Zakwitły bzy

Zakwitły bzy

Kiedy uczęszczałem jeszcze (zanim mnie wyrzucono) do Liceum nr 15 im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie, na wagary z wybranymi koleżankami uciekaliśmy najczęściej do ogrodu botanicznego. Nie był to wybór przypadkowy. W tych zamierzchłych czasach (lata 1964-1967) panowała bowiem w Polsce zła gomułkowska komuna, prześladująca wszystkich na lewo i prawo, w tym także Bogu ducha winnych wagarowiczów. Polegało to na tym, że milicjanci, z pogwałceniem wszelkich praw obywatelskich i ludzkich, legitymowali przedstawicieli przyszłości narodu, którzy podług ich totalitarnego widzimisię powinni byli w określonych godzinach znajdować się w szkołach. Zdarzyło się to i mnie w miejscu tak wydawałoby się bezpiecznym jak kino Luna na porannym seansie (o 10.00) epopei „Plac Czerwony”. Był to film kończący się bardzo wychowawczą i wzruszającą sekwencją, w której weteran rewolucji ogląda defiladę pod mauzoleum, łzy stają mu w oczach i w tych łzach mienią mu się: Lenin-Breżniew, Breżniew-Lenin. Okazało się, że zadenuncjowała nas bileterka. Istniał bowiem podówczas przepis, że jeśli nie było więcej niż trzech widzów, można było filmu nie wyświetlać i obsługa miała fajrant. Tymczasem nas wagarowiczów było czworo. Na szczęście władza była tym razem łaskawa (może nie podobała się jej gorliwość bileterki?). „No, smarkacze. Obejrzyjcie sobie do końca i sp… do szkoły”. Ale mogło przecież skończyć się gorzej. Do ogrodu botanicznego milicja nie zachodziła, a już na pewno nie w godzinach, kiedy był jeszcze dla zwiedzających zamknięty. Tymczasem do ogrodu przylegało obserwatorium astronomiczne pod dyrekcją prof. Włodzimierza Zonna, którego córka, nasza przyjaciółka Kasia, była zblatowana ze strażnikami, więc mogliśmy wejść do tajemniczego ogrodu nawet przed ósmą rano. Nie muszę chyba pisać, jak na młode serca działa zapach tysięcy egzotycznych kwiatów. Na co byłoby kiedy indziej potrzeba nieskończonych godzin bajeru, mizdrzenia się, wykazywania domniemanych przewag, tutaj stawało się łatwe i oczywiste. Głupi, kto bierze środki podniecające, zamiast pójść do ogrodu botanicznego. I jeszcze jedno: ogród kształcił nas intelektualnie. Te dziwaczne nazwy kwiecia, których już dzisiaj nie pomnę. Ale wystarczy zejść na poziom podstawowych typów roślin: sprzężnice, okrzemki, krasnorosty. W ogrodzie rośnie na przykład sprzężnica kudłata palczasta (nie ma takiej, tę ja wymyśliłem, choć przysięgam, że są tam byliny daleko bardziej z nazwy perwersyjne). I nagle myślisz sobie, że „ty sprzężnico” może być obelgą, a może, wypowiedziane w innym tonie, wspinać się pod niebiosa najczulszego słowa miłości. Tak uczyliśmy się tego wspaniałego relatywizmu, który na troski, zaniechania i przemijanie odpowiada oddechem kwiatów.

Dziwne to miejsce ogród botaniczny. Żeby je zrozumieć, trzeba nie tylko znawstwa botaniki, również rudymentów filozofii, miłości do świata, a nawet tolerancji dla tych wagarowiczów, którzy w swoich młodych latach zgnietli bezcenne płatki byliny Amora copula maiestatis. Będąc parę lat temu w Warszawie, dowiedziałem się, że obecnie kierownikiem (kierowniczką, jak nakazują feministki) Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego w Warszawie jest pani Hanna Werblan-Jakubiec. Spotkałem ją przedtem w życiu bodaj dwa razy. Parę słów tu i tam, jakieś oficjalne wymiany obiektywnych zdań. Towarzyskie bla, bla. Żarciki na zachodnioeuropejskim poziomie. I nagle ta ogromna radość, że to właśnie ona. Skaldowie śpiewali „cała jesteś w skowronkach”. A ona zawsze była w kwiatach, nawet w tych z najokropniejszymi imionami, ale z ich perfumami i kolorem. Jest pełnym wcieleniem tych snów, dobrą wróżką, o których się marzy i swoim dzieciom przekazuje. Pani Hanno, jest już niestety za późno, żebym mógł u pani stóp i w pani ogrodzie uciekać przed światem. Piszę ten felieton w rzadkim porywie optymizmu, że oto i dzisiaj zdarzają się odpowiedni ludzie na odpowiednim miejscu. Nawet, niech mi pani wybaczy, wolę widzieć Ją w ogrodzie botanicznym niż np. w Pałacu Prezydenckim. Bo gdyby już pani zasiadła na Krakowskim Przedmieściu, gdzie miałbym wagarować? Jest początek kwietnia i wkrótce zakwitają bzy (Sambucus ebulus), o ile się nie mylę. Była też o tym piosenka.

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy