Żartobliwa polityka zagraniczna

Żartobliwa polityka zagraniczna

Nasz rząd będzie uczył Ukraińców, jak należy zreformować Ukrainę. Polska przywiązuje kolosalną wagę do przyłączenia Ukrainy do Unii Europejskiej. Gdy nasze nauki dadzą owoce w Kijowie, będziemy mieli z kogo brać przykład, bo sami z siebie jakoś nie umiemy przygotować się do owej Unii. Uczył Marcin Marcina. W każdym razie po dziesięciu latach upajania się niepodległością Ukrainy i powtarzania sobie, jak byłoby to pięknie wejść z tym krajem w bliskie związki, przyciągnąć go do Europy i raz na zawsze odrusyfikować, rząd uderzył w czynów stal. Zdobył się na wiekopomne w swoim mniemaniu postanowienie: ”Rzadko się zdarza. by rząd na swoim posiedzeniu poświęcił debatę sprawie stosunków bilateralnych z jakimś krajem. Świadczy to o unikalnym miejscu Ukrainy w naszej polityce zagranicznej i polityce rządu” – miał zapewnić wiceminister MSZ. Rząd ma podjąć uchwałę o powołaniu międzyresortowego zespołu itp. Warszawa najchętniej powtarzałaby w nieskończoność scenę, jak to Polska jako pierwsza uznaje niepodległość Ukrainy. Gdyby tę scenę odegrać tysiąc razy, może jacyś Ukraińcy by ją w końcu zauważyli. Nie jest to, na szczęście, technicznie możliwe. Wymyślili więc coś równie pustego: wspieranie ukraińskich reform, międzyresortowy zespół, debata, unikalne posiedzenia rządu itp. Jak się nie ma niczego do zaoferowania w sferze realiów, to jest się skazanym na politykę gestykulacyjną. Wszystko to, co polski rząd może w sprawie Ukrainy uchwalić, zarządzić, a nawet zrobić, w porównaniu ze splotem determinizmów, jakim podlega Ukraina, ma .. . . ciężar piórka, które wymknęło się z poduszki. Gdyby to rząd amerykański na swoim posiedzeniu postanowił włączyć Ukrainę do zachodniego układu, można by temu zamiarowi przypisać duże prawdopodobieństwo powodzenia. Jak polski rząd umie reformować, wie o tym dobrze każdy chory. Czyżby również chorzy Ukraińcy musieli się o tym przekonać?

Polska w ciągu wieków, zaczynając od króla Władysława IV, robiła od czasu do czasu jakieś próby zjednania sobie Ukrainy, przyciągnięcia jej na swoją stronę. Nigdy nie z tego nie wychodziło. Partie proukraińskie zawsze były dezawuowane przez bieg wydarzeń, na które Polska nie miała żadnego wpływu i których pewnie nie rozumiała. Obecnie Polacy nie biorą pod uwagę faktu, który rzuca się w oczy każdemu, kto się przygląda i słucha, zamiast „myśleć”: Ukraina jest prozachodnia, do takiego stopnia prozachodnia, że Polskę postrzega jako jałową przestrzeń, którą trzeba niecierpliwie przebyć w drodze do Zachodu. Przyjmować jakieś nauki reformatorskie od Polaków? Nie, tego Ukraińcy nie mogą brać poważnie. Jeśli się uczyć, to od Niemców albo Amerykanów; mogą bez poniżenia przyjąć ich zwierzchnictwo, jakąś formę protektoratu i wedle mojego rozeznania, Ukraina mogłaby wejść trwałe do zachodnich sojuszy, gdyby to amerykański, a nie polski rząd uznał Ukrainę ”unikalnym miejscem w swojej polityce” i wydał na nią kilkadziesiąt czy kilkaset miliardów dolarów. Polski polityk w Kijowie to zaledwie listonosz przynoszący od potentata telegram z dobrą wiadomością. Ale czy za tą wiadomością przyjdą realia, o tym w Kijowie mogą sobie tylko spekulować. Zastrzeżenie jest tu niezbędne: Ukraina to nie jest jedno. Nie jest to kraj tak jednorodny jak Polska, istnieje kilka Ukrain, a wśród nich także prorosyjska (co nie znaczy antyzachodnia). Chętnie bym posłuchał, co mądrzy ludzie mówią, choćby w trybie spekulacji i przypuszczeń, na temat zwiększającej się przewagi języka rosyjskiego nad ukraińskim.

Polska polityka, a raczej propagando-dyplomacja wobec Ukrainy opiera się na oczywistości, którą sformułował już Maurycy Mochnacki 170 lat temu: złamać imperium rosyjskie można tylko poprzez odjęcie Moskwie Ukrainy. (i przyłączenie jej do Polski wówczas to było pragnienie poniekąd naturalne). Nie mogę się zdecydować: czy banały stanowią solidne oparcie dla polityki, czy przeciwnie, niebezpieczne koleiny myślowe, ograniczające swobodę rozumowania. Tak, czy owak, wielka miłość sfer rządzących do Ukrainy jest funkcją nienawiści do Rosji. Dlatego sprawy ukraińskie są traktowane tak ogólnikowo, powierzchownie i z takim uproszczeniem jakby chodziło o abstrakcję, a nie realny kraj. Zarówno w tej miłości, jak i tej nienawiści jest coś nieautentycznego, są one zakorzenione w intensywnych emocjonalnie stereotypach, a nie w empirycznym rozeznaniu rzeczywistości.

Polityka polskiego rządu wobec Rosji ma coś urwisowskiego: jest złośliwa, ale nie wyrządza szkody. Niczego nie bierze poważnie, ani siebie, ani przeciwnika. Rosja odwołała swojgo ambasadora? Gdyby odwołała z Belina. Paryża, czy Londynu, byłoby to wielkie wydarzenie, mobilizujące tamte rządy do nadzwyczajnym starań, publicystów do wszechstronnych analiz. Ambasador odwołany z Warszawy – dobra nasza, po co nam ambasador rosyjski w Warszawie? Minister spraw zagranicznych odwołał wizytę w Polsce? A myśmy wcale nie planowali przyjazdu rosyjskiego ministra. I czyje na wierzchu? Chuligani napadają na konsulat, ale policja nie interweniuje, bo prawdopodobne nie wie, czy napadanie na konsulat rosyjski jest zabronione. A może deptanie flagi było happeningiem zaaranżowanym na użytek telewizji? Telewizja tak widocznie myślała, sądząc po tym, jak często tę scenę emitowała. Prowodyr napaści już następnego dnia wystąpił jako samozwańczy, mam nadzieję, rzecznik policji, której bezczynność usprawiedliwiał. Po tym wszystkim w oficjalnych oświadczeniach polskich trudno było nie doszukiwać się nut ironicznych. Największy idiotyzm, jaki wyszedł ze sfer eksperckich, bliskich rządowi, brzmiał tak: ”Bazując na nastrojach antypolskich. Putin realizuje swoją kampanię prezydencką. Polska była od zawsze pewnym zagrożeniem wojskowym dla Rosji. Nikt inny tylko Polacy zdobyli Ławrę w Zagorsku… Były powstania narodowe polskie, uważane przez większość Rosjan za bunty przeciwko legalnej i świętej władzy. Dalej Piłsudski… Potem „Solidarność”… A na koniec Polska przystąpiła do NATO, zdradzając w ten sposób rasę słowiańską. Bardzo dobry straszak. jeden z najlepszych, jaki Rosjanie mogą sobie wyobrazić”. W Rosji nie panują nastroje antypolskie, na których Putin mógłby bazować. Rosjanie obecnie, podobnie jak w czasach ZSRR, mało się Polakami interesują i nie mają do nas utrwalonego stosunku, nie istnieje tu żadna symetria emocji. Oczywiście. można tam wzbudzić nastroje antypolskie, ale na tym, co trzeba dopiero zrobić, nie można bazować w kampanii wyborczej. W Rosji tradycja i pamięć historyczna zostały przerwane, a nigdy nie były silne i już Czaadajew pisał, że ”nasza przeszłość ginie z każdym dniem dzisiejszym”, toteż sięganie do czasów dymitriady i powstań jest pustą werbalistyką. Zresztą ani powstanie Kościuszkowskie, ani listopadowe nie wywołały w Rosji powszechnych nastrojów antypolskich, pojawiły się one jako skutek głupiego powstania styczniowego, nie były jednak na tyle silne czy trwałe, aby przeszkodzić Polakom w Rosji w zajęciu wysokiej pozycji społecznej. „Solidarność” również nie była przyjęta tak, jak mówi ekspert. Na podstawie własnych obserwacji mogę potwierdzić tezę socjologów, że „Solidarność” spotkała się z pozytywnym zainteresowaniem Rosjan i obudziła w szerokich kręgach nadzieję na zmiany również u nich. Rosja boi się NATO, ale nie boi się Polski w tym sojuszu, ponieważ o czym ekspertowi powinno być wiadomo parasol atomowy NATO nie rozpościera się nad Polską.

Polscy eksperci na dobrą sprawę niczego nie muszą się o Rosji dowiadywać, a jeśli czegoś nie wiedzą, to też wiedzą: fakty niezgodne z tym, co oni wiedzą, są dziełem rosyjskich służb specjalnych.

 

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy