Z Reichu na wigilię

Z Reichu na wigilię

Dla młodych Ślązaków osiadłych w Niemczech Polska znaczy – nigdzie

Johann Kalemba już przyjechał – cieszy się jego stary kamrat, jeszcze z ławki szkolnej, Wilhelm Strzelczyk. Będzie z kim pogadać w święta. Ich córka, która też osiadła w Bawarii, w tym roku nie wybiera się do Polski. – Jesteśmy sami dwa. Te Niemce potargali rodziny – wzdycha Helena Strzelczykowa.
Jeśli tylko Johannesowi nie odezwie się znów serce, przejdą się po Rudzie. Wilhelm wie, co usłyszy od swego kolegi z Augsburga: że to już koniec ich wsi. Najpierw opuścili ją mieszkańcy, wyjeżdżając na stałe do Niemiec. Potem wylała Odra i w wyludnionych domach woda kisła kilka tygodni. Zmurszały nawet fundamenty. Dziś co drugi dom w Rudzie to już tylko rumowisko cegieł. Kalemba uwieczni na kliszy obnażone kominy, sterczące nad popękanymi ścianami. Wklei zdjęcia do kroniki Rudy, którą prowadzi od kilkudziesięciu lat. Ale już nie zabierze jej ze sobą do Augsburga. Gruby, pełen zdjęć album, leży na regale u Wilhelma. Teraz on jest ostatnim we wsi strażnikiem historii wsi, której kilkusetletnie dzieje domorosły historyk Kalemba odtworzył.
Ja też się cieszę na spotkanie pana Johannesa. Ostatni raz widziałam go w 1987 roku. Pracował w pobliskiej Rudzie Śląskiej w “Rafamecie”. Chciałam zobaczyć tę sławną na okolicę kronikę Rudy, więc pojechaliśmy do jego domu. Warto było. Otwierała ją autentyczna mapa okolic wsi z 1768 roku, którą ojciec Kalemby przechowywał za świętym obrazem. Jest na niej narysowana działka prapraprapradziadka Andreasa Kalemby, przylegająca bokiem do Odry. Są granice włości sąsiadów: Matheusa Chroboczka, Georga Michalsky’ego, Schendzielorza, Franca Kozura, Kowalowa, Skoruppy. Od tamtej pory nie posunęły się nawet na centymetr…
W porze zmierzchu, gdy już kończyliśmy interesujący mnie wówczas temat, gospodarz niespodziewanie wyznał, że nie może się opędzić od myśli o Plewie, który upadł przed progiem własnego domu i już nie wstał. Zawał. Sąsiedzi podnieśli go ze schodów rano, sztywnego.
Gmina miała kłopot z pogrzebem, bo żona i dzieci inżyniera Plewy od sześciu lat mieszkali w RFN. Nikt we wsi nie znał ich adresu. Sołtys dorobił drugi zamek do drzwi i spisał na kartce dobytek. Dużo tego było. Ale już w kilka dni po pogrzebie złodzieje splądrowali dom, wyrwali nawet kaloryfery. To, co było im nieużyteczne: książki, fotografie rodzinne, pozostało zdeptane na podłodze.
Czy i jego spotka los Plewy?
Wtedy dowiedziałam się, że jest w Rudzie sam, żona z dziećmi wyjechały na stałe do Niemiec, ale czeka na bardzo ważną dla niego wizytę synowej, Niemki, z Augsburga. Stałam już na progu, spieszyło mi się, nie zapytałam, dlaczego te odwiedziny były dla gospodarza takie istotne. Okazja nadarzyła się 13 lat później.

Zobacz, skąd jesteś

– Chciałem – mówi Kalemba nieskażoną polszczyzną, choć od 10 lat mieszka ze swą drugą żoną, Polką, w Augsburgu – pokazać jej tę unikalną mapę Rudy, a także fotografie mego i jego ojca, Johanna – gospodarza na kilku hektarach, z ręką na książce-atrapie. I trochę opowiedzieć, w jakiej znalazła się rodzinie.
Dziadek Johann własne, nie zrealizowane ambicje, przelał na syna, zapisując go do humanistycznego gimnazjum w Raciborzu. Niemieckiego. Mieszkali przecież w Rzeszy i staremu Kalembie nigdy chyba przez myśl nie przeszło, że w wyniku przegranej wojny mogą znaleźć się w Polsce.
Skłamałby, gdyby przekonywał ją, że powołanie do Wehrmachtu najpierw ojca, a potem i jego wywoływało w ich domu rozterki moralne. On, w 1939 roku trzynastolatek, żarliwie marzył o przeżyciu takiej męskiej przygody. Ojciec długo się nie nawojował. Zwolniono go ze względu na marne zdrowie niedługo po zdobyciu Polski. Prawie 14-letni wówczas Johann II już wiedział, że, jak głosiły hasła na płotach, “wszyscy muszą się przyczynić do zwycięstwa Niemiec”. Zbierał złom, kości i pokrzywy. Był oburzony, gdy niektórzy we wsi zbiórkę pieniędzy dla frontowców zwaną WHW (Winterhilfswerk) interpretowali jako skrót od słów: wir hungern weiter (my głodujemy dalej).
Zamierzał powiedzieć swej niemieckiej synowej wprost: wtedy nie myślał, że w jego żyłach płynie słowiańska krew. Znani mu Polacy to byli cudzoziemcy, wzięci w niewolę. Ci, których zatrudniano przy budowie zakładów w Kędzierzynie. W niedzielę podchodzili pod Rudę, żebrząc o chleb. Matka miała miłosierne serce.
Wojna się przedłużała. Szły na nią coraz młodsze roczniki… Wiosną 1943 roku uczniowie gimnazjum w Raciborzu zostali wcieleni do obsługi baterii przeciwlotniczej. Ochoczo założył mundur koloru feldgrau. Dwa lata później posłali go na zwiad, miał wyśledzić, gdzie są czerwonoarmiści. Nie wykonał zadania. Gdy odzyskał przytomność, leżał w niemieckim szpitalu polowym. W radiu powtarzali komunikat, że od stycznia w Raciborzu są komendantury radzieckie. – Czwarty miesiąc okupacji rodziców – pomyślał.
Przyszedł rozkaz ewakuowania chorych ze szpitala. W Rostocku byli już Rosjanie. Dla niego zabrakło noszy, z trudem zdobył miejsce w zatłoczonym niemieckimi żołnierzami pociągu. Na wiadomość o Ruskich jedni palili wszystkie swoje dokumenty, wyrzucali ordery i naszywki ze stopniami wojskowymi. Inni nawoływali do marszu w kierunku morza, zdobycia w jakiś sposób łodzi, którą można by się przedostać do Szlezwiku-Holsztyna.
W pociągu Kalemba poznał dwóch żołnierzy Wehrmachtu, również rodem ze Śląska, tylko z tej części, która po plebiscycie znalazła się w Polsce. Wysiedli na nieznanej mu stacji – prosto w ręce czerwonoarmistów. Godzinę później, poszturchiwani kolbami, znaleźli się w zatłoczonej stodole. Rana w głowie Johanna, doglądana przez niemieckiego lekarza, nad którym stał uzbrojony Ruski, goiła się. Któregoś dnia Kalemba zauważył, że w szpitalu-stodole nie ma w ogóle ozdrowieńców. Zainteresował się tym. Prawda go poraziła – podleczeni byli wysyłani w głąb Związku Radzieckiego, do łagrów. Wraz z kolegami Ślązakami postanowili uciekać. Po tygodniu marszu (tylko nocami) wskoczyli do pociągu towarowego, jadącego na południe, w stronę Brandenburga.
Coraz bliżej było do Berlina. I coraz więcej objuczonych ludzi na drogach. Przez kilka kilometrów pomagali pchać wózek kobiecie z dwojgiem dzieci. Zostawili ją wśród gruzów. Głód gnał ich do wsi, gdzie łatwiej było o kartofle; przydawała się doskonała znajomość niemieckiego Kalemby. Dla tubylców byli Niemcami. Raz w obejściu zastali urlopującego wehrmachtowca. Stanowczo im odradzał powrót na Śląsk. Tłumaczył, że są to teraz ziemie okupowane przez Polskę. Mówił, że Polacy wyrzucają wszystkich Niemców. Można zabrać tylko tyle, ile człowiek uniesie w rękach. Kalemba przekonany, że jego rodzice są już gdzieś w drodze, został u miejscowego bauera za parobka.
Którejś nocy była obława we wsi, prowadzona przez ruskiego okupanta. Pod lufami karabinów ustawiono na rynku wszystkich mężczyzn w wieku od 16 do 50 lat. Mieli jechać do rosyjskich łagrów. On powiedział, że jest Polakiem zdążającym do Rudy. Zatrzymał się tylko dlatego, że zachorował. Znalazła się Niemka, która wcześniej już strzelała za nim okiem i tę wersję potwierdziła. Zamierzał się z nią ożenić i gospodarzyć w tej wsi, zwłaszcza że wkrótce awansował na urzędnika w gminie. Ale jesienią 1946 roku otrzymał list od matki. Prosiła, żeby natychmiast przyjechał. Nie rozumiał, co znaczyły słowa: “Obrzucają mnie tutaj wyzwiskami, ojcu pluli w twarz”. Kto? – zastanawiał się. Ich rodzina od pokoleń piastowała w Rudzie urząd sołtysa. Była szanowana.
Ciężko przyszła mu decyzja o powrocie na Śląsk. Nie czuł się Polakiem, wracał tylko do udręczonej matki. W styczniową noc 1947 roku zapukał do okna rodzinnego domku w Rudzie. Do rana matka opowiadała mu o gehennie ojca: w 1945 roku nie usłuchał Niemców, gdy nakazali ewakuację w głąb Rzeszy. Później front zbliżał się tak szybko, że gdyby nawet chcieli uciekać, było to już niemożliwe. Do Rudy weszli żołnierze Czerwonej Armii. Pierwszą ich ofiarą został Franc Skoruppa, jego nazwisko widnieje na mapie chłopskich siedlisk z 1768 roku. Skoruppa ofiarnie gasił we wsi pożary. Rosjanie znaleźli w jego szafie mundur strażacki i widocznie uznali, że mają przed sobą członka jakiejś wrogiej organizacji, bo wyprowadzili go koło stodoły i tam zastrzelili. Ten dzień, 29 stycznia, był w Rudzie pełen ryku zwierząt, płaczu kobiet i dzieci. Żołnierze zwycięskiej armii traktowali wszystko, co im wpadło w ręce, jako zdobycz wojenną.
Ledwo ludzie ochłonęli po przemarszu “oswobodzicieli”, pojawili się we wsi reprezentanci nowej polskiej władzy z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Wśród nich najruchliwszym okazał się Jan Porombka, brat byłego sekretarza NSDAP w Kuźni Raciborskiej. Porombka wskazywał komendantowi Armii Czerwonej wrogów nowej władzy, których należy wywieźć na wschód. Był tak gorliwy, że po tygodniu w Rudzie pozostało tylko kilku starców. Na zsyłkę poszli nawet sąsiedzi Kalembów, Daktonowie. Ojciec tej rodziny brał udział we wszystkich powstaniach śląskich.
W tęgie styczniowe mrozy 1945 roku kolumna jeńców z Rudy szła pieszo do Katowic. Po drodze Polacy rzucali w nich kamieniami, pluli w twarze. Załadowani w bydlęce wagony jechali przez kilka tygodni do miejsca zsyłki. Wielu nie przeżyło.
Stary Kalemba wrócił do wsi po roku, w pierwszej fali wynegocjowanych przez rząd polski Ślązaków. Obejrzał swój dom doszczętnie ograbiony i padł martwy na progu.
Tyle opowiedziała Johannesowi juniorowi matka, leżąc w łóżku, bo dopiero co przeszła tyfus.

Typowy Ślązak

Został więc głową rodziny. Wszystkie jego myśli koncentrowały się wokół jednego – znaleźć pracę. Był problem: w pobliskim “Rafamecie” rządził ów Porombka, w nowej rzeczywistości bardzo aktywny pepeerowiec. Nie miał ochoty spotykać się na co dzień z synem człowieka, którego wysłał na zatracenie. Nie tylko uniemożliwił Kalembie pracę w fabryce obrabiarek, ale poufnym, partyjnym kanałem zablokował drogę do pozostałych zakładów w okolicy. Johann długo się nachodził, nim został przyjęty do młyna w Turzu, w charakterze chłopaka do wszystkiego. Nosił worki, wypisywał kwity, dopóki władze bezpieczeństwa nie oskarżyły właściciela o wyzyskiwanie siły najemnej. Młynarz dostał dwa lata, a Johann, oficjalnie Jan, znów nie miał za co kupić wymarzonych drelichowych portek.
Przygotowując się do rozmowy z synową, prawie słyszał pytanie, które wielokrotnie zadawali mu znajomi w RFN. Po co tyle mordęgi? Czy nie łatwiej było wyjechać za granicę z matką?
Otóż nie – tłumaczył im. Kto raz znalazł się w tej klatce, mógł z niej uciec tylko nielegalnie. Na takie niebezpieczeństwo nie mógł matki narażać. To już raczej pokładali pewne nadzieje na rychłą zmianę granic. W latach 50. wiele się o tym mówiło…
Tymczasem życie biegło dalej. Dzięki protekcji dostał się do pierwszej klasy gimnazjum repolonizacyjnego w Opolu. Ciężko mu szło. Ale dobił się drugiej w swym życiu matury. I zaraz potem zgłosił się do “Rafametu”, gdyż nie było już Porombki, który uciekł do RFN. W Rudzie został sołtysem, tak jak kiedyś jego ojciec.
Zaostrzała się walka klasowa. W “Rafamecie” powstał referat obrony, obsadzony przez UB. Kiedyś Kalemba został doprowadzony do więzienia w Raciborzu dla konfrontacji z niejakim Slawikiem, oskarżonym o słuchanie radia Wolna Europa. Nie obciążył sąsiada, a mimo to Slawik dostał półtora roku więzienia.
Matka przypominała, że czas by mu było się żenić. W pobliskich Dziergowicach mieszkały cztery siostry. Ich ojciec został w 1945 roku wywieziony na wschód. Gdy Rosjanie zwolnili go w 1953 r., na Śląsku już się nie pokazał, uciekł do RFN.
W którąś niedzielę do Rudy przyjechała matka jednej z tych wyrośniętych już panien, Alicji. Bez kluczenia wyłożyła, co jej leży na sercu. Jej dzioucha Johannowi przaje, on też nie od tego. Niech dają na zapowiedzi. Jej trzeba jeszcze trzy córki wydać. Kalembowa też była za tym, aby do domu przyszła młoda, zdrowa kobieta. I tak urządzili wesele huczne wielce, aż w drodze do farorza rozleciała się bryczka i goście powypadali do rowu…
Cieszyło go życie. Zapisał się na zaoczne studia ekonomiczne, potem robił doktorat. Mówili o nim: to taki typowy Ślązak i choć w ustach napływowych, zwłaszcza z Zagłębia, brzmiało to pogardliwie, było przecież prawdą. Typowy, znaczy solidny, aż do przesady. Nie błyśnie cwaniactwem, nie zamydli oczu robotą na pokaz. Nie upomni się choćby o dyplom po 40 latach wiernej pracy w “Rafamecie”.

Wydostanie z tej Polski

W 1973 roku, gdy już znacznie łatwiej było o wyjazd za granicę, bo przed trzema laty zostało podpisane porozumienie między rządem RFN a polskim o tzw. łączeniu rodzin, odwiedził teściową w RFN. Wyjechała tam znęcona rentą wdowią po śmierci męża. Zaskoczył go widoczny na każdym kroku dobrobyt. Napisał o tym do żony. Zareagowała szybko: niech nie wraca, ona jakoś się wydostanie z tej Polski.
Równie szybko odpowiedział, że to bez sensu. Po pierwsze, będzie musiała z dziećmi czekać na paszport co najmniej pięć lat, po drugie, nie po to własnymi rękami budował dom i ślęczał nad doktoratem, żeby teraz położyć na tym krzyżyk. Ich miejsce jest w Polsce. Wrócił do Rudy.
Pięć lat później Alicja Kalembowa odwiedziła swą matkę w RFN. Babcia chciała zobaczyć wnuka, który ukończył 18 lat. Gościna za granicą zaplanowana była na tydzień.
Umówionego dnia Kalemba wraz z dwiema córkami wyjechał po żonę na katowicki dworzec. Nie przyjechała. Następnego dnia znów rozstawili się na peronie. I znów nadaremnie. Po kilku dniach przyszedł telegram. W tłumaczeniu na polski brzmiało to tak: “Powrót nie planowany. Alicja”. Walczył o rodzinę. Zwrócił się o pomoc do księdza parafii dla Polonii niemieckiej. “Z tego, co zauważyłem – odpisał niemiecki proboszcz – pańska żona wybrała wolność”.
Starał się zastąpić córkom matkę. Przeżywał z nimi wszystkie kłopoty dorastania. Starszą wydał za mąż. Wychował wnuka. Ale nie potrafił nauczyć, że ich ojczyzna to Polska. Córki kilkakrotnie składały wnioski o przesiedlenie do RFN. Odmawiano im. Oskarżyły go, że to przez niego. Potem młodsza córka próbowała dostać się do matki pod pretekstem jej choroby. Za trzecim razem się udało. Od momentu, gdy wsiadła do międzynarodowego pociągu, nie napisała do ojca ani jednego słowa. Druga starała się o przesiedlenie do RFN wraz z mężem i dzieckiem przez pięć lat. Gdy otrzymała paszport na wyjazd czasowy, spakowała się, gdy Kalemba był w pracy. Jej mąż czekał na możliwość opuszczenia Polski jeszcze dwa lata.
Gdy w lutym 1987 roku Kalemba otrzymał od syna zaproszenie na ślub do Augsburga, nie miał już w Rudzie nikogo z rodziny. Tęsknota za dziećmi odezwała się z taką siłą, że złożył wniosek na wyjazd czasowy. Po 10 dniach przyszła odmowa. Napisał odwołanie. Wyliczył, że zdąży, jeśli tylko odpowiedzą w czasie przewidzianym ustawą. Zapisał się do kolejki przed biurem oddziału paszportów. Przewodniczący społecznego komitetu kolejkowego dał mu numerek: 960. Należało zgłaszać się codziennie osobiście, na godzinę trzynastą i dziewiętnastą. Spełniał ten warunek bez szemrania przez sześć tygodni. Otrzymał zgodę – w dzień po ślubie syna.
Jeszcze raz stanął na końcu kolejki i tak upłynął mu cały lipiec. Był przekonany, że wizę z ambasady RFN załatwi w ciągu kilku godzin. Na wszelki wypadek wybrał się nocnym pociągiem do Warszawy i o piątej rano był już na Saskiej Kępie, gdzie mieściły się biura ambasady. To, co zobaczył, nosi pod powiekami do dziś: wszystkie okoliczne trawniki, uliczki, usłane były śpiącymi petentami. Ze cztery tysiące ludzkiego, upodlonego mrowia. Gdy o siódmej uformowała się kolejka, dochodziła do Wisłostrady. Dostał numerek z okrągłą liczbą – 3 tysiące. Do godziny czternastej, końca urzędowania, posunął się o dwieście osób.
Pojechał w końcu do RFN. Żona stanowczo odmówiła powrotu, córki nawet nie chciały słuchać o Rudzie, tylko świeżo poślubiona żona najstarszego syna wykazała zainteresowanie rodzinną wsią męża. Umówili się, że wkrótce odwiedzi teścia.
Pytam, 13 lat później, czy przyjechała. Przeczący ruch głową. Ani ona, ani dzieci, ani żona Alicja. Choć, aby odzyskać rodzinę, w 1990 roku zdecydował się na opuszczenie Polski. Nie dogadali się, musiał wziąć rozwód. Dostał tam świetną emeryturę, w nieprzebranych archiwach zaspokajał swe zainteresowania naukowe. Ale nie mógł bez Rudy żyć. Poszatkował więc swe życie na trzymiesięczne postoje. (Dłuższy pobyt w Polsce spowodowałby odebranie mu niemieckiej emerytury). Od grudnia do końca lutego w Polsce, potem do końca maja Augsburg, następnie znów Śląsk Opolski i tak na okrągło. Druga żona, z zawodu nauczycielka, którą poznał we wsi odległej od Rudy o rzut kamieniem, bez słowa sprzeciwu dzieli z nim ten cygański los.
Gdy się rozstajemy, mam ochotę go zapytać, kim teraz jest: Polakiem, Ślązakiem, Niemcem, czy obywatelem świata. Ale jego energiczna nowa żona nie bez powodu parokrotnie wspomina, że mąż jest po dwóch zawałach. Nie ryzykuję zatem.

Zlikwidujecie grób

Gdy potem znajdę się w Rudach koło Gliwic (ktoś, kto zmieniał po wojnie niemieckie nazwy miejscowości na polskie, nie zadał sobie zbyt wiele trudu – kilkanaście kilometrów od wsi Kalemby leżą… Rudy, nazwane tak zapewne dlatego, bo i tam w rowach pojawia się żelazista woda), przychodzi mi do głowy myśl, że dr Johannes Kalemba ma pecha. Gdyby urodził się kilkanaście kilometrów dalej od Odry, nie musiałby pisać w kronice o agonii swej wsi.
W podgliwickich Rudach na tydzień przed świętami w co drugim domu, którego właściciele przeprowadzili się do Niemiec, trwa wietrzenie. Porządnie, z oknami otwartymi na przestrzał. Gdy się w domu nie mieszka, wilgoć i pleśń zawojują go w ciągu jednego roku. Potem sprzątanie, solidne. To musi zrobić ktoś młody, ale zawsze znajdzie się jakaś dociekliwa (opłacona markami) sąsiadka, która na koniec przejedzie palcem po regale, sprawdzi, czy nie ma kurzu. Teraz nawet u nas, tłumaczy mi, taka właśnie leciwa Ślązaczka, odrywając się na chwilę od trzepaka, “frelki som fest Lăuserau”. Jeszcze napalenie w piecu i zamiecenie podwórka. Żarówki przed domem to już robota dla właścicieli. Oni wiedzą lepiej, gdzie zawiesić, moda na kolorową iluminację przyszła na Opolszczyznę z Niemiec.
Od kilku lat jest tak samo: pisk opon samochodu z niemiecką rejestracją przed furtką, stos paczek, walizek, mokre oczy przy witaniu się z rodziną, sąsiadami, pośpieszny znak krzyża przed przekroczeniem progu. Potem chwila wytchnienia przy tym samym stole, który zostawili, opuszczając Polskę, i… do roboty. Markami to można zapłacić za sprzątnięcie domu, ale makowiec z nadzieniem cztery razy przemielonym, o, tego już za żadne pieniądze się nie kupi. Na haku za kuchennymi drzwiami czeka świeżo wykrochmalony fartuch.
Tak jest na całej Opolszczyźnie. Przyjeżdżają do swoich byli mieszkańcy, którzy dziesięć, dwadzieścia, a i więcej lat temu wyjechali na stałe do Niemiec i tam zostali obywatelami niemieckimi. Zgodnie bowiem z konstytucją RFN, wszyscy, którzy urodzili się w granicach Republiki Weimarskiej, są niemiecką mniejszością w Polsce.
Mało kto sprzedał swój dom; wydzierżawili albo umówili się z rodziną, sąsiadami, że ci dadzą dozór na ten dobytek. Zrobili to z myślą o starości, może ze strachu przed ostatecznym odcięciem korzeni. Czasem, jeśli wyjazd był nielegalny, jawne szukanie kupca zdradzałoby zamiary. W latach 60. można było uciec np. w kartonowym pudle na dnie wagonu węglarki. Sołtys Rud (tych koło Gliwic), Krystian Kozielski, opowiada, że tak zrobili Simonowie. Nikt o tym nie wiedział poza nim, bo tajemnicę zdradził mu najmłodszy w tej rodzinie, niespełna 10-letni kolega spod trzepaka. Simonowie w rodzinnej wsi pokazali się dopiero przed rokiem, na 40-lecie swojego ślubu.
Zazwyczaj ci, którzy uciekali w tajemnicy, zostawiali na stole kartkę: “Ostańcie z Bogiem”. I sąsiad rozumiał, że trzeba odwiązać z łańcucha psa, który wył na podwórku.
Dwadzieścia lat później najłatwiej było prysnąć z wycieczki. Biuro podróży “Turysta” w Opolu dwa razy w tygodniu wywoziło na trzydniową wycieczkę do Kolonii (przez Frankfurt albo Hanower) autokary pełne pasażerów. Kosztowało to 25 tysięcy złotych i 30 marek od osoby. W programie było jakieś zwiedzanie, ale nikt z tej oferty nie korzystał. Już bowiem na miejscu zbiórki płacz odprowadzających zdradzał, że jedyną osobą, która wróci do Polski, będzie pilot.
Teraz już nie muszą odwiedzać rodzinnych kątów pod osłoną nocy. Granica otwarta, klucz do własnego domu w Polsce w kieszeni. I z góry wiadomo, że np. w Rudach przywitają ziomka z Niemiec z otwartymi ramionami nie tylko z powodu starej zażyłości. Taki gość to spełniona nadzieja na bodaj miesiąc roboty za zachodnią granicą. Najgorszej, której nie imałby się Niemiec, ale za miesiąc można wyharować trzy tysiące marek. To kupa pieniędzy, gdy wokół bezrobocie, padają ostatnie fabryki, jak np. “Rafamet”.
Ale wśród tych, którzy chcą spędzić Boże Narodzenie w rodzinnej miejscowości, prawie nie ma młodych. Na całej Opolszczyźnie goście z Niemiec są już wiekowi, w większości zasobni w emerytury, które w przeliczeniu na złote są kupą pieniędzy. Ale, zauważa sołtys Kozielski, to już inni ludzie. Wyciągnie paczkę z papierosami, zapali, nie częstując siedzącego obok. Zaprosi sąsiada na drinka, naleje mu kieliszek i zaraz schowa butelkę do barku. U tutejszych nie byłoby to możliwie. Sołtysa irytuje, że ci, którzy opuszczali Polskę, mając lat kilka czy kilkanaście, w większości nigdy już nie odwiedzili swoich stron. W przeciwieństwie do rodziców, którzy w Niemczech zostali obywatelami drugiej kategorii, tzw. wasserpolacken, ci pokształcili się, obrośli majątkiem. Ale nie chcą pamiętać, skąd pochodzą. Co jakiś czas sołtys ma do swych rówieśników sprawę: co z miejscem na cmentarzu. Dziadkowie, rodzice pomarli, a tu trzeba wnieść opłatę za rodzinny grób (50 zł co 20 lat), w przeciwnym wypadku grób się zlikwiduje. Zatem – czy przyjdą pieniądze z Niemiec? Z reguły odpowiedź jest taka sama: niech likwiduje…

Ja, mniejszość

Dziś mało kto z Opolszczyzny wyprowadza się do Niemiec na stałe, choć każdy, kto tylko może skorzystać z dobrodziejstwa niemieckiej konstytucji, ma w szufladzie czerwony paszport, o podwójnym, polsko-niemieckim obywatelstwie. Rząd niemiecki postanowił zatrzymać śląski exodus, wspierając swoich Niemców (a raczej tych, którzy mogli się za takich uważać) finansowo, w miejscu ich dotychczasowego zamieszkania. W 1990 roku Sąd Wojewódzki w Opolu po rewizji w Sądzie Najwyższym zarejestrował Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Mniejszości Niemieckiej. I wtedy taki np. Richard Urban w Jemielnicy (dziś Himmelwitz), którego dwóch synów mieszka w Niemczech, napisał dzieciom, że zmienił plany, nie przenoszą się z matką do nich. By nie zdradzić swego Heimatu, powołują w swojej miejscowości Gesellschaft.
Restaurator kazał pod nazwą jego “Baru Uniwersalnego” domalować: “Eka an der Ecke”. Skrzynka na pocztę, którą wywiesił przed bramą, zyskała nowe nazwy: Post, Zeitung. Na drzwiach garażu pojawił się napis “Rauchen verboten”. W korytarzu domu zawisł portret Wilhelma II Franza i Józefa Straussa. A także fotografie: dziadka w pickelhaubie, ojca w mundurze Wehrmachtu i syna, który w czasie wizyty u brata w RFN przebrał się w mundur tamtejszych wojsk.
Zapytałam pana Urbana, skąd ten nowy wystrój, przecież jego matka oświadczyła podczas weryfikacji w 1946 roku, że jest Polką. Wtedy, usłyszałam, że ona wszystko by podpisała, byle tylko pozwolili im otworzyć bar. Ale w politykę się nie mieszała, wszyscy we wsi mogą potwierdzić, że wobec każdego klienta, czy to Niemca, czy Ślązaka, była freundlich, zawsze freundlich, bo tego wymaga ruch w interesie. Sąsiedzi wiedzą, że niektórzy “nowi Niemcy” to farbowane lisy. Pozmieniali sobie imiona, nie mówią już: Góra św. Anny, ale Annaberg. I – zadbali o dobrze podrobione papiery. Na “szaberplacu” w Katowicach kosztują one 10 tys. marek.
Daremnie dziś szukać wśród rdzennych mieszkańców Opolszczyzny orędowników polskości. Grabinę koło Prudnika Niemcy nazywali w latach 20. “das verfluchte Polennest”, przeklęte gniazdo polskie. Stamtąd wywodził się ród słynnego króla Polaków, Pawła Kwoczka, na którego domu ktoś niestrudzenie pisał “Hier wohnen 7 polnischen Schweinen”. Mimo to prawie cała wieś mówiła po polsku i z uporem posyłała swoje dzieci do polskiej szkoły, mieszczącej się w domu Augustynów. Dziś w Grabinie w czasie świąt Bożego Narodzenia w co drugim obejściu stoją samochody z niemiecką rejestracją.
Niemcy w badaniach nad emigracją z Polski zaliczają takie rodziny do Grenzvolk – bez narodowej masy etnicznej. Wiedza owych wasserpolacken o swej nowej ojczyźnie sprowadza się do znajomości obiegowych ogólników, pełnych zachwytu nad tamtejszą cywilizacją techniczną. Ale dyrektor Instytutu Śląskiego w Opolu, prof. Wiesław Lesiuk, przestrzega: byłoby błędem nazwać tę emigrację tylko ekonomiczną. Młodzi ludzie przez wiele lat wyzbywali się sentymentu do kraju nad Wisłą. Na geburstagach – urodzinowych przyjęciach na Opolszczyźnie obchodzonych z licznym udziałem ciotek, wujków, kuzynów, chłonęli gorzką wiedzę o tym, co przeżywali po wojnie ich najbliżsi. Choćby w czasie weryfikacji. Często za parawanem rzekomej troski o oczyszczenie odzyskanych ziem z – jak to się mówiło – pogrobowców Hitlera, kryły się ludzka zawiść i chęć wzbogacenia czyimś kosztem. Była np. taka sprawa w powiecie paczkowskim, jak się okazało, typowa: miejscowy burmistrz, przywieziony z centrali, różnymi sposobami utrudniał wysłanie wezwań na komisję weryfikacyjną. Wiedział, co robi. Niezgłoszenie się oznaczało wysyłkę właścicieli do obozu przesiedleńców i konfiskatę majątku.
Urodzeni już w Polsce Ludowej dokładali do tych tragedii własne doświadczenia z kolonii nad morzem, gdzie dla wielu rówieśników byli “gebelsami”, ze szkoły, studiów. Gdy więc znaleźli się z rodzicami “po tamtej stronie”, zgodnie ze starszymi decydowali: od tej chwili ani słowa po polsku. A potem przyszła decyzja następna, już bez aprobaty starych: chcecie odwiedzać stare śmieci, proszę bardzo, ale bez nas. Nas tam nic nie ciągnie.

Najpierw układ, potem handel
Układ polsko-niemiecki o łączeniu rodzin, wielki sukces Władysława Gomułki, został parafowany 7 grudnia 1970 roku. Ze Śląska, Pomorza i Mazur miało wyjechać 100 tysięcy osób. Niemiecki Czerwony Krzyż podawał bowiem, że w Polsce żyje jeszcze 120 tysięcy etnicznych Niemców. W latach 70. Edward Gierek podpisał z rządem RFN zgodę na dalsze, liczebnie określone wyjazdy mieszkańców Śląska. Równocześnie uzyskano przyrzeczenie rządu RFN udzielenia Polsce dużego kredytu. Do roku 1989, po którym fala wyjazdów znacznie opadła, opuściło Polskę 200 tysięcy obywateli.

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy