Zawijka

Zawijka

Przy morderstwie w zasadzie jest po wszystkim. Policjant ma ustalić i zatrzymać sprawcę. Tu najgorsze może się dopiero zdarzyć

Zawijka – tak w gwarze przestępczej określane jest uprowadzenie, powszechnie nazywane porwaniem, kodeksowo – przestępstwem przeciwko wolności i zmuszaniem do określonego zachowania. Jakkolwiek by nazwać to przestępstwo, jest prawdziwym koszmarem dla najbliższych ofiary i udręką policjantów prowadzących sprawę.
Z nieporównywalnie większym komfortem policjanci wykonują czynności w sprawie nawet spektakularnego zabójstwa niż w przypadku porwania. Przy morderstwie w zasadzie jest po wszystkim, pozostaje ustalić i zatrzymać sprawcę. Przy uprowadzeniu najgorsze może się dopiero zdarzyć. Presja jest ogromna. Policjant równolegle musi ustalić miejsce przetrzymywania i uwolnić osobę uprowadzoną, co wprost oznacza ustalenie sprawców. A jednocześnie powinien to robić tak, by uprowadzony w zemście nie stracił życia. Bywa to trudne. Nieraz wręcz niemożliwe. Z jednej strony, nadzorujący prokurator, eliminujący niejako z urzędu wszystko, co ma znamiona ryzyka. Z drugiej, bliscy uprowadzonego, wymagający szybkich ustaleń, wyczekujący przy telefonie i wykładający pieniądze.

Gra nerwów

No właśnie, pieniądze. Łatwe pieniądze. Przestępca uderza w czuły punkt osoby, która je ma. Zabiera, niejednokrotnie dręczy, okalecza kogoś, kogo ta osoba kocha. Wyjątkowa perfidia. Przestępca dodatkowo dozuje okrucieństwo, chcąc wywrzeć presję psychiczną i wyegzekwować jak największe pieniądze.
Widziałem kilkakrotnie takie rodziny. Widziałem ich rozpacz i swoją bezradność. Ja musiałem czekać na wyniki podjętych działań operacyjnych. Dla nich czekanie było istną katorgą. A czas gra tu niebagatelną rolę. Wiedzą o tym policjanci, wiedzą też przestępcy. Gra nerwów.
Przestępcy z reguły wymuszają na najbliższych porwanego niepowiadamianie policji. I z reguły oskarżają ich o powiadomienie, podnosząc stawkę okupu. Jest też pewna, może znaczna liczba niezgłaszanych uprowadzeń, gdzie strony dogadują się między sobą. Przekonałem się o tym w sytuacji trochę ekstremalnej, prowadząc grę operacyjną między jednym z szefów grupy przestępczej, ps. „Maniek” (zastrzelony w warszawskiej kawiarni Gamma), a właścicielem kantoru wymiany walut ze stołecznego hotelu Warszawa (zastrzelony przed własną posesją). Obu panów łączyła głęboka – i jak widać dozgonna – nienawiść do Jeremiasza Barańskiego, „Baraniny” (powiesił się w celi), co nie przeszkodziło, iż jeden oskarżał drugiego, zresztą zasadnie, o uprowadzenie żony. Obaj zaś udawali przed sobą, że jeden nie wie kto, a drugi, że nie ma z tym nic wspólnego.
Świat przestępczy często sięga do brutalnych porwań jako skutecznej metody wymuszenia spłaty długów czy innych rozliczeń. Ich liczba jest praktycznie nie do oszacowania. „Maniek”, Marian Klepacki, celował w tym procederze. I pieniądze za żonę poszły.

Newralgiczny moment

Pieniądze. A w zasadzie przekazanie okupu za uwolnienie porwanego jest newralgicznym momentem, zarówno dla policjantów, jak i dla przestępców. To szansa na ustalenie sprawcy uprowadzenia, ale i ryzyko dramatycznej porażki. Wpadki, która może doprowadzić do zabicia lub okaleczenia uprowadzonego. Ryzyko zarzutu nieudolności lub zaniechania, stawianego policji z równą siłą i przez prokuraturę, i rodzinę uprowadzonego.
A rzecz jest dramatycznie trudna. Policja z reguły ustami członka rodziny lub znajomego porwanego, utrzymującego kontakt ze sprawcami, usiłuje wybrać czas i miejsce przekazania okupu – dogodne dla siebie. Miejsce publiczne, bo prościej się ukryć; w ciągu dnia – bo łatwiej prowadzić obserwację. Przestępcy wymuszają diametralnie przeciwne warunki. Jeżeli dochodzi już do ustalenia, sprawcy, niejako rutynowo, w ostatniej chwili zmieniają miejsce przekazania okupu. Świadomie utrudniając, zresztą skutecznie, policyjne działania. Kierowałem czynnościami operacyjnymi, kiedy bandyci w ciągu około dwóch godzin kilkakrotnie zmieniali miejsce przekazania okupu. Cały czas grożąc zabiciem porwanego. Co było robić? Zaczęliśmy od centrum miasta, następnym miejscem była stacja kolejowa, później kawiarnia, a zakończyliśmy na przystani wodnej. Operowaliśmy na przestrzeni blisko stu kilometrów. Wszystkie kolejne miejsca jako policjant powinienem zabezpieczyć. Ustalić, kto podejmuje okup, obserwować go, starając się jednocześnie, żeby nikt nie zauważył i pieniądze przypadkowo nie przepadły. W praktyce to niemożliwe lub potwornie trudne. A w pamięci cały czas groźba zabójstwa uprowadzonego.
Komenda Główna Policji w statystykach za lata 1998-2008 liczbę uprowadzeń w kraju szacuje na około 180. Chodzi tu o czyny przestępcze spełniające wszystkie prawne przesłanki porwania (a więc uprowadzenie, przetrzymywanie osoby i żądanie okupu). Największe nasilenie procederu miało miejsce w latach 2001-2003. Oczywiście niewiadomą pozostaje liczba uprowadzeń oficjalnie niezgłoszonych oraz takich, które traktowane są jako zwykłe zaginięcia osób.

Policjant na nieznanym gruncie

Wydaje się, że nagłaśniane medialnie nieprawidłowości czy trudności ujawniane w związku ze sprawami porwań mogą wynikać też z kilku mniej znanych przyczyn. Po pierwsze, policja z uwagi na niewielkie w sumie rozmiary procederu nie specjalizuje swych funkcjonariuszy (może poza Komendą Stołeczną Policji) w prowadzeniu tak nietypowych czynności. W konsekwencji policjant służby kryminalnej, na co dzień zajmujący się rozbojami, wymuszeniami, pobiciami czy zabójstwami, trafia na nieznany grunt. Nie jest i nie może być przygotowany do kierowania wręcz psychoanalitycznymi negocjacjami z porywaczami. Nie ma umiejętności precyzyjnej i szybkiej interpretacji billingów połączeń czy nawigacji telefonicznej. I wreszcie nie jest przygotowany do niezwykle kompleksowego, koronkowego wręcz wykorzystania sił i środków techniki operacyjnej przy przekazywaniu okupu.
Po drugie, prokuratura działa niezwykle powoli, a czas gra tu przecież ogromną rolę. Ta powolność procesu decyzyjnego często wynika z czystego asekuranctwa i bojaźni. Przez lata służby poznałem zaledwie jednego prokuratora skłonnego do szybkich działań, trochę na pograniczu prawa. Zawsze, przy odrobinie szczęścia, dla dobra porwanego. Nie wytrzymał jednak napięcia i zapił się na śmierć.
Jedno wydaje się pewne. Jan Kowalski porwań dla okupu może się nie obawiać, nie ma bowiem i nie będzie mieć pieniędzy. A tylko o nie chodzi.

Autor jest emerytowanym policjantem służby kryminalnej

Wydanie: 12/2013

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy