Ziemia – wielka cyfrowa fabryka

Ziemia – wielka cyfrowa fabryka

Oferuje się nam produkt dokładnie taki, jaki chcieliśmy – tylko z logo jednej z pięciu największych korporacji

Jan J. Zygmuntowski – ekonomista, prezes Fundacji Instrat

W jakim kapitalizmie żyjemy?
– Nasz kapitalizm radykalnie różni się od tego, z którym mieliśmy do czynienia w czasach wielkich fabryk i kapitalistów w cylindrach. Dzisiaj świat wygląda inaczej i to jest zmiana dogłębna, jakościowa. Przyjęło się go nazywać kapitalizmem kognitywnym, ponieważ największą maszyną, która wytwarza dzisiaj wartość, jest ludzki umysł. Całe społeczeństwo jest wyedukowane, rośnie liczba studiujących, ludzie specjalizują się w swoich branżach. Większość osób w najbogatszych, najbardziej rozwiniętych technologicznie państwach – w Europie, USA, Japonii – pracuje „umysłowo”. Powstały platformy cyfrowe, nastąpiła automatyzacja fabryk, w których pojedynczy inżynierowie doglądają maszyn. Dzisiejsi najpotężniejsi gracze, tacy jak Facebook czy Google, są niemal wirtualni i nie muszą w ogóle być w Polsce, czy gdziekolwiek, żeby działać, zarabiać, a także śledzić każdy nasz krok w internecie.

Jesteśmy wszyscy robolami w wielkiej, globalnej, cyfrowej fabryce i pracujemy w niej ochotniczo, nie zarabiamy na tym, nie znamy właścicieli…
– Tak i bardzo trudno nam sobie zdać z tego sprawę właśnie dlatego, że ta fałszywa umowa społeczna, którą nam zaproponowano, jest taka: „Wy macie internet za darmo…”.

Zaproponowano nam?
– Dano. Podpisaliśmy ochoczo regulaminy, które nam podsunięto, licząc, że ci informatycy, technokraci mówią prawdę, kiedy twierdzą, że chcą połączyć świat. To słynne connect the world Marka Zuckerberga. Mówili językiem korzyści i myśmy się na to nabrali. Nie zrozumieliśmy, że za fasadą tych platform ukryto mechanizm, który z jednej strony jest czystym nadzorem, pilnuje każdego naszego kroku, pobiera ciągle dane o tym, co lubimy i dlaczego to lubimy, co kliknęliśmy, cały czas algorytmami modyfikuje to, co widzimy, tak żeby manipulować naszymi zachowaniami, a z drugiej zasysa ogromną ilość danych i na ich podstawie projektuje, buduje i sprzedaje nam nowe produkty, algorytmy, urządzenia. W końcu od nas samych wie, co będziemy najbardziej lubili w kolejnym iPhonie, i dlatego może produkować coraz lepsze modele. Dzięki dostępowi do tej wiedzy o nas wycina potencjalną, tradycyjną konkurencję. I zarabia krocie. Kiedyś Frederick Winslow Taylor, twórca tayloryzmu, zarządzania technokratycznego, mówił: „Mierzcie każdy ich krok, kąt nachylenia łopaty”, a Henry Ford: „Produkujemy auta w dowolnym kolorze, pod warunkiem że będzie to czarny, ale każdego będzie na nie stać”. Dokładnie to samo wydarzyło się dzisiaj. Każdy nasz krok jest kontrolowany przez cyfrowe aparaty, z tego powstaje wiedza o tym, czego oczekujemy. I wtedy oferuje się nam produkt dokładnie taki, jakiego chcieliśmy – i możemy być pewni, że będzie miał logo jednej z pięciu największych korporacji.

Ale wpadliśmy też w pułapkę „otwartego dostępu”. Nie zdajemy sobie sprawy, że to kolejny mechanizm, który pracuje na rzecz gigantów.
– Oczywiście powinniśmy wspierać kierunek otwartego dostępu, ale musimy być bardzo świadomi, jakie sieci zastawili na nas tym samym kognitywni kapitaliści. Jeśli otwarte zasoby przepływają przez ich sieci, to oni i tak na tym zarabiają, a my nie mamy alternatywy. Na uniwersytetach głoszą konieczność komercjalizacji nauki.

Jesteśmy świadkami prywatyzacji wiedzy kumulowanej przez tysiące lat. Pod pozorem policzenia, parametryzacji osiągnięć naukowców wprowadza się mechanizmy komercyjnych wymagań. Wszystko musi bezpośrednio i natychmiast przekładać się na możliwe zyski biznesu czy gospodarki.
– Nie zrozumieliśmy tylko, że proces prywatyzacji uniwersytetów będzie postępował i nie każdy uniwersytet będzie obfitował w patenty i start-upy jak Dolina Krzemowa. Przewiduje się dla uniwersytetu rolę podwykonawcy. Tam powstaje wiedza, za publiczne pieniądze. I wtedy jej wybrane elementy się komercjalizuje. Z kolei ci, którzy produkują na uniwersytecie wiedzę krytyczną, chociażby marksiści, humaniści, ci, którzy badają historię, kulturę, język, wydają się raczej nieprzydatni. Ich praca jest atakowana, spychana na margines. Z tego też powodu w Polsce reforma idzie w kierunku międzynarodowej konkurencyjności. Problem w tym, że badania nad polską kulturą niewielu na świecie interesują.

Żywimy złudzenie, zdemaskowane choćby przez Marianę Mazzucato w „Przedsiębiorczym państwie”, że ten nowoczesny kapitalizm startupowy, cyfrowy, kognitywny jest taki innowacyjny. Ona zaś udowadnia, że właściwie wszystkie te innowacyjne rzeczy, które nam się sprzedaje, zostały wymyślone, opracowane, wytworzone za publiczne pieniądze uniwersytetów albo wojska. Najdoskonalszym przykładem jest iPhone.
– Sektor publiczny nie zatroszczył się o pilnowanie tych rzeczy. Często powstawały firmy uniwersyteckie, które miały patenty, ale swobodnie je odsprzedawały jakimś przedsiębiorstwom, a do uniwersytetu wracało niewiele. Warto zwrócić uwagę, że prywatna, oddolna inicjatywa ludzi jest w jakimś stopniu potrzebna, bo oni rzeczywiście wzięli technologie wojskowe i poskładali w produkt konsumencki. Problemem okazuje się właściwy balans. Apple to jedna z pięciu najdroższych firm na świecie, a do państwa w podatkach wracają grosze.

Szczególnie powinniśmy się martwić o sztuczną inteligencję, którą zbudują dla medycyny, edukacji, przewidywań konsumenckich czy zarządzania siecią energetyczną. Najpierw ograbią nas, tak jak pierwsi kapitaliści, którzy grodzili pola. Pole było wspólne, ale nagle stawiali płot i żołnierzy i mówili, że pole jest ich, a my możemy na nie wejść, tylko musimy zapłacić. Jednym z ważnych wniosków Mariany Mazzucato jest to, że musimy trzymać dane w domenie publicznej.

Co jest towarem w kapitalizmie kognitywnym?
– Informacja, zapisana za pomocą ciągów liczb zbudowanych z jedynek i zer. Całą ludzką wiedzę, złożone produkty informacyjne – książki, filmy, patenty – mamy skondensowaną, zapisaną w tych ciągach liczb. I one, przetwarzane, przesyłane, rozsyłane przez cały przemysł ICT (technologie informacyjno-komunikacyjne), są najważniejszym i najcenniejszym towarem. A tak „zapakowana” wiedza może być niezwykle tanio przetwarzana.

Ten obrót informacją jest kluczowy. Czy ona jest prawdziwa, czy nie, to już nieistotne. Właściwie w przypadku mediów nawet lepiej, że jest fałszywa, bo wtedy mniej kosztuje, a szybciej i szerzej się rozprzestrzenia.
– To jeden z głębszych wątków w mojej pracy, która ukaże się drukiem w marcu. Podobnie w kapitalizmie na początku najważniejsze było oczywiście posiadanie środków produkcji: ziemi, maszyn itd. Szybko się okazało, że prawdziwą akumulację tego kapitału uzyskuje się nie z jego posiadania, ale z obracania nim, to znaczy tworzenia różnych skomplikowanych produktów finansowych i przewidywania, czy cena danych aktywów wzrośnie, czy spadnie.

To zjawisko było źródłem kryzysu w roku 2008.
– Tak, zamiana produkcji materialnej na dominację produktów czysto finansowych zwiększyła skalę spekulacji przed 2008 r. Okazało się, że teraz najważniejszy jest szybki obrót kapitałem, co pokazują np. komputery służące do HFT, High Frequency Trading – handlu wysokich częstotliwości. To technika inwestowania polegająca na zawieraniu wielu transakcji giełdowych w jak najkrótszym czasie. Znaczenie może mieć każda milisekunda. W 2009 r. HFT stanowił 65% wolumenu na amerykańskich rynkach kapitałowych. Obracamy już nie samym kapitałem, tylko informacją, bo musimy wiedzieć, jaka jest wycena danej spółki, jak ona zmieniła się w czasie. W coraz większym stopniu te maszyny (komputery) zaczęły obracać czystą informacją. Kapitał finansowy zrozumiał, że jest kapitałem informacyjnym.

I tak powstało coś, co nazywamy cyklem kapitalizmu kognitywnego, takim cyklem akumulacji – z danych powstają aplikacje zbierające nowe dane, cyklicznie te ogromne silosy danych robią się większe. Prędkość tego przepływu, punkty w sieci, przez które muszą przepływać dane, wskazują, kto jest najsilniejszy we współczesnym kapitalizmie. To trochę tak, jakby w XIX w. całość szyn kolejowych, wagonów, lokomotyw, stacji, kolejarzy, kopalni węgla, hut stali należała do jednego albo dwóch właścicieli. A tak obecnie wygląda struktura posiadania kapitalizmu kognitywnego. Dlatego banki takie jak Goldman Sachs, JP Morgan czy ogromne fundusze inwestycyjne są najpotężniejsze, bo to przez nie przepływa większość obrotów. Jeszcze potężniejsze są Facebook, Google, Amazon, ponieważ przez nie przepływa większość informacji. To jest kapitalizm, który jest kognitywny, a zarazem skrajnie finansowy.

Czy jeśli pojęcie wyzysku najlepiej opisuje kapitalizm XIX w., to dzisiaj głównym skutkiem negatywnym jest skrajna nierówność?
– Myślę, że nie ma jednego słowa, ale na pewno hasłami, które otwierają odpowiednie szuflady w głowie, są nierówność i prekarność. Prekarność, bo obecnie każdy z nas jest bezustannie poddawany parametryzacji, testom; system sprawdza, czy jesteś dobry, system cię podlicza, pracodawca wycenia. Testy zaczynają się już w szkole, później oczywiście na uczelniach, w pracy. Nawet w pracy umysłowej. Jeszcze w latach 70. inżynierom wydawało się, że mogą siedzieć przy desce kreślarskiej, spokojnie opracowywać swoje plany i nie przydarzy się im nic złego. Ale dziś musisz w ciągu miesiąca oddać X produktów intelektualnych, a jeśli tego nie zrobisz, nie jesteś produktywny. Excel nie wybacza i nie zapomina. Tą parametryzacją, cyfrowym tayloryzmem, jesteśmy objęci wszyscy i to też stwarza warunki pracy pozbawionej bezpieczeństwa, przewidywalności, stabilności, praw pracowniczych, utożsamienia, które nazywamy prekaryzacją. Każdy z nas może w dowolnym momencie lekko się poślizgnąć – nie ma żadnego zabezpieczenia, spadasz na samo dno. Klasa średnia została w pewnym sensie rozerwana. Jej drobna część dołączyła do klasy wyższej i dziś walczy z nią o to, kto ma kontrolę nad światem. Przykładem jest Donald Trump, jego środowisko. W USA mieszka prawie połowa światowych milionerów, ich globalną liczbę szacuje się na ok. 30-40 mln ludzi. To oni aspirują do grupy najbogatszych – udaje się nielicznym. To samo w Polsce, alternatywna elita prawicowa, która bije się z dominującą elitą liberalną. Ta drobna część klasy średniej została więc wywindowana, ale 90% zjechało na samo dno.

Jaki będzie tytuł twojej książki?
– Roboczo: „Fabryka sieci. O ekonomii intelektu powszechnego”. Próbuję zbudować taką interdyscyplinarną syntezę. Cały zarys i nazwa pochodzi od fragmentu „Kapitału”, w którym Marks mówi wprost, że wraz z potężnym rozwojem techniki i maszyn nadejdzie moment, w którym wszystko wokół nas będzie poruszane siłą intelektu powszechnego, takiej kolektywnej wiedzy ludzkości. Nie mógł wtedy wiedzieć o komputerach, oprogramowaniu, ale rozumiał, że w jakiś sposób automaty poruszane ludzką wiedzą będą napędzać cały świat.

To coś, czym właśnie się zajmuję, próbując zrozumieć, w jaki sposób możemy tę powszechną inteligencję odzyskać dla nas. Dowodem, że druga strona też rozumie, czym jest ekonomia intelektu powszechnego, jest to, jak powstawał Google. Sergey Brin i Larry Page, tworząc go w 1998 r., wprost pisali o tym, że ich wyszukiwarka wykorzystuje pracę użytkowników internetu, którzy wklejając linki do innych stron, tak jakby komunikowali: „Oceniam tę stronę jako wartościową”. Wystarczy spojrzeć, kto linkuje do kogo, i można tę darmową, przyjacielską pracę internetową wykorzystać do stworzenia ogromnej wyszukiwarki, a później oczywiście zamienić ją w maszynkę do robienia pieniędzy. Dzięki ekonomii intelektu powszechnego próbuję zrozumieć, jak moglibyśmy od samego początku budować Google’a z naszego intelektu, ale dla nas wszystkich. Korzystam trochę z krytycznej teorii komunikacji, która mówi o tym, jak kapitalizm zmienia nasze formy komunikacji, ale i z ekonomii feministycznej, która mówi, jak wartościowe, choć nieopłacane, są opieka, edukacja i wychowanie.

Badania Oxfamu pokazały, że jakość tej opieki kobiecej, domowej jest wyższa niż wartość sektora IT.
– Tak, ale to właśnie pokazuje, jak sektor IT czeka, aż dziecko podrośnie, zostanie wychowane, wykształcone, przejdzie przez uniwersytet, nauczy się programowania, a wtedy sadza je przy komputerze i powoli wykręca z niego pieniądze. Łączę te wszystkie elementy, wracam do zapomnianej polskiej szkoły rozwoju, czyli do Michała Kaleckiego, Oskara Langego, Róży Luksemburg, postaci, które wyobrażały sobie świat niekapitalistyczny. Oczywiście 70 lat temu Oskar Lange musiał przegrać debatę, proponując planowanie gospodarki przy użyciu maszyn obliczeniowych, ponieważ komputery raczkowały. Planowanie, wyśmiane jako model funkcjonowania gospodarki, jest dzisiaj codziennością każdej wielkiej korporacji. To podstawa nowoczesnego zarządzania. Udowadnia to choćby Amazon, zachęcając dostawców do rezygnacji z rynkowych zakupów na rzecz wspólnego planowania dostaw i produkcji.

Jak wygląda dzisiaj fundamentalny spór z kapitalizmem o własność?
– Zacząłem niedawno inaczej patrzeć na ludzi, którzy trzymają smartfony. Nie jak na uzależnionych, bo niekoniecznie jesteśmy uzależnieni, np. po prostu rozmawiamy ze znajomymi. Ale w tle zawsze jest praca. Kiedy jadę metrem i wszyscy ludzie patrzą w smartfony, to sobie myślę, że oni już są w pracy. Jeszcze tego nie wiedzą, ale już pracują, mimo że siedzą w tym metrze. Ta perspektywa tworzy zupełnie nowy spór.

Jeśli chodzi o domenę wspólną, to wspólnice są moją propozycją otwarcia prywatnych silosów, czyli tych korporacyjnych zbiorów danych, przeniesienia danych i wykorzystania ich dla naszego zysku, a nie do akumulowania zysków przez wielkie platformy cyfrowe. Dane o nas mają ogromną wartość i nie powinny służyć tylko do wyświetlania reklam czy nawet manipulowania naszymi wyborami politycznymi przez Cambridge Analytica. Mogą służyć do tego, żeby pokazywać, jakie możemy mieć schorzenia, żeby móc wcześniej reagować. Mogą pokazywać dzieciom, jak powinny się uczyć. Wszystkie badania wskazują, że najskuteczniejsza jest edukacja jeden na jeden – nauczyciel, który przychodzi do dziecka, pyta, z czym ma ono problem, i ten problem rozwiązuje. Oczywiście nie możemy mieć jednego nauczyciela na jedno dziecko, więc musimy posłużyć się technologią, żeby ta powszechna edukacja mogła dziecko wspomagać. Dodajmy do tego to, jak zaprojektujemy świat wokół siebie, żeby nie zniszczyć planety i zużywać mniej surowców. To wszystko są kwestie, które możemy rozwiązać, jeśli tylko te dane zaczniemy zbierać, agregować w publicznej domenie. To nie znaczy, że mają być otwarte. Bo znowu przyjdą giganci i je sobie skopiują. One mają być strzeżone, wedle pewnego etosu, w publicznych instytucjach. To są nasze wspólne dane i powinniśmy udostępniać je tylko tym, którzy chcą rozwiązywać nasze wspólne problemy o charakterze cywilizacyjnym. Wtedy ochronimy prywatność. I to napędzi postęp technologiczny, innowacje.

To postulat polityczny.
– Taka jest specyfika ekonomii politycznej, że przez analizę ekonomii dochodzi się do wniosków politycznych. Widzimy, jak ten system działa. Szczególnie ekonomia marksowska mówi wprost, że nie ma żadnej statyki, system jest dynamiczny. Akumulacja kapitału, podstawa analizy Marksa, jest dynamiczna, czyli obserwujemy proces stałego powiększania. Jest więc proces. Próbujemy zrozumieć, czym może się skończyć i czy mamy na niego wpływ.

Ciągle jeszcze mamy?
– Na szczęście tak. Chociażby w medycynie, która będzie następnym ogromnym polem walki. Firmy takie jak Facebook wkraczają w kolejne obszary, gdzie można zebrać dane o tym, jak myślisz i rozmawiasz. Ale jest jeszcze jeden krok bardziej w głąb ciebie, czyli bezpośrednio w to, jak funkcjonuje twoje ciało, w każdej sekundzie. W wielu krajach po II wojnie światowej zbudowaliśmy systemy powszechnej opieki zdrowotnej i tam – w Polsce obecnie w NFZ – znajdują się ogromne ilości danych, na które czekają korporacje. Ten system jest powoli rozbierany przez prywatne firmy, ale musimy go bronić. Bo to po prostu rozbicie publicznego banku. Myślę, że propozycja wspólnic danych, które z jednej strony przejmą informacje od NFZ, żeby je zabezpieczyć przed atakiem na służbę zdrowia, a z drugiej zaczną brać te dane także od prywatnych usługodawców, zabezpieczy je przed atakiem kapitalizmu kognitywnego. Pewną analogią obrazującą działanie wspólnic mogłaby być specyfika działania Biblioteki Narodowej, która dysponuje wszystkim, co historycznie powstało, zostało zapisane, wydrukowane, ale nadal zbiera każdą kolejną publikację, a np. prywatni wydawcy mają obowiązek wysyłania jej każdej ukazującej się pozycji. I takie niesprywatyzowanie informacji o naszym zdrowiu i organizmie mogłoby się udać.

Byt instytucji, które ochraniają nasze zdrowie, zapewniają opiekę społeczną i bronią praw pracowniczych, jest dzisiaj zagrożony.
– Bardzo groźne jest to, że kapitaliści nie cofają się przed żadnym sojuszem, żeby osiągnąć swoje cele. Mimo głoszonej otwartości bardzo chętnie wchodzą w przymierza z prawicą, z konserwatystami, ponieważ wiedzą, że dzięki temu przymusem zapewnią sobie reprodukcję społeczną, czyli po ludzku – rodzenie i wychowanie konsumentów. Dziś trwa wojna z kobietami pod postacią próby całkowitego zakazu aborcji. W Rosji czy w Polsce, u nas ze strony Ordo Iuris, pojawiają się pomysły dekryminalizacji przemocy domowej, utrudniania rozwodów. W USA po pierwszych protestach pracowników firma Google złamała opór i kultywuje przyjazne relacje z Trumpem, z rządami Turcji i Chin. Pomagała np. w trenowaniu autonomicznych dronów bojowych. Sojusz technologicznych monopolistów z zamordystycznymi państwami też trwa.

To, co robisz, nie jest tylko krytycznym namysłem nad kapitalizmem. Próbujesz wypracować nowy sposób myślenia i rozwiązania, które można by zastosować w zamian.
– Szukając lokalnych odpowiedzi, możemy się pokusić o rozwiązania spółdzielcze. W spółdzielniach jednym z dużych problemów zawsze było to, jak szybko komunikować się między stronami, w jaki sposób podejmować ciągle kolektywne decyzje. Okazuje się, że technologie informacyjne służą temu całkiem dobrze. Mogą być spółdzielnie małych sklepikarzy, takie jak niemieckie Fairmondo. Współwłaścicielami mogą być lokalne społeczności, np. samorząd, gdyby była to spółdzielnia dotycząca transportu w mieście i łącząca różnego rodzaju modele komunikacji, ale również pozwalająca na włączanie własnego auta do sieci. W ten sposób spółdzielnie stają się wieloagentowymi strukturami, które u podstawy mają demokratyczną własność.

Jesteśmy w niedoczasie. Jak mógłby wyglądać minimalny pakiet postulatów, które można wyrazić nie w języku analizy kulturowej całego kapitalizmu kognitywnego, cyfrowego, tylko w języku przekładalnym na postulaty polityczne?
– Nawet Bruksela zrozumiała już, że nie jesteśmy ani Ameryką, ani Chinami, czyli ani systemem państwowego, wielkiego nadzoru, ani systemem rozproszonych, ogromnych korporacji splecionych z wojskiem. Żaden nie jest rozwiązaniem. Mamy mało czasu, nawet alternatywne spółdzielnie, które się budują, są niewielkie, ich skala nie wystarczy, żeby odbić tę rzeczywistość z rąk kapitalistów. Możemy to zrobić jedynie daleko idącymi regulacjami, tu od razu się pojawia pytanie o warstwę polityczną. Musimy powiedzieć, że dane są wspólne i nie można ich dowolnie przetwarzać. Nie RODO, które mówi, że mam prawo je przenosić i zmieniać, ale stwierdzenie, że są ograniczenia ich wykorzystania ekonomicznego. Mogą je rejestrować wspólnice, a firmy mogą pytać i prosić o dostęp. Być może będziemy musieli wypracować jakiś konsensus w rodzaju nowego regulatora rynku cyfrowego nadzorującego to wykorzystanie, może podatki od użytkownika i jego danych, albo zakaz zamykania dostępu do produktów tworzonych z danych. Ale to tu jest pole bitwy.

Na ostatnim szczycie G20 w Japonii także trwały rozmowy o danych, w ramach tzw. ścieżki Osaki. Rozmawiano o międzynarodowym porozumieniu, w myśl którego dane mają swobodnie przepływać, każdy może je sobie kopiować i wykorzystywać, jak się tylko spodoba. Ta propozycja dawała pełną prywatną własność nad danymi, pełen prywatny przepływ danych. Co bardzo ciekawe, to nie kraje unijne, czyli Niemcy, UK i Francja, wstały od stołu i powiedziały, że absolutnie tego nie chcą, ale kraje globalnego Południa. Indie, Indonezja, RPA. Indie są największą populacją na Facebooku. W New Delhi trwają prace nad regulacjami, w myśl których agencje rządowe będą miały prawo zapytać dowolną prywatną firmę o dane i je uzyskać.

Masz poczucie, że widmo nowego ładu cyfrowego krąży nad Europą, nad światem?
– Krąży nad Europą i obawiam się, że europejscy biurokraci jeszcze nie są po naszej stronie. Oni bardzo chcą technologicznej suwerenności Europy poprzez zbudowanie europejskich czempionów, takiego „naszego Google’a”. Czyli chcemy odzyskać część naszych przywilejów, zysków świata cyfrowego, ale nie po to, aby upodmiotowić obywateli albo zaoferować im cyfrowe państwo dobrobytu, lecz po to, żeby mieć naszą własną wersję amerykańskiego korporacyjnego świata. Potem oczywiście to zaproponować, czyli sprzedać, Turcji, Libii, Tunezji i zaoferować tym krajom stabilizację po okresie wojen domowych, a przy okazji zrealizować kolonialny sen Francuzów. Dlatego tym bardziej musimy o tym rozmawiać i organizować się politycznie wokół postulatów i progresywnych grup. Skoro udało nam się powstrzymać TTIP, Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji, nie powinniśmy tracić nadziei.


Jan J. Zygmuntowski – doktorant ekonomii, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, prezes zarządu think tanku Instrat. Naukowo zainteresowany problematyką rozwojową, systemami gospodarczymi, ekonomią innowacji oraz polityką publiczną.


Ekonomia przyszłości
Rozmowa wokół wątków „polityki radykalnych technologii” w cyklu „Ekonomie przyszłości” zorganizowanym przez Biennale Warszawa, kurator Przemysław Wielgosz z „Le Monde Diplomatique Polska”. „Ekonomie przyszłości” to intermedialny projekt, którego celem jest poszerzenie pola debaty ekonomicznej w Polsce, włączenie do niej ignorowanych lub marginalizowanych dotąd wątków, tak by otworzyła się na wyzwania przyszłości. Więcej: biennalewarszawa.pl/ekonomie-przyszlosci


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 10/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy