Zapomniane ofiary

Zapomniane ofiary

W czasie powstania warszawskiego zginęło ok. 180 tys. osób cywilnych. Tylko w egzekucjach na Woli, Ochocie, Mokotowie i w Śródmieściu zamordowano 85 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci

(…) Tylko pierwsze dni powstania były pełne euforii. „Następuje wybuch szalonego entuzjazmu. Ludzie, jak na komendę rzuconą przez kogoś niewidzialnego, zaczynają śpiewać »Warszawiankę«. Śpiewa cała ulica. Ci na jezdni i na chodnikach i ci, którzy wylegli na balkony, ci stojący w oknach. Ogarnia mnie uniesienie, jakiego nie doznałem nigdy przedtem i nigdy później”, opisywał Jan Nowak-Jeziorański. Bardzo szybko zaczęła się jednak powstańcza codzienność – czyli pasmo niewyobrażalnych udręk fizycznych i psychicznych, które stały się udziałem warszawiaków. (…)

Mordowano od samego początku

Od 2 sierpnia Niemcy rozpoczęli mordowanie ludności cywilnej, najpierw na Mokotowie i Ochocie. Kształtuje się praktyka stosowana przez następne dni: wrzucanie do mieszkań i piwnic granatów, dobijanie rannych z pistoletów; usuwanie ludzi z mieszkań i rozstrzeliwanie z broni maszynowej. Rozkaz (…) Himmlera nakazuje wytępienie całej ludności stolicy, bez względu na płeć i wiek. „Z przerażeniem patrzyłyśmy na nosze, w których leżały na wpół zwęglone postacie ludzkie, małe dzieci o twarzyczkach ropiejących, czarnych, opuchłych. Okazało się, że Niemcy, zdobywszy jakąś ulicę, spędzali ludność do podminowanych schronów lub zamykali w piwnicach i obrzucali granatami”, opowiadała Władysławowi Bartoszewskiemu siostra Jadwiga Ledóchowska ze szpitala Elżbietanek. (…)

Niemcy koncentrowali swoje akcje w wybranych obszarach, toteż przez wiele dni w niektórych rejonach, zwłaszcza w Śródmieściu, panował względny spokój, w oknach czasami nawet były szyby. Z czasem jednak pożoga docierała niemal wszędzie. Bombowce nurkujące systematycznie i bezkarnie burzyły i paliły bombami zapalającymi dom po domu. (…)

„Warszawa w przeważającej części stoi w płomieniach. Palenie domów jest najpewniejszym środkiem zlikwidowania powstańczych kryjówek. (…) W milionowym mieście panuje nędza nie do opisania. Po stłumieniu lub upadku powstania Warszawie przypadnie w udziale zasłużona kara całkowitego zniszczenia”, meldował już 5 sierpnia do Berlina gubernator Hans Frank.

Technologia sprawnego zabijania

Tylko tego jednego dnia na Woli zginęło ok. 20 tys. ludzi. Prowadzący tam natarcie gen. Heinz Reinefarth podejmuje działania, które przeszły do historii jako „Rzeź Woli”. Masowe egzekucje ludności odbywają się w rejonie Hali Mirowskiej, w fabryce Franaszka, w oddziale fabryki Ursus przy Wolskiej, przy Wawelskiej, Okopowej. Ludzie są rozstrzeliwani, zakłuwani bagnetami, paleni żywcem. Choć Niemcy dobijają tych, którzy nie zginęli od razu, parę osób przeżyło. Na przykład Janina Mamontowicz, którą wyprowadzono na rozstrzelanie z dwoma synami i rodzicami. Kule ominęły ją i dzieci, cała trójka upadła na ziemię, udając zmarłych. Starszy syn (dziewięcioletni) nie wytrzymał napięcia, poruszył się, niemiecki żołnierz strzelił mu dwa razy w skroń.

Niemcy zajmują też szpitale, mordując personel i chorych. W szpitalu św. Łazarza zabito prawie 1000 osób, pacjentów i członków personelu oraz rozstrzelanych tam mieszkańców. W Wolskim przy ul. Płockiej ginie dyrektor i wielu pracowników (60 osób) oraz ponad 300 pacjentów.

Chcąc usprawnić skuteczność mordowania, mieszkańców gromadzono w kilku wybranych punktach, gdzie rozstrzeliwano ich z broni maszynowej. W miejscach egzekucji powstawały zwały trupów dochodzące do 2 m wysokości, 20 m szerokości i 35 m długości, co ułatwiało później palenie zwłok. Tej metody nie trzymano się jednak zbyt kurczowo, podchodząc elastycznie do wykonywanych zadań. Gdy więc ludność cywilna była już zgromadzona, likwidowano ją od razu na miejscu, tak jak przy ul. Górczewskiej, gdzie otoczono trzy bloki, ustawiono wokół karabiny maszynowe, po czym przez okna wrzucono granaty, a domy podlano benzyną i podpalono. Ludzie palili się żywcem, gdy zaś skakali z okien albo usiłowali wyjść drzwiami, strzelano do nich. Zabito wtedy ponad 1000 osób. (…) W sumie na Woli, jak się szacuje, zamordowano od 40 do 65 tys. osób cywilnych, na Ochocie ponad 10 tys., w Śródmieściu ponad 5 tys., podobnie na Mokotowie.

Czekanie na bomby

Na wieść o masowych zbrodniach tysiące mieszkańców uciekło do Śródmieścia. (…)

Nad tą falą nie dało się zapanować. Bezdomnych wciąż przybywało, niezburzonych domów było coraz mniej, w mieście szalały pożary. Ostrzał artyleryjski i bomby zabijały tak wielu warszawiaków i niszczyły tyle domów, że mieszkańcy zaczęli przenosić się do piwnic. Poprzebijano tam przejścia do sąsiednich budynków, powstał cały labirynt korytarzy. (…)

Piwnice to nie schrony przeciwlotnicze, więc precyzyjne trafienie niszczyło dom, a zawalone kondygnacje grzebały mieszkańców – na Miodowej, gdzie pod zburzonym bombą domem zginęło ponad 200 osób, na Malczewskiego (ponad 100) i w wielu innych miejscach. (…) W pamięci mieszkańców stolicy zapisały się sześciolufowe moździerze, zwane krowami lub szafami, bo ich dźwięk przypominał zgrzyt przesuwanej szafy czy ryk krowy. Jeden z mieszkańców widział skutki trafienia takiego moździerza w podwórko, gdzie przebywali uchodźcy: „W niespełna minutę później zamiast żywych ludzi leżały na trotuarze już tylko zwęglone, pokurczone figurki”.

Ludzie często chronili się w kościołach, mając nadzieję, że solidna konstrukcja może stanowić jakąś ochronę. Tak było w kościele i klasztorze Sakramentek na Nowym Mieście. Dowódcy AK zwrócili się do matki przełożonej, by pozwoliła obsadzić klasztor żołnierzami. Przełożona miała wątpliwości, ale w końcu zgodziła się na założenie w klasztorze stanowisk powstańczych. 31 sierpnia Niemcy postawili ultimatum, że jeśli klasztor nie zostanie ewakuowany, zburzą go. Przełożona przekazała ultimatum dowództwu AK. Usłyszała, że żołnierze zostają w klasztorze, a „widok sióstr i duchownych opuszczających swoje stanowiska byłby dla żołnierzy bolesnym ciosem”. Siostry postanowiły więc także zostać, zwłaszcza że kościół był pełen bezdomnych uchodźców. Czas ultimatum dawno minął, zaczęły się codzienne modlitwy wieczorne. Klasztor został wtedy zbombardowany, w gruzach zginęło ponad 1000 osób, w tym 35 sióstr. (…)

Fragment I tomu serii Zakłamana historia powstania, Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2014

Fot. Muzeum Powstania Warszawskiego

Wydanie: 32/2021

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy