Uśpienie Dolly

Owieczka Dolly, którą niedawno zdecydowano się uśpić, dołączyła do nieskończonego łańcucha zwierząt – myszy, psów, małp, szczurów – które zapłaciły za postęp ludzkiej myśli badawczej. Dołączyła w sposób chlubny, ponieważ nauka zachowa jej imię, co wcześniej zdarzyło się suczce Łajce, pierwszemu ssakowi w kosmosie.
Ponieważ wyprawa Łajki poprzedziła niemal bezpośrednio podobny wyczyn następnego ssaka, człowieka, zrozumiałe jest pytanie, czy fakt powstania Dolly, która była, jak wiadomo, owocem klonowania, wyprzedza także następny krok na tej drodze, a mianowicie powstanie nie owczego, lecz ludzkiego klonu?
To przewidywanie stało się przedmiotem bogatej dyskusji, która w naszej opinii publicznej przesłonięta została przez sensacje korupcyjne. Dyskusja ta jednak ma nad nimi tę przewagę, że pytania postawione w związku z Dolly pozostaną jeszcze na długo i są dużo ważniejsze niż to, kto grał i co było grane w naszych mediach.
Uśpienie Dolly jest zdarzeniem o tyle niezwykłym, że oto po raz pierwszy mamy tu do czynienia nie z faktem zabicia przez ludzi zwierzęcia w celach eksperymentalnych, ale z uśpieniem żywej istoty, która bez udziału człowieka w ogóle by nie powstała. Czy zmienia to jednak nasz stosunek do tego faktu?
W setkach filmów i powieści z gatunku sf czy fantasy prezentuje się nam rozmaite tworzone przez człowieka lub klonowane stwory człekokształtne, przekonując, że ich mordowanie – bo mamy tam zazwyczaj do czynienia z jakąś masakrą – nie sprawia nam żadnej trudności moralnej, ponieważ istoty te przyjmujemy jako obce. Otóż Dolly, jak sądzę, przerwała tę aurę obcości, pokazując, że mimo iż poczęta w sposób nienaturalny, jest jednak zwyczajną owcą, do której nie było powodu odnosić się z rezerwą, nie lubić jej, czuć wstręt i nie żałować, że została uśpiona. Myślę więc, że autorzy SF czy fantasy, a także my wszyscy powinniśmy przestać wierzyć, że coś, co powstało sztucznie, musi być z założenia odrażające, w dodatku w sposób wyczuwalny ponoć instynktownie.
Dolly jednak była tworem niedoskonałym, co zresztą zdecydowało o jej uśpieniu. Mimo że sześcioletnia złożona była z komórek, których wiek oceniano na lat 30, cierpiała też na reumatyzm, niewystępujący wśród owiec. Świadczy to, że nie wiemy jeszcze czegoś ważnego o mechanizmie klonowania, co w wypadku klonu ludzkiego może dać efekt zgoła nieoczekiwany. Dolly zostawiła też potomstwo, miała dwa mioty jagniąt, a więc jej anomalia wpuszczona już została w populację owiec. Nawet drobny czynnik genetyczny potrafi niekiedy rozprzestrzeniać się lawinowo, nie brak badaczy, którzy w ten właśnie sposób widzą początki epidemii AIDS dziesiątkującej obecnie ludzkość. A więc uważałbym na potomstwo, wnuki i prawnuki Dolly, w której ujawnił się nieprzewidziany przez eksperymentatorów feler. Z losów tego potomstwa dowiemy się być może znacznie więcej o skutkach naszej inżynierii genetycznej, niż mówi nam o tym sama Dolly.
Ale oczywiście główne pytania dotyczące Dolly skupiają się na problemach z zakresu etyki, a więc czy wolno nam klonować owce, aby w przyszłości sklonować człowieka?
W tej sprawie pozostaję sceptyczny, twierdząc po prostu, że zdecydują tu nie osądy moralne, ale przyrodzone cechy naszej natury.
Niedawno „Polityka” opatrzyła jeden ze swoich numerów pytaniem: „Czy ludzie muszą latać w kosmos?”, co było echem katastrofy promu Columbia. Otóż umyślnie nie przeczytałem tego artykułu, znając z góry odpowiedź: wiadomo, że będą latać. Aby tego nie wiedzieć, trzeba by nie tylko nie czytać „Fausta”, ale nie znać nawet poczciwej bajki o Panu Twardowskim, który za możliwość czynienia cudów sprzedał duszę diabłu.
Wiadomo więc, że ludzie, którzy raz wpadli na pomysł klonowania, nie cofną się w obliczu zakazów moralnych czy instytucjonalnych i dyskusja na ten temat jest bezprzedmiotowa. Słyszałem nawet wypowiedź pewnego duchownego katolickiego, który szukając z góry kompromisu, mówił, że jakkolwiek człowiek by majstrował w sekretach stworzenia, działa on i tak w materii stworzonej przez Boga. Na tym właśnie polega – być może niestety – charakter naszego gatunku i trzeba się z tym pogodzić, co nie znaczy, że trzeba widzieć w tym racjonalny sens.
Bowiem racjonalny sens klonowania, jak i załogowych lotów kosmicznych jest wątpliwy. Załogowe loty w kosmos są, zdaniem coraz większej grupy uczonych, bezzasadne, ponieważ więcej można się dowiedzieć o wszechświecie od latających maszyn niż od latających ludzi. Mimo to są jednak tacy, którzy płacą miliony za możliwość lotu statkiem kosmicznym. Podobnie rozmnażanie ludzi przez klonowanie jest bezsensowne, bo jest nas raczej za dużo niż za mało i rozmnażamy się w sposób naturalny raczej za szybko niż za wolno. Uczeni zapewniają więc, że chcą klonować komórki ludzkie „na części zamienne”, a więc organy do transplantacji, nie chcą zaś wpuszczać sklonowanych osobników do dzisiejszej populacji globu.
Tu jednak wracamy do Dolly, i to w dwóch aspektach. Po pierwsze – nie mamy, jak widać, gwarancji, że przeznaczona do transplantacji sklonowana wątroba lub trzustka nie będzie przedatowana lub zleżała, ponieważ Dolly nie wiadomo dlaczego postarzała się przedwcześnie i była schorowana. Po drugie zaś, jeśli w celu pozyskania owych części zamiennych sklonowana zostanie osoba człekokształtna, to pamiętajmy, że Dolly była normalną, sympatyczną owcą, taką samą jak wszystkie inne. A więc stąd już tylko krok do wyjmowania organów zwyczajnym, normalnie narodzonym ludziom, aby oddać je innym ludziom. A więc do czynu, przed którym wzdraga się nasza natura i który ściga nasze prawo.
Nie sądzę oczywiście, aby argumenty te mogły przekonać entuzjastów klonowania, którzy widzą w tym klucz do sekretów natury. Ale też nie zakładam, że każdy postęp nauki i wynalazczości oznacza zawsze oddalanie się od barbarzyństwa. Przeczytałem niedawno, jaką to broń przygotowali Amerykanie do walki z Irakiem, i te niewątpliwie genialne wynalazki techniczne mają za swoje podłoże moralne wyrafinowany sadyzm i barbarzyńską wolę niszczenia.
Dolly, miła owieczka, postawiła przed nami podobne pytanie: czy uda się uśpić naszą nieliczącą się z niczym ciekawość, czy też ruszymy dalej tą drogą, choć nie znamy jej końca?
Obawiam się, że odpowiedź jest oczywista.

Wydanie: 9/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy