Zaszczepieni przez obcych

Zaszczepieni przez obcych

Sukces twórców szczepionki Pfizera pokazuje, jak ważna jest inteligentna polityka migracyjna

Kiedy 9 listopada upubliczniono informację, że amerykański gigant farmaceutyczny ma w laboratoriach substancję dającą ok. 90% ochrony przed zarażeniem się COVID-19, świat znów na chwilę zatrząsł się w posadach. Tym razem z radości, bo informacja o skutecznej szczepionce była dla wielu pierwszą dobrą nowiną w całym roku 2020. W zdecydowanej większości depesz prasowych czy nagłówków w serwisach internetowych widniała informacja, że uwolnić planetę od pandemii będzie w stanie jako pierwszy właśnie Pfizer – gigant generujący rocznie 51 mld dol. przychodu, czyli prawie 9% całkowitego PKB Polski. Niewielu autorów doprecyzowywało, że choć to właśnie pod patronatem tego holdingu przeprowadzano przez ostatnie miesiące przełomowe badania kliniczne nad wirusem, sama szczepionka nie jest bezpośrednim dziełem Amerykanów. Powstała w firmie BioNTech, zarejestrowanej zaledwie 12 lat temu w Moguncji, nieco ponad 200-tysięcznym mieście na zachodzie Niemiec. Pfizer oczywiście zainwestował w cały proces ogromne zasoby finansowe, zapewni też dystrybucję szczepionki po dopuszczeniu jej do masowego użycia, jednak nowojorscy prezesi niewiele mogliby zrobić, gdyby nie partnerstwo z jeszcze niedawno skromnym rodzinnym przedsiębiorstwem badawczym.

BioNTech założyło troje mieszkających w Niemczech naukowców. Żadne z nich jednak nie jest z pochodzenia Niemcem. Austriackiemu onkologowi Christopherowi Huberowi w stworzeniu przedsiębiorstwa zatrudniającego dzisiaj przeszło 1,3 tys. osób pomogła dwójka immunologów o tureckich korzeniach. Özlem Türeci jest dziś szefową pionu medycznego firmy, Uğur Şahin – prezesem całego BioNTech, przede wszystkim jednak od 2002 r. są małżeństwem. Poznali się w Homburgu, gdzie połączyła ich najpierw miłość do nauki. Ale zaczynali od tego, co mogli zidentyfikować najszybciej – od tureckich korzeni. Şahin urodził się w İskenderun na wschodnim krańcu śródziemnomorskiego wybrzeża Turcji. Bliżej stamtąd do Damaszku niż do Ankary, nie mówiąc o Europie. Tereny te nigdy nie należały do bezpiecznych ani stabilnych. Lata konfliktów przygranicznych, represje wobec Kurdów zamieszkujących wschód Turcji oraz kryzysy gospodarcze sprawiły, że właśnie stąd najliczniej rekrutowała się turecka diaspora, która w latach 60. i 70. rozpoczęła podróż na północ, przede wszystkim do Niemiec.

W tej masowej migracji wziął udział ojciec Şahina, który znalazł pracę jako monter w fabryce samochodów Forda w Kolonii. To tam naukę rozpoczął mały Ugur, który zamieszkał z tatą na zachodzie Niemiec w wieku czterech lat. Od zawsze wykazywał ponadprzeciętne zdolności naukowe i wyróżniał się na tle rówieśników. Do tego stopnia, że nie mógł się zdecydować, na której dziedzinie się skupić – interesowały go praktycznie wszystkie. Ma to zresztą odzwierciedlenie w jego życiorysie naukowym. Najpierw zapisał się na studia medyczne, spędzając na kolońskiej uczelni osiem lat i broniąc doktoratu poświęconego guzom nowotworowym, ale wciąż mało było mu nauki akademickiej. Kolejne trzy lata studiował matematykę. Jak sam mówi, to pokłosie zainteresowań z dzieciństwa, kiedy czytał wszystkie książki popularnonaukowe, do których był w stanie się dokopać. Pozwoliły mu one nie tylko poszerzyć horyzonty, ale też opanować przynajmniej podstawowe słownictwo naukowe po niemiecku. Najciekawszym jednak elementem tej historii jest fakt, że Şahin wypożyczał je z biblioteki… pobliskiego kościoła katolickiego. Liceum ukończył jako pierwsze w historii szkoły dziecko gastarbeiterów – maturę zdawał z matematyki i chemii. Do dziś wspomina, że choć wyjazd ze słonecznego wybrzeża do deszczowej Nadrenii-Północnej Westfalii nie był łatwy dla dziecka, w Niemczech mógł rozwijać swój talent naukowy.

Podobnie czasy szkolne i uniwersyteckie wspomina jego żona – jedyna z trójki założycieli BioNTech, która urodziła się w Niemczech, w Cloppenburgu w Dolnej Saksonii. Niewiele to jednak zmienia w jej historii, bo oboje rodzice byli Turkami. Ojciec, lekarz, od początku chciał zaszczepić w córce pasję do medycyny. Ta początkowo była oporna, bo bardziej interesowało ją życie religijne, myślała nawet o zostaniu zakonnicą. Ostatecznie posłuchała rad ojca, poświęcając życie nauce. A dokładnie nowotworom, które pasjonowały również jej przyszłego męża. Oboje tak bardzo kochali naukę, że ledwo znaleźli czas na ślub. Kiedy tylko stali się sławni jako współtwórcy prototypu szczepionki na COVID-19, media obiegła anegdota, że małżeństwem zostali w czasie przerwy obiadowej w pracy laboratoryjnej. Zaraz po ceremonii wrócili na swoje stanowiska, kontynuować badania. I choć historia ta brzmi niewiarygodnie, Şahin i Türeci z uśmiechem ją potwierdzają.

Karierę starali się planować razem. W ten sposób trafili do Zurychu, gdzie dołączyli do zespołu badawczego Rolfa Zinkernagela. Ten wybitny szwajcarski immunolog otrzymał w 1996 r. Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za badania nad reakcją układu odpornościowego człowieka po rozpoznaniu przez jego komórki kontaktu z wirusem. Przyjaźń z wielkim autorytetem nie tylko z czasem nie wygasła, ale okazała się też przydatna w rozwijaniu własnego biznesu. Dziś Zinkernagel jest bowiem przewodniczącym rady naukowej BioNTech.

Şahin i Türeci szybko jednak chcieli iść na swoje. Zaledwie kilka lat po Noblu dla ich szwajcarskiego szefa stwierdzili, że są już gotowi się uniezależnić. Wrócili więc do Niemiec, gdzie on rozpoczął pracę naukową w szpitalu w Homburgu, ona skupiła się na rozwoju pierwszej firmy – Ganymed Pharmaceuticals. Dziś spółka ta, w 2016 r. przejęta przez koncern Astellas Pharma, jest największym niemieckim przedsiębiorstwem biotechnologicznym. Dla Türeci nie było to jednak wystarczającym sukcesem. Za pieniądze z udziałów w Ganymed pomogła sfinansować start BioNTech. O wkład naukowy nie musiała się martwić, skoro zapewniała go do spółki z mężem, już wtedy uznanym immunologiem. Oboje zdecydowali, że skoncentrują się na szczepionkach. I szybko zaczęli odnosić pierwsze sukcesy. Już kilka lat po starcie zwiększyli zatrudnienie do prawie tysiąca osób, a niemal równo 10 lat po rejestracji firmy przyszedł pierwszy wielki partner.

Pfizer zaproponował wspólne prace nad nową, skuteczniejszą szczepionką na grypę. Umowa była prosta. Amerykanie płacą, BioNTech prowadzi badania. Za „pruskimi Turkami”, jak siebie i męża określa Özlem Türeci, stała wybitna naukowa wiedza. Za amerykańskim koncernem praktycznie nieograniczone zasoby finansowe. Wydawałoby się więc, że jest to związek idealny, lecz w ich partnerstwie kluczowy okazał się zupełnie inny aspekt.

Kiedy Ugur Şahin szedł na pierwsze spotkanie z prezesem Pfizera, nie zdawał sobie sprawy, że będzie rozmawiać z greckim imigrantem. Albert Bourla urodził się w Salonikach i doskonale znał historię grecko-tureckich napięć. Mogłoby zatem się wydawać, że na osiągnięcie porozumienia nie ma szans. Mimo to panowie się dogadali, bo połączyło ich migracyjne doświadczenie. Obaj przyszli na świat w krajach zupełnie innych od tych, w których później dorastali i odnosili sukcesy zawodowe. Obaj musieli udowadniać swoją wartość, choć mieli szczęście robić to w społeczeństwach relatywnie otwartych, pozwalających na rozwój bez względu na kolor skóry, akcent czy wyznawaną religię.

Bourla do dziś podkreśla, że właśnie etos ciężkiej pracy imigranta wypchnął go na szczyt całego koncernu. Z kolei niemiecka prasa świętuje osiągnięcie założycieli BioNTech jako sukces całej tamtejszej polityki migracyjnej. Şahin i Türeci to dziś „modelowi imigranci”, którzy w Niemczech się zasymilowali, choć nigdy nie przestali być tymi, kim zawsze byli. Niemcy są bowiem dumni, że nie zmuszają przybyszów do porzucenia swojej pierwotnej tożsamości. Wystarczy, że obok niej wykształcą drugą – niemiecką.

Triumf „pruskich Turków” nabrał więc wymiaru politycznego. Johannes Vogel, deputowany do Bundestagu z Wolnej Partii Demokratycznej, natychmiast po szczepionkowym komunikacie Pfizera napisał na Twitterze, że gdyby „w Niemczech rządziła Alternatywa dla Niemiec, nie byłoby żadnej spółki BioNTech z imigrantami na czele”. Z kolei z prawej strony sceny politycznej wylał się hejt. Radykałowie protestują przeciw nazywaniu Şahina i Türeci Niemcami. Jak zatem widać, nawet dokonanie „największego medycznego przełomu ostatnich 100 lat”, jak eksperci nazywają szczepionkę, nie likwiduje nacjonalistycznej nienawiści.

 m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Felix Schmitt/Focus/Forum

Wydanie: 49/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy