Zatańczyć z Amazonką

Zatańczyć z Amazonką

Ponad 5 tys. km w kanoe wśród wojowniczych Indian i narkotykowych piratów

Na statku „Discovery”, na którym pływałem po Renie jako marynarz, powiedziałem kapitanowi, że rzucam pracę, bo chcę przepłynąć Amazonkę w kanoe. Przyjął to ze zrozumieniem. – Rób to, co kochasz – dodał na pożegnanie. Rozpocząłem przygotowania do wielkiego triatlonu, czyli trawersu Ameryki Południowej. Głównym celem było pierwsze na świecie przepłynięcie Amazonki w kanoe.

Spotkanie z Asháninka

Po dwóch latach przygotowań jadę na lotnisko. Zapłakana żona pyta, dlaczego teraz chcę płynąć, skoro mamy małe dzieci. – To bardzo niebezpieczne, możesz nie wrócić! – mówi Alicja. Wie, że zostali tam zamordowani polscy kajakarze z Trójmiasta, a rok później postrzelono na rzece Ukajali kajakarza z RPA. Rozmawiała z Aleksandrem Dobą, który przepłynął Atlantyk w kajaku, następnie w euforii rzucił wyzwanie Amazonce, ale dwukrotnie napadnięty zrezygnował w Manaus. Napastnicy grozili, że go zabiją. – Olek miał pecha – wyjaśniam przerażonej żonie. Do tej pory tylko 12 osobom udało się przepłynąć cały system rzeczny Amazonki. Nikt nie dokonał tego w kanoe.

Stoję niedaleko mostu nad rzeką Apurímac. Pakuję cały sprzęt. W drodze przez strefę, gdzie rządzą handlarze narkotyków, towarzyszy mi Peruwiańczyk Gadiel Sánchez Rivera, Metys, zwany przez przyjaciół Cho. Średniego wzrostu, szerokie plecy, niegdyś kurier narkotykowy. Rzucił to, bo chciał jeszcze pożyć. Gadiel postanowił mi towarzyszyć do miasta Atalaya nad rzeką Ukajali. Robi to wyłącznie dla pieniędzy. Będziemy płynąć razem w moim kanoe. Zna język miejscowych wojowniczych Indian Asháninka.

Kanoe nabiera prędkości. Apurímac ma duże spadki, mimo że już jesteśmy za największymi kataraktami. Dookoła góry i tropikalna dżungla. To tutaj rosną krzewy koki, których liście przerabiane są na biały proszek. Dopływamy do tzw. czerwonej strefy, centrum handlarzy narkotyków, w samym sercu peruwiańskiej dżungli. Ktoś z brzegu krzyczy: – Aquí se matan! (Tu mordują!). Przyśpieszamy, wiosłujemy mocniej, kanoe przebija się przez kolejne fale.

Opuszczamy Apurímac i wpływamy na mętne wody Mantaro, uważanej przez niektórych wodniaków za rzekę źródłową Amazonki. Połączenie Apurímacu i Mantaro tworzy rzekę Ene. To najniebezpieczniejsza rzeka w tej części Peru. Pod każdym względem. W jej dorzeczu mieszkają wojownicze plemiona Indian Asháninka, którzy wierzą w kult Pelacary, zgodnie z którym biały jest przemytnikiem organów. Dopływamy do pongo, kanionu, którego skalne ściany zwężają Ene. Nawet kiedy nie wiosłuję, kanoe płynie z prędkością 13 km na godzinę, rzeka zaczyna falować i kotłować się. Tubylcy nazwali to miejsce „Przejściem Siedmiu Diabłów” z powodu siedmiu olbrzymich lejów. Jeden z wirów nas okręca. Słyszę warkot silnika. Dwóch Indian z wymazanymi na czerwono twarzami przepływa obok, wrogo na nas spoglądając. Nagle słyszę strzał, odwracamy się z Gadielem. Pada drugi strzał. – Gringo, gringo!!! – krzyczy ktoś z gliniastej skarpy, wymachując rękoma. – Będą problemy, to Asháninka – mówi przerażony Gadiel. Próbujemy zawrócić, ale szybki nurt nas porywa. Ktoś oddaje kolejne strzały w naszą stronę. Słyszę świst kuli koło kanoe.

– K… strzelają! – mój głos próbuje się przebić przez ryczącą rzekę. Nie mogę zmienić kursu. Kanoe wpływa między dwa głazy. – Wychodźcie! – krzyczą Indianie.

Ich twarze są wymalowane na czerwono. Na każdym policzku mają po trzy kreski, wąsy jaguara. – To ci z tych agresywnych – cicho ostrzega Gadiel.

Pokazujemy cały swój sprzęt. – Macie narkotyki? – pyta jeden z Indian. – Nie, nie mamy. – Kim jesteście? Co tutaj robicie? To teren Asháninka.

Ich karabiny są wycelowane prosto w nas. – Macie jakieś prezenty? Gadiel daje mieszkańcom naszą żywność liofilizowaną. Dla wodza przekazuje scyzoryk szwajcarski oraz małą latarkę.

– Za pięć godzin macie opuścić nasz teren – ktoś oddaje strzał w górę, znikamy za zakrętem rzeki. Musimy uważać, w nocy mogą nas zaskoczyć. Nie zapalamy więc latarek, żeby nie ściągnąć niepotrzebnych gości.

Ukajali Fiedlera

Po pięciu dniach dopływamy do miasteczka Atalaya, gdzie łączą się rzeki Tambo i Urubamba. Wita mnie miejscowa władza wraz z burmistrzem. Wszyscy pamiętają o zabójstwie kajakarzy z Polski w 2011 r. Celina i Jarosław Frąckiewiczowie zostali zamordowani w związku z kultem Pelacary. Indianie myśleli, że to biali, którzy chcą uprowadzić ich dzieci. Ciał kajakarzy do tej pory nie odnaleziono, a dwóch morderców wciąż ukrywa się w dżungli. W miejscowym radiu Indianie w swoich językach proszą o pomoc i życzliwe przyjęcie mnie w domostwach. – Musimy uprzedzić, że nie jesteś Pelacara, aby nikt ci nie zrobił krzywdy – mówi wiceburmistrz miasteczka.

Z Atalai płynę już w pojedynkę. Gadiel Sánchez Rivera staje się logistykiem wyprawy. Płynie z miejscowym Indianinem łodzią z silnikiem od wioski do wioski, spotykamy się w poszczególnych punktach na Ukajali. W górnej części rzeka bardziej przypomina wnętrze jamy brzusznej. Wije się niczym wąż. Rzeka stoi, nie ma praktycznie nurtu.

Od Pucallpy wyprawa przybiera charakter sportowy. Płynę po 11 godzin dziennie, od 7 do 18. Mam jedną przerwę, o 12.30, kiedy wysyłam z nadajnika swoją pozycję. Po połączeniu się wód Ukajali i Marañon rzeka przyjmuje nazwę Amazonka. Zdecydowanie przyśpiesza, niesie duże drzewa. Po 28 dniach docieram do Iquitos. Za sobą mam 2053 km.

W Pebas spotykam się z Gadielem. Wojsko nie podejmuje się ochraniania mnie do granicy. Zaleca, abym płynął z Gadielem. Parę dni temu piraci napadli tu na łódź towarową. Zapada decyzja, że płyniemy razem do Santa Rosy, ostatniego miasteczka w Peru przed Brazylią. Rzeka tak bardzo przyśpieszyła, że robię po 100-130 km dziennie. Amazonka niesie najwięcej wody jako królowa rzek. Jest bardzo szybka, ale w tym czasie mocno się rozlewa i nie można znaleźć miejsca na nocleg. Rozbicie namiotu graniczy z cudem.

Witamy w Brazylii

Po pięciu dniach od Iquitos dopływam do Tabatingi w Brazylii. Parę dni temu płynący łodzią mieszkańcy tego miasteczka zostali ostrzelani przez piratów rzecznych. Marynarka w porcie odradza mi dalszy rejs. Jestem załamany. Piszę mejle, kupuję żywność. W Tabatindze zatrzymuję się na cztery dni. – Zabiją cię – mówi jeden z marynarzy. Dogaduję się z Marynarką Wojenną Brazylii, konkretnie z oddziałem w Tabatindze. Znając pięć słów w języku portugalskim! – Pomożemy ci – uśmiecha się komendant, pewnie dlatego, że admirał brazylijskiej marynarki wydał pozwolenie na operację „Polonia”.

Podświetlony kursor GPS wskazuje drogę. Nagle zaczynają mi wpadać do oczu świecące meszki. Wbijają mi się w lewą rogówkę. Ból nie do zniesienia. Piecze, wyżera. Na środku Amazonki kręcę się w swoim kanoe. Nic nie widzę na jedno oko. Zużywam trzy litry wody mineralnej, żeby je przemyć. W ciemnościach dobijam do brzegu. Męczę się całą noc. Teraz obozów na lądzie już nie można rozbijać. Rzeka wylała na 15 km. Jedyną szansą są noclegi w tzw. domach pływających. Raz spałem w kanoe, ale to zbyt duża męczarnia. Na drugi dzień czułem się bardziej wyczerpany niż po 14 godzinach wiosłowania.

Kolejne dni to walka z rzeką. Amazonka zrobiła się już potężna. Przecina ją wiele dużych wysp o długości 10 km. Dopływam do miasteczka Tefé, dalej do Manaus ciągnie się strefa piracka. Jestem 20 km od Coari. To w tym miejscu był pierwszy napad na Aleksandra Dobę, który po przepłynięciu Atlantyku postanowił przepłynąć Amazonkę. Niestety, ta misja mu się nie powiodła. Dwukrotny napad zmusił go do przerwania ekspedycji.

Z marynarką do Manaus

Rzeka płynie bardzo szybko, 8 km na godzinę. Sam nurt zazwyczaj dodaje do tego 6 km na godzinę, co powoduje, że pędzę niczym na fali powodziowej. W ciągu dnia mogę zrobić nawet 120 km, w 17 dni przepływam 1,7 tys. km i w towarzystwie żołnierzy z marynarki brazylijskiej docieram do Manaus, największego miasta nad Amazonką. Dopływam pod hotel Tropical. Swoją pomoc zaoferował ks. Grzegorz Paderewski, który mieszka tu od 10 lat. W mieście duże zamieszanie, bo w ciągu jednej nocy zginęło 30 osób. Za sprawą konsula, który – jak się okazuje – jest tutejszym milionerem, poznaję głównego komendanta policji stanu Amazonas. Gilberto Andrade Gouvêa, widząc mój zapał sportowy, przyznaje mi eskortę do Parintins. Po czterech dniach odpoczynku ponownie wypływam.

Najtrudniejsze do pokonania są miejsca, gdzie w główny nurt Amazonki wpływają kanały. Na środku głównego nurtu powstaje wówczas wysoka czasami na 1,5 m krótka fala, która w każdej chwili może wywrócić kanoe. Czasami czuję się jak na górskiej rzece w jej środkowym biegu. Dopływając do miasteczka Santarém, ustanawiam swój rekord w długodystansowym pływaniu kanoe – 5 tys. km pokonanej rzeki!

W tym miejscu na Amazonce jest olbrzymi ruch. Pełno statków. Rzeka jest naturalną drogą komunikacyjną. Na statku marynarki brazylijskiej naprawiam siedzenie, w miejscowym warsztacie dorabiam śruby. Marynarka poświadcza mój rejs dla Guinness World Records, a kapitanat portu wpisuje się do rejestru świadków. W Santarém jestem trzy dni. Gromadzę żywność, wysyłam relacje do mediów. Marynarka rezygnuje z dalszego monitoringu.

Polska flaga nad Atlantykiem

Ujście Amazonki do Atlantyku ma postać rozległej delty z licznymi, oddzielonymi od siebie ramionami (ok. 200 odnóg). Rzeka ma prawie 80 km szerokości. Po siedmiu dniach podróży głównym korytem Amazonki wpływam do kanału Breves. To tutaj znajduje się Marajó, największa wyspa otoczona słodką wodą. Większa niż Szwajcaria Marajó rozdziela rzekę. Trasa północna jest krótsza i wiedzie do miasta Macapá. O 400 km dłuższa trasa południowa wije się przez labirynt kanałów.

Na razie nie ma cofki, czyli rzeka płynie nadal do Atlantyku. Jeszcze w Polsce postanowiłem płynąć najdłuższym korytem do ujścia. Kanał wypływający z miasteczka wpływa do rzeki Pará. Ma 8 km szerokości, już nie płynie. Trzymam się lewej strony, bo później będę miał łatwiejsze krosowanie innej wielkiej rzeki. Płynę małymi kanałami, by osłonić się od silnego wiatru wiejącego z Atlantyku. Niestety, zaczynają się pływy – regularnie powtarzające się podnoszenie i opadanie poziomu wody w oceanie, które czuję już na tutejszych wodach. Wiosłuję z całej siły, ale kanoe stoi w miejscu.

Wpływam w kanał Furo do Arrozal. Jakieś 3 km od Belém znowu muszę się zatrzymać. Silny przypływ nie pozwala mi zrobić nawet 5 m do przodu. Zza meandrów rzeki ukazują mi się pierwsze budynki Belém, stolicy stanu Pará. Serce bije coraz mocniej. Krzyczę: – Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy!

Po 94 dniach wyprawy w kanoe, w tym po 81 dniach płynięcia, próbuję powstrzymać łzy radości. Nie udaje mi się. Rzucam cumę dziobową na pomost. W Belém odpoczywam trzy dni. 4 września rano zaczynam biec w stronę Atlantyku. W ciemnościach na plaży, z flagą polską oraz Polskiego Komitetu Olimpijskiego, padam ze zmęczenia. Obie flagi wbijam w zatokę Baía de Marajó, która jest już częścią oceanu. Patrzę na polską flagę, która łopocze na wietrze, i nadal nie mogę uwierzyć, że to już koniec.

Od 10 grudnia 2015 r. moje kanoe znajduje się jako rekwizyt w Narodowym Muzeum Morskim w Tczewie. 8 marca 2016 r. otrzymuję wpis do Księgi rekordów Guinnessa (Guinness World Records). Niestety, po siedmiu miesiącach od zakończenia wyprawy mój sukces kwestionuje kajakarz z USA. Szefowie GWR nie podzielają opinii Amerykanina. Nie zabraniają mi powoływać się na to wyróżnienie ani nie każą odesłać certyfikatu.


111 DNI WYPRAWY
Początek 17 maja 2015 r. z plaży León Dormido nad Pacyfikiem w Peru, koniec 4 września 2015 r. na wyspie Mosqueiro w stanie Pará w Brazylii. Po drodze:
11 dni jazdy rowerem – 680 km
81 dni płynięcia kanoe – 5878 km
1 dzień biegu – 80 km

Wydanie: 3/2018

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy