Zagadki przełomu

Pisałem zeszłym razem o zastanawiającym rozdźwięku między długością naszej historii a mizerotą naszej wiedzy, szczególnie medycznej. Jak to się u licha stało, że człowiek dopiero od niedawna poklasyfikował rośliny i pierwiastki, zyskał jakie takie rozeznanie w anatomii, a bardziej intymnymi funkcjami fizjologicznymi zajął się dopiero teraz? Czy naprawdę przespał snem niemowlęcia całą swoją historię, łącznie z Sumerem, Chinami, Indiami, Egiptem i Grecją? Na to wygląda. W dziedzinie odkryć spekulatywnych dokonał bardzo wiele, więc na pewno nie był przygłupem. Ale w zakresie nauk empirycznych nie posunął się właściwie wiele poza domniemania. Być może, sprawiła to bardzo niedoskonała organizacja nauki. Uczony najdawniejszych cywilizacji był z reguły kapłanem, a więc kimś dysponującym niepodważalnymi dogmatami, które z natury rzeczy musiały go bardzo ograniczać. Jeśli w każdym zjawisku dopatrywano się woli boskiej, a nawet działania konkretnego boga, to nie było już o co pytać i czego badać. W tym zresztą sensie monoteizm wyniósł Boga na taką wyżynę, że w końcu znalazło się trochę miejsca na stawianie konkretniejszych pytań. Tak właśnie sądzą chrześcijańscy mediewiści, uważając zachodnie średniowiecze za okres przygotowawczy. Idea, że Bóg działał pośrednio, dopuszczała rzeczywiście badanie tych „środków”. Swoistym triumfem tej idei, a zarazem rozsądnego kompromisu było niedawne zdjęcie klątwy z darwinizmu. Ale ile to znowu trwało! Dalsze wypadki potoczą się najprawdopodobniej w tym samym kierunku.
Lecz zwalanie naszego umysłowego niedorozwoju po prostu na religie (wszystkie religie) jest równie wielkim uproszczeniem, zważywszy, że to głównie sami kapłani próbowali stawiać światu pytania. O ile to nie kolidowało z ich interesami, a często, niestety, kolidowało. Dzisiaj takim polem konfliktu jest ludzki seksualizm i też należy sądzić, że dojdzie tu do kompromisu, być może szybciej, niż dzisiaj sądzimy. Wróćmy jednak do medycyny.
Jak mi się wydaje jej główne niedowłady polegają na słabej znajomości ludzkiego organizmu, a szczególnie jego struktury energetycznej. Być może i na tym, że musi działać wbrew interesom ewolucji, jeśli neodarwiniści mają rację. Interesem ewolucji w tym rozumieniu byłoby względnie szybkie usuwanie poszczególnych osobników, a nie pielęgnowanie genów zdrowej starości. Zresztą niezliczone wręcz dyskusje są obecnie w toku. (Nie chcę w tej chwili wysuwać swojej własnej teorii, że po prostu w kosmosie wszystko jest jednorazowe, od kwarków po galaktyki, czyli istnieje w jednym tylko egzemplarzu. Stąd i naprawdę skuteczna medycyna musiałaby mieć za przedmiot tylko jednego, konkretnego człowieka, co przecież niemożliwe). Inną, zabójczą okolicznością jest chyba to, że każda choroba ma charakter psychofizyczny, dzięki czemu – nawiasem mówiąc – każdą da się uleczyć za pomocą placebo. Co z kolei może sprawiać, że organizm może „nie dowierzać” w skuteczność najskuteczniejszego nawet leku i nie poddawać się jego działaniu. Zagadki piętrzą się w nieskończoność. Do jakich granic? Czy ścięta głowa może nie uwierzyć, że została ścięta, i żyć dalej?
Współczesny rozwój medycyny i zresztą całej empirycznej nauki można objaśnić wejściem w nową fazę produkcji narzędzi służących niemal wyłącznie samej wiedzy. Człowiek dotąd produkował narzędzia do walki z głodem, transportu, polowania i wojny z innymi ludźmi. Ale od XVI w. powstały mikroskopy i teleskopy, różne lejdejskie butelki i bezmiar innych, które oczywiście również zyskały praktyczne zastosowania. Podobnie jak już przedtem powstawały, powiedzmy, astrolabia i aparaty alchemiczne. Rzecz tylko w ogromnej skali i przyspieszeniu, w jakim to nastąpiło. Ale skąd ta skala i przyspieszenie rosnące ze stulecia na stulecie? Czy tylko czynniki historyczne i społeczne o tym decydowały? Nic takiego (może poza drukiem) się nie wydarzyło, czego by nie znano i w przeszłości. Poza tym nie zmieniła się dieta, nie było jakiegoś załamania klimatycznego ani kosmicznej katastrofy, poszczególne idee bywały obecne w różnych cywilizacjach, nie doszło nawet do jakiegoś spektakularnego zderzenia kultur. Owszem, w średniowieczu, zderzenie z matematyką arabską, płodne, lecz nie decydujące, chyba że w bardzo odległej przyszłości. A jednak nowy impuls przybył rzeczywiście zza morza i podejrzewam, że odmienił nasze umysły. Takim impulsem mogła być nikotyna.

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy