literatura, zresztą w części legalnie wydawana w PRL. Dobrze opisane było zjawisko ograniczania autonomii robotników, walki z samorządem pracowniczym, ograniczania autonomii związków zawodowych czy bardzo represyjnego traktowania protestów robotniczych. Widzę tu zresztą ciągłość metod stosowanych przez władze carskie i sanację. W książce nie kwestionuję znaczenia usług społecznych zapewnianych przez Polskę Ludową, o wiele większych niż w II RP, ale muszę powiedzieć, że w porównaniu z np. zachodnią socjaldemokracją były one bardzo niedoinwestowane, emerytury były niskie, a emerytury rolnicze weszły dość późno, bo w latach 70. Oczywiście jak na tamte czasy to były instytucje państwa opiekuńczego, ale, i to jest ciągłość polskiej historii, zawsze straszliwie niedofinansowane w relacji do potrzeb.

Dziś nadal są relatywnie małe do potrzeb.
– Możemy tłumaczyć, że byliśmy krajem biednym, zawsze na dorobku, ale nie możemy zapominać, że władze miały swoje priorytety, często ideologiczne, co wyrażało się w tym, że wolały budować przemysł ciężki…

…bo wynikało to z autarkicznej gospodarki.
– Tak, ale trzeba mówić, że ludzie ciężko pracowali, a usługi, które za to dostawali, nie wspominam już o pensjach, często były niskiej jakości i trudno dostępne. Stąd m.in. korupcja, powszechne przekonanie i pewnie praktyka, że aby coś załatwić u lekarza, trzeba dać prezent, łapówkę. Do tego dodałbym poczucie hipokryzji, świadomość rozmijania się tego, co głosi władza, z rzeczywistością.

Gdyby dzisiaj młodym ludziom powiedzieć, jakie były relacje pensji dyrektora do stanowisk robotniczych, zareagowaliby śmiechem i niedowierzaniem.
– Nie idealizuję czasów III RP, uważam, że jest ona pod różnymi względami powrotem do bardzo złych praktyk polskiego kapitalizmu przełomu XIX i XX w., co zaowocowało licznymi patologiami, choćby gigantycznym zróżnicowaniem płacowym. Nie jestem obrońcą obecnego polskiego kapitalizmu. Chodzi mi tylko o to, byśmy nie przymykali oczu na istotne wady PRL, przeciw którym ludzie wtedy się buntowali.

Drugie kluczowe słowo to właśnie bunt. Na terenach Rzeczypospolitej bunty, mimo całego ich okrucieństwa, nie były tak liczne ani tak drastyczne jak na Zachodzie.
– Rzeczywiście nie mieliśmy wojny chłopskiej, gigantycznych buntów jak na Zachodzie, jeżeli nie liczyć buntu Chmielnickiego i buntu chłopskiego, zwanego koliszczyzną (1768). Ta różnica wynikała z charakteru instytucji państwa zachodniego. Działały one sprawnie i pozostawiały bardzo mało miejsca na prywatne chłopskie strategie oporu. Chłop był otoczony licznymi instytucjami, które go kontrolowały i odbierały to, co wyprodukował. Jeżeli więc już się buntował, przybierało to dość drastyczne formy. U nas system skłaniał bardziej do prywatnych niż kolektywnych form oporu. Z jednej strony, Rzeczpospolita, państwo gorzej zorganizowane, często też nie mogła sobie poradzić z buntami – przypomnijmy, że koliszczyzna została stłumiona dzięki wojskom rosyjskim, które wezwaliśmy na pomoc. Z drugiej zaś, chłopu w Polsce paradoksalnie łatwiej było uciec.

Za te czyny były surowe kary. Karano nawet śmiercią.
– To się zdarzało raczej rzadko, ale taka groźba istniała. Dzisiaj wielu badaczy te ucieczki traktuje jako dowód, że ludziom nie było aż tak ciężko. A przecież ucieczka, zostanie zbiegiem, to dramatyczna decyzja, porzucało się gospodarstwo i dużą część ruchomości. To była zazwyczaj ucieczka w nieznane.

Z buntem wiąże się sprawa poczucia obywatelskości. Jeszcze w pierwszej połowie XX w. pokłosie wyzysku i traktowania ludu powodowało, że zainteresowanie problemami narodowościowymi było niewielkie.
– Kto był najbardziej zainteresowany walką o niepodległość? Inteligencja. I ona była naturalnym źródłem kadr dla państwa narodowego. To widać choćby po karierach, jakie ci zbuntowani inteligenci zrobili w II RP. Jeżeli przyjrzymy się wielu działaczom PPS z okresu rewolucji 1905 r., zobaczymy, że po 1918 r. zostawali ministrami, posłami, prezesami różnych instytucji, słowem stali się elitą władzy odrodzonego państwa. Nie chcę sprowadzać walki o niepodległość do walki o posady i dobra, bo ci ludzie wiele ryzykowali, ale prawdą jest, że dla inteligencji państwo polskie było gigantycznym wehikułem awansu.

Analogie do wywodzących się z opozycji elit rządzących w III RP mocno się narzucają.
– Owszem, ale zostawmy ten temat, bo dojdziemy do wielu nieprawomyślnych wniosków. Jeśli natomiast chodzi o chłopów i robotników, to ich związek z obywatelskością był bardziej złożony. W czasach rozbiorów dla chłopów punktami odniesienia byli cesarz, który był daleko, i jego urzędnik, który był bliżej, ale najbliżej był dziedzic. Jeżeli ktoś przychodził do włościan i zaczynał tłumaczyć, że istnieje coś takiego jak ojczyzna, a oni powinni iść za nią walczyć, często brzmiało to jak abstrakcja. Inteligencja, w dużej części nacjonaliści Dmowskiego, ruch ludowy i socjaliści stworzyli naród polski, tłumacząc masom, że są Polakami.

Pamiętajmy, że jeszcze w czasie I wojny światowej niemała część polskiego ludu uważała się za lojalnych poddanych trzech cesarzy. Są świadectwa mówiące o tym, że chłopi w Kongresówce w 1914 r. całowali kozaków po rękach, jak i o tym, że na wsi powszechny był strach, że kiedy wróci Polska, wróci też zniesiona przez cara pańszczyzna. Chłopi doskonale pamiętali, kto ich od niej uwolnił 50 lat wcześniej.

W książce jest jeszcze trzeci ważny wątek – postawa warstw posiadających wobec ludu. Nie użyję określenia zdrada elit…
– A dlaczego nie? Użyjmy go.

W takim razie zdrada w stosunku do czego, a w zasadzie do kogo?
– Mechanizm, który próbuję opisać, jest uniwersalny. Mówiliśmy o elicie, która składała ludowi propozycje. Kłopot polega na tym, że te obietnice były trudne do zrealizowania albo nie bardzo chciano je realizować, chociażby reformę rolną w międzywojniu. Obiecywano ją, kiedy bolszewicy byli pod Warszawą, ale w II RP przeprowadzono ją w mocno ograniczonym zakresie. Z tego powodu, że i ona, i ustawodawstwo socjalne były przedsięwzięciami kosztownymi z punktu widzenia państwa, a także, może nawet przede wszystkim, w wyniku działań tych, którzy mieli ziemię, fabryki lub kapitał. Ważne jest nie to, że elity zdradziły, a raczej wycofywały się ze swoich obietnic (dotyczy to również PiS), ale to, co posuwa nas do przodu, a mianowicie, że nigdy w całości nie można się z przyrzeczeń wycofać. Tak jest ze wszystkimi obietnicami składanymi ludowi. Najpierw pojawiały się jako utopia, potem jako obietnica, następnie jako projekt, który nie był realizowany albo był realizowany tylko częściowo, a na koniec doczekiwały się realizacji.

Reforma PKWN jest tego najlepszym przykładem. Wraz ze wzrostem swobód, dziś byśmy powiedzieli wolności osobistej i liberalizmu, w Polsce sarmackiej zaczęło się dokręcanie śruby ludowi. W czasach neoliberalizmu nie dojdzie do takiego dokręcania, jeszcze większego rozwarstwienia społecznego?
– Może tak być. Historia nie powinna uczyć, że wolność może istnieć bez ekonomicznej podstawy.  Banał, ale przecież tak jest, choć o tym się zapomina. Poza tym elita, która ma wszystkie przywileje i uprawnienia, jest bardzo często ślepa i nie dostrzega zniewolenia ludzi o niższym statusie społecznym. Bardzo pouczające jest to, co się wydarzyło w Księstwie Warszawskim po 1807 r., po zniesieniu przez Napoleona poddaństwa osobistego. Chłopi mogli pójść, gdzie chcieli, tyle że nie mieli dokąd, nie mieli majątku, więc siedzieli w posiadłościach dziedzica. W praktyce byli dyskryminowani przez system prawny, całkowicie uzależnieni ekonomicznie od pana. Ta wolność dana przez Napoleona okazała się bardzo kłopotliwym darem, bo ich sytuacja w wielu wypadkach się pogorszyła. Nominalnie byli ludźmi wolnymi, ale w praktyce zamienili opresję polityczną – formalne poddaństwo – na opresję ekonomiczną, która w licznych sytuacjach była bardziej uciążliwa.

I to jest konkluzja książki?
– Myślę nawet, że ma ona optymistyczne przesłanie, wyrażające się w historii ludowej emancypacji, trudnej, a jednak dokonującej się.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 6/2021

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy