Zmiana i wymiana

Zmiana i wymiana

Prawicowe media rozgrywają polityków lewicy jak dzieci, grając na ich próżności i zachęcając do wzajemnego obrzucania się błotem

Prof. Mirosław Karwat – kierownik Zakładu Filozofii i Teorii Polityki na Uniwersytecie Warszawskim

Panie profesorze, jak pan zareagował na wynik wyborów prezydenckich?
– Pomyślałem, że wyborcy wystawili rachunek Platformie Obywatelskiej. Nie dlatego, że rządzi za długo, lecz z powodu coraz większego rozmijania się z oczekiwaniami społecznymi.
Mimo wszystko to fenomen, że samodzielny polityk z bogatym życiorysem i ogromnym bagażem doświadczeń w kierowaniu państwem przegrał z osobą z głębokiego zaplecza Prawa i Sprawiedliwości, której dorobku i dokonań prawie nikt nie zna. Jak to możliwe?
– Zwycięstwo Andrzeja Dudy obrazuje stopień determinacji, wkurzenia czy wręcz desperacji części wyborców. Mieliśmy do czynienia z niezwykle silną zbiorową reakcją emocjonalną: każdy, byle nie Bronisław Komorowski, jakakolwiek zmiana, byle nie to, co jest. Platforma wpadła w pułapkę triumfalizmu. Politykom po zdobyciu władzy i dłuższym jej sprawowaniu wydaje się, że ich pięć minut będzie trwało wiecznie. Szybko przyzwyczajają się do stanowisk, gabinetów, prestiżowych tytułów. Zajmują się swoim statusem, a nie problemami społecznymi. To samo zjawisko obserwowaliśmy, gdy rządził Sojusz Lewicy Demokratycznej – prawie wszyscy główni politycy tej formacji zostali ludźmi establishmentu, bywalcami salonów, a nawet pełnymi samozadowolenia celebrytami. Elity władzy prą do stabilizacji, ale ich działanie ma skutek zupełnie odwrotny – w społeczeństwie co pewien czas odżywa pragnienie wywrócenia stołów i krzeseł, przepędzenia zasiedziałych dygnitarzy.

Budapeszt w Warszawie

Mam wrażenie, że zwycięstwo Andrzeja Dudy zaostrzyło apetyt Jarosława Kaczyńskiego na spełnienie obietnicy „Budapesztu w Warszawie”. Pałac Prezydencki może się okazać ważnym przyczółkiem w walce nie tylko o zdobycie takiej liczby miejsc w Sejmie, która wystarczy do stworzenia przez PiS rządu, ale także o uzyskanie – wspólnie z prawicowymi koalicjantami – większości konstytucyjnej pozwalającej dokonać tak jak na Węgrzech zmian o charakterze autorytarnym.
– Z całą pewnością o tym marzą Jarosław Kaczyński i jego środowisko. PiS i jego prawicowi sojusznicy to przecież nie gołąbki, choć na użytek wyborów potrafią być uosobieniem poczciwości. W roli dywersanta rozmontowującego dotychczasowy układ wystawiono osobę mało znaną i niekojarzoną z IV RP. Do opinii publicznej nie przebiły się informacje o tym, że Andrzej Duda należał do zagorzałych orędowników tego projektu, był wiceministrem w resorcie sprawiedliwości kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę, firmował autorytarne w istocie ustawy lub projekty ustaw. Wyborcom ukazano człowieka sympatycznego, energicznego, otwartego, szanującego rywali, gotowego do dialogu, unikającego epitetów charakterystycznych dla narracji pisowskiej. Aby wzmocnić ten przekaz, schowano Jarosława Kaczyńskiego i wycofano religię smoleńską z arcykapłanem Antonim Macierewiczem. Ściszyło głos wojownicze skrzydło Kościoła, który zwykle agituje, piętnuje, straszy. Zrobiono wszystko, by nie obudzić wyborców laickich, lewicowych i liberalnych, by nie przestraszyć powrotem IV RP.
Jarosław Kaczyński pięć lat temu też próbował uśpić wyborców.
– Już wtedy było widać, że ta taktyka przynosi pożytki. I z pewnością zostanie powtórzona w wyborach parlamentarnych – chyba że kogoś poniesie oszołomny temperament.
Czy PiS wraz ze zwolennikami Pawła Kukiza, który jest jeszcze radykalniejszy niż partia Jarosława Kaczyńskiego, może uzyskać zdecydowaną większość w parlamencie? Czy Polacy wybiorą Budapeszt?
– Nie da się tego wykluczyć. PiS ma szansę nawet na podwojenie stanu posiadania, idąc do wyborów pod hasłami nie IV RP, rozliczeń i rewanżu, lecz umiaru i dialogu społecznego. Jeśli Kukiz zdoła uformować własny ruch, co nie jest jeszcze oczywiste, pojawi się w Sejmie „języczek u wagi” i będzie to wartość dodana prawicy.
Kukiz wejdzie w koalicję z Kaczyńskim?
– Niekoniecznie. Nie zdziwiłbym się, gdyby PiS – mając dość sił do stworzenia rządu – zrezygnowało z tej koalicji. Jarosław Kaczyński mógłby wypróbować inny manewr taktyczny. On lub desygnowany przez niego premier przybrałby oblicze człowieka łagodnego, otwartego na kompromisy, zmuszonego jednak do wysłuchania głosu ludu i Kościoła, ustępowania pod ich naciskiem. Wtedy rząd wprowadzałby rozwiązania o charakterze antydemokratycznym, rozliczeniowym – ale „na żądanie społeczne”, z powołaniem się na wezwania kukizowców, Kościoła, Rodziny Radia Maryja, siłę prawicowych manifestacji. Nie takie numery politycy potrafią robić. Są rządy – być może w Polsce też do tego dojrzejemy – które potrafią inspirować demonstracje przeciwko sobie, by uzyskać mandat społeczny, wręcz nakaz podejmowania decyzji w konkretnych sprawach. Rząd nie może przecież ignorować masowego domagania się rozliczeń, zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, zakazu in vitro, zwalczania homoseksualizmu czy „ideologii gender”. Po cichu postara się o taki koncert życzeń.

Teoria spiskowa wróci

Premier Viktor Orbán – naciskany przez jeszcze bardziej prawicowy niż Fidesz Jobbik – zapytał niedawno obywateli, czy czasem nie chcą zaostrzenia polityki imigracyjnej i przywrócenia kary śmierci…
– Ugrupowanie Kukiza mogłoby być dla PiS takim Jobbikiem – znakomitą przykrywką pozwalającą zrobić to, czego samemu nie bardzo wypada inicjować. Kukiz byłby bardzo wygodny dla PiS, pozwoliłby partii Jarosława Kaczyńskiego przedstawiać się jako siła umiarkowanie prawicowa, kulturalna, wręcz demokratyczna i dlatego niemogąca ignorować opinii i głosu obywateli.
Z tego głosu złoży się tekst konstytucji IV RP przygotowanej przez PiS w 2005 r., który zaczyna się od słów: „W imię Boga Wszechmogącego!” i opisuje państwo autorytarne o tożsamości antykomunistycznej.
– Trudno uznać za przypadek, że nazajutrz po zwycięstwie prezydent elekt składał wieniec pod tablicą ofiar Polski Ludowej. To bardzo czytelny sygnał, że szeroki uśmiech Andrzeja Dudy, rozdawanie kawy i opowieści o dialogu mają uśpić wyborców.
Pretekstem do wizyty Andrzeja Dudy na Rakowieckiej była rocznica śmierci Witolda Pileckiego, którego Bronisław Komorowski uhonorował pośmiertnie Orderem Orła Białego oraz awansem na pułkownika. Prezydent przejął od Lecha Kaczyńskiego projekt ustawy o Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, którzy są ikoną dla prawicowych zwolenników Kukiza.
– Bezkrytyczne, nieselektywne hołdy i ukłony w tym kierunku, podobnie jak totalne ignorowanie żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego w rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem, zaszkodziły obecnemu prezydentowi, Platformie oraz środowisku dawnej Unii Wolności, które z jednej strony ostrzega – jak to robi Adam Michnik – przed jaskiniowym antykomunizmem, a z drugiej próbuje oswoić owych „żołnierzy wyklętych”, przedstawiając ich jako bohaterów. To ślepa uliczka. „Gazeta Wyborcza” ani PO nie przelicytują prawicy w kulcie „żołnierzy wyklętych”, w nagrodę otrzymują tylko cykl publikacji o „resortowych dzieciach”.
W przeciwieństwie do 2005 r., a wtedy PiS zapowiadało dekomunizację i rozliczenie układu, ale też miliony miejsc pracy i mieszkań, w kampanii prezydenckiej Andrzej Duda skupił się na chlebie. Jego sztandarowym hasłem stało się obniżenie wieku emerytalnego. Nie obiecywał igrzysk. Ale mając władzę, znacznie łatwiej wykorzystywać igrzyska, niż spełniać kosztowne obietnice. Rządząc, PiS zniosło próg podatkowy dla najwięcej zarabiających i – co jest ewenementem w świecie – podatek od spadku.
– To rutynowa praktyka: najpierw składa się obietnice, by zdobyć władzę, a gdy ten cel zostaje osiągnięty, wskazuje się kogoś, kto jest winny, że obietnic nie można dotrzymać. Wszystko przez wrogów, dywersantów, układ. Dlatego najpierw trzeba znaleźć i rozliczyć winnych. W rzeczywistości to igrzyska zamiast chleba. Teorie spiskowe – jestem tego pewien – po zwycięstwie PiS zostaną przywołane jako narzędzie bieżącej polityki. Odżyje ideologia układu.
Nie będzie z tym kłopotu, bo znaczna część wyborców Andrzeja Dudy – także ci najmłodsi – jest najbardziej podatna na teorie spiskowe.
– Ci ludzie nie mają doświadczeń życiowych, swoją wiedzę i przekonania wynieśli z owładniętej ipeenowskim duchem szkoły oraz konserwatywnego Kościoła. Jeśli interesują się polityką, sięgają po media przepojone ideowym żarem. Takie są głównie media prawicowe. Prawica od 10 lat konsekwentnie buduje swoje media, wspiera ją Radio Maryja, Telewizja Trwam, środowisko tzw. niepokornych dziennikarzy piszących do ok. 10 dzienników i tygodników, które mają rzesze wiernych odbiorców. Tymczasem prasa lewicowa, a nawet liberalna, więdnie. Establishment PO, podobnie jak eseldowski, bardzo krótkowzrocznie zadowala się nalotem na media publiczne. Pod tym względem mentalność polityków PO i SLD jest bliźniaczo podobna. Poza wyjątkami uważają oni, że wszystko trzeba robić jak najtaniej. Po co wykładać ciężkie pieniądze na wydawnictwa prasowe i książkowe, na rozgłośnie i telewizję o określonym profilu ideowym, skoro można obsadzić z klucza partyjnego media publiczne? Po zwycięstwie Prawo i Sprawiedliwość, formacja dysponująca prywatnymi mediami o dużej sile rażenia, sięgnie także po media publiczne. Platforma, podobnie jak Sojusz, zostanie z ręką w nocniku.

Szowinizm klasowy

Czy Platforma może się rozpaść?
– Nie wykluczam, choć nie stanie się to teraz, bo zagrożenie konsoliduje. PO ma o co walczyć i czego bronić: nie tylko stanowisk, lecz także honoru i godności, a nawet osobistej wolności.
No właśnie. W 2005 r. dojście do władzy PiS było zrozumiałe – poprzedzone zostało ogromnym rozczarowaniem rządami lewicy, aferami, wysokim bezrobociem, frustracją, bólem transformacji. Teraz Polska jest w dobrym stanie, w ciągu 10 lat członkostwa w UE nasz udział w unijnym PKB wzrósł z 2,1% do 3%. Dlaczego więc grozi nam recydywa IV RP?
– Platforma, podobnie jak wcześ­niej Leszek Miller, nie wyciągnęła wniosków z historii. Miller był święcie przekonany, że społeczeństwo będzie mu dozgonnie wdzięczne za wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej, a PO – pewna masowego poparcia w kolejnych wyborach za załatwianie i przerabianie unijnych miliardów. Takie myślenie jest naiwne. Wyborcy traktują owoce działalności polityków jako coś naturalnego, co im się należy. Kiedy z Unii napłynęły euro, ludzi zaczęło interesować nie to, ile Platforma tych pieniędzy pozyskała, lecz ile zmarnowała. Przypomnijmy też paradoks sformułowany przez Alexisa de Tocqueville’a: rewolucja wybucha nie wtedy, gdy jest najgorzej, lecz gdy się poprawia, ale nie na miarę wzbudzonych oczekiwań.
Nadchodzi rewolucja?
– Może nie rewolucja, ale z całą pewnością ostry protest. Nie zapominajmy o rzeszy ludzi, których nie objęła poprawa sytuacji. Oni nie zostali dopuszczeni do tortu. Co z tego, że wokół są autostrady, a deweloperzy budują imponujące apartamentowce, skoro to wszystko jest nie dla nich. Elity PO zgubiło takie oto myślenie: owszem, są ludzie, którym się nie wiedzie, jednak można ich lekceważyć, bo stanowią mniejszość. Bezrobotni, a tym bardziej bezdomni, nie zorganizują się. Optymizm PO przed wyborami prezydenckimi opierał się na założeniu: choć wielu ludzi zawied­liśmy lub oszukaliśmy, większość jest zadowolona i to w zupełności wystarczy nam do zwycięstwa. Nie wystarczyło.
W opublikowanym niedawno raporcie OECD zwrócono uwagę na szybki wzrost nierówności dochodowych i majątkowych w krajach należących do tej organizacji. Mamy problem nie tylko z prekariatem, ale także ze słabnącą klasą średnią.
– To prawdziwe źródło zagrożenia dla systemu. O ile dawniej główną siłą antysystemową byli proletariusze, bezwstydnie wyzyskiwani ludzie pracy najemnej, o tyle obecnie – co potwierdza się w Grecji i w Hiszpanii, a teraz w Polsce – jest nią, obok prekariuszy, sfrustrowana klasa średnia.
Od początku lat 90. powtarzano, że klasa średnia to główny filar stabilności systemu.
– Przestała nim być, bo straciła pewność wysokich dochodów oraz stabilnej sytuacji zawodowej. Niepewność i strach drobnych przedsiębiorców oraz lemingów podkopują system. Już kiedyś powiedziano, że najgroźniejszy dla kapitalizmu jest wściekły drobnomieszczanin. On wprawdzie gardzi proletariuszem, bo uważa się za kogoś lepszego, ale równocześnie szlag go trafia, gdyż sam czuje się wyzyskiwany przez plutokrację: wielkie korporacje, bankierów i urzędy podatkowe. To nie przypadek, że Janusz Korwin-Mikke ma takie wzięcie. Wszystko zdaje się proste: za mało zarabiamy, bo jest za dużo urzędników i płacimy za wysokie podatki. Wystarczy więc zwolnić urzędników, obniżyć podatki, znieść przymusowe ubezpieczenia, a wtedy dochody nam wzrosną, będziemy mogli sami kupić sobie wizytę u lekarza i odłożyć pieniądze na emeryturę. Wiele osób – także z elektoratu Kukiza – kupiło ten sposób myślenia. Jesteśmy świadkami mentalnej pseudorewolucji w wydaniu drobnomieszczańskim.
To charakterystyczne, że polscy wkurzeni – w przeciwieństwie do greckich czy hiszpańskich – nie odwołują się do tradycji ruchu robotniczego.
– Nie odwołują się także do Solidarności ani do Samoobrony. Wielu oburzonych Kukiza to osoby o mentalności autorytarnej i egoistycznej. Oni wcale nie są przeciwni kapitalizmowi. Oburza ich to, co uważają za biurokratyczny socjalizm, a przypisują go także rządom Platformy.
Paweł Kukiz przed wyborami zaprzyjaźnił się z Januszem Korwin-Mikkem, teraz zaś za największego sojusznika uważa Kongres Nowej Prawicy.
– To nie przypadek. Ich pogląd na świat jest prosty jak drut. Trzeba wszystko wziąć za mordę, pogonić darmozjadów, wdrożyć zasady socjaldarwinizmu: dość ratowania nieudaczników, ludzi, którzy są balastem dla budżetu. W społeczeństwie nie ma miejsca dla tych, którzy sobie sami nie radzą. Powinni zniknąć z ulic, by nie psuć widoku.
Fidesz poprawiał estetykę węgierskich miast ustawą zakazującą bezdomnym pojawiania się na ulicach…
– I u nas to narasta. Zanika poczucie empatii i solidarności, w dobrym tonie jest skrajny indywidualizm. Powraca nawet szowinizm klasowy – pogarda tych, którym się powiodło, dla tych, którzy mają byle jaką pracę, byle jakie mieszkania i samochody.
To wszystko mógł powiedzieć w czasie kampanii prezydenckiej kandydat lewicy.
– Andrzej Duda demonstracyjnie spotkał się z szefami Solidarności i OPZZ. Mniejsza o szczerość jego intencji czy instrumentalny charakter tego gestu, ale zdumiewa fakt, że na podobny pomysł nie wpadła Magdalena Ogórek ze swoim sztabem. Kandydatka lewicy odwoływała się nie do ludzi pracy najemnej, lecz do klasy średniej, przedsiębiorców.
Czy SLD może mieć jeszcze jakiś udział w zatrzymaniu pochodu autorytarnej prawicy, czy też jesteś­my skazani na szukanie oparcia w Platformie?
– Może Pan Bóg zatrzyma?
Zgodnie z listem Episkopatu skierowanym do Andrzeja Dudy Pan Bóg jest po stronie PiS.
– SLD musi zatem wziąć się do roboty. Partia po kompromitującej klęsce wyborczej powinna dokonać szczerego rozrachunku, przyznać się do błędów i zaniechań, przełamać sekciarstwo i zakończyć wojnę na lewicy. Prawicowe media rozgrywają polityków lewicy jak dzieci, grając na ich próżności i zachęcając do wzajemnego publicznego obrzucania się błotem. Trzeba postawić na konsolidację, sięgnąć do zarzuconych tradycji ruchu robotniczego i obudować partię całą siecią organizacji społecznych – oświatowych, kulturalnych, spółdzielczych.
To trwa latami, a wybory są w październiku.
– Nie ma powodu, by nie rozpocząć tej pracy już teraz. Nie brakuje środowisk lewicowych, klubów, stowarzyszeń, intelektualistów, ekspertów, publicystów. Tę rozproszoną bazę trzeba skonsolidować i zaktywizować. Ale nie przez zwołanie kolejnego marketingowego kongresu lewicy, z którego nic nie wynika. Konieczna jest cała seria otwartych spotkań i debat programowych oraz porozumień. W szerokim sondażu można by sporządzić listę problemów społecznych i oczekiwań zwolenników lewicy. Konieczny jest sojusz programowy i koordynacja działań z OPZZ. Kampania Dudy pokazała, jak bardzo procentują bezpośrednie spotkania z ludźmi, z kolei estradowy zmysł Kukiza dowiódł efektywności tradycyjnego wiecowania. Zdaniem fachowców, kandydat PiS swój sukces co najmniej w połowie zawdzięczał internetowi. Dlaczego większość portali o ogromnym zasięgu ma charakter prawicowy? SLD odgrażał się już siedem lat temu, że do młodzieży trafi przez internet. Do tej pory nie umie tego zrobić.
Być może dlatego, że samo narzędzie nie wystarczy – trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia. Jaki powinien być przekaz lewicy na wybory parlamentarne?
– Ograniczenie niesprawiedliwych nierówności społecznych. Obrona zdobyczy świata pracy, propozycje dotyczące płacy minimalnej, umów śmieciowych, systemu emerytalnego, opodatkowania krociowych zysków – zwłaszcza rentierskich i ze spekulacji. SLD ani ta lewica, która na Sojusz się boczy, nie wygra dziś walki politycznej na płaszczyźnie światopoglądowej, bo racjonalizm, antyklerykalizm i libertynizm to fas­cynacje niszowe. Program powinien być skierowany przede wszystkim do tych, którzy potrzebują aktywnego państwa i bezpieczeństwa socjalnego. Jeśli lewica to odpuści, nie wygra z nikim.


Nadchodzi zmiana czy tylko wymiana na swoich?

Prof. Aleksander Hall, historyk, nauczyciel akademicki
Uważam, że w tej chwili na fali zwycięstwa Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich możliwe jest, że PiS wygra także wybory parlamentarne. Czy wygra na tyle, by stworzyć trwały rząd, tego nie wiemy. Nie wiemy też, czy Andrzej Duda wyrośnie na tyle, by się usamodzielnić politycznie, by być prezydentem wszystkich Polaków. Czy może z braku przekonania albo charakteru podporządkuje się hierarchii obowiązującej w PiS. Pytanie pozostaje otwarte.

Włodzimierz Cimoszewicz, senator, były premier
Nadchodzi zmiana. Pytanie, czy na lepsze. Po pierwsze, co całkowicie naturalne, nadchodzi zmiana generacyjna. Tak być musi, trzeba to zrozumieć i pogodzić się z tym. Zapowiadając koniec swojej działalności politycznej, kieruję się także tą prawdą. Po drugie, ewidentnie dobiega końca pewien cykl rozwojowy Polski. Czas na nowe zdefiniowanie celów. Punktem odniesienia przestaje być rzeczywistość sprzed 1989 r., zastępowana przez to, co jest dzisiejszym stanem rzeczy w kraju i w Europie. To wielki zwrot, który nie będzie przebiegał gładko. Wstrząsy już czuć, a będzie ich więcej. Po drodze będą schodzić ze sceny ludzie, partie, programy. Przyjdą nowi ze swoimi pomysłami. Często nieprzygotowani do takiej odpowiedzialności, ale to nic nowego. W najbliższym czasie dojdzie do tego zapewne zmiana polityczna, ponieważ – jak widać – po porażce w wyborach prezydenckich Platforma nadal nie rozumie w pełni tego, co się wydarzyło, i nie wie, co robić. Wahadło społecznych sympatii i antypatii ciągle się wychyla w odwrotnym kierunku.

Prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog, PAN
Jestem przekonana, że nastąpi realna zmiana. Nie chciałabym, aby upartyjniono państwo, ale by realizowano to, co prezydent elekt zapowiadał. Więcej uwagi poświęcać polskiej racji stanu w kwestiach zagranicznych, więcej namysłu przykładać do stanowienia prawa i oczywiście spełnić wszystkie obietnice materialne, dotyczące stosunku pracy, poziomu płac, polityki podatkowej, ale w taki sposób, by nie zablokować rozwoju państwa. Oczywiście to powinno być przeprowadzane przez zespół ludzi oddanych i kompetentnych, z czym poprzednia ekipa miała problemy. Sam prezydent przecież nie jest specjalistą od wszystkiego i musi się wspomagać wiedzą fachowców.
Dr Andrzej Olechowski, jeden z założycieli PO, były szef MSZ
Ewidentnie w Polsce jest apetyt na zmiany. Problem w tym, że oferta zmian płynie tylko ze środowisk radykalnych i populistycznych. Co będzie dalej? Wiele zależy teraz od postępowania polityków centrum, liberalnych i lewicowych, którzy na razie wyglądają na pozbawionych inicjatywy i wigoru. Jeśli się nie obudzą, dostaniemy wyłącznie propozycje radykałów i populistów i wtedy wszystko zależy od wyborców. Jeśli ludzie na nich zagłosują, to tak będą mieli.

Dr Błażej Poboży, politolog, UW
Na pewno zmiana, czego wyrazem jest nie tylko wygrana kandydata opozycji w drugiej turze, ale także procent wyborców głosujących na kandydatów, powiedzmy, antysystemowych, na czele z Pawłem Kukizem. Głosy oddane na tego kandydata nie były ani za JOW-ami, ani za samym Kukizem, ale za jakąś głębszą zmianą. Młodzi wyborcy przyczynili się do sukcesu Kukiza, choć sami nie za bardzo potrafią sobie wyobrazić tę zmianę. Perspektywa wyborów parlamentarnych jest bardzo bliska i teraz nie zweryfikujemy rezultatów zmiany. Ale już od pewnego czasu, od wyborów do Parlamentu Europejskiego, widać, że młodzi Polacy jej oczekują i że ich preferencje znacznie się różnią od preferencji starszych grup wiekowych.
Prof. Krystyna Skarżyńska, psycholog społeczny, PAN
Zmiana polityki z liberalnej na nieliberalną jest spodziewana i budzi niepokój osób, które dobrze sobie radzą w dzisiejszej Polsce i pamiętają, co się działo, gdy rządziło PiS. Jest jednak oczekiwana przez znaczną część elektoratu Dudy. Niektórzy chcą jej, dlatego że demokracja oznacza dla nich państwo narodowo-katolickie, a nie demokratyczne procedury, inni – bo oczekują państwa opiekuńczego. Nie wiadomo dokładnie, jakiej zmiany chcą młodzi ani czy nowy prezydent zechce i potrafi taką zmianę wspierać. Jeżeli jednak młodzi dostrzegą raczej polityczny odwet i wymianę stołków między kolegami z PO i PiS – załatwią ich internetem. Pokazali, że to potrafią.

Krzysztof Daukszewicz, satyryk
Nie wiem. To w tej chwili trochę wróżenie z fusów. Nie wiemy, co się wydarzy do wyborów parlamentarnych, czy będzie jeszcze PO i SLD. Kto przeżyje trzęsienie ziemi. Na pewno przyjdzie nowa ekipa do Pałacu Prezydenckiego. Nie ma takiej siły, by prezydent trzymał przy sobie prof. Nałęcza.

Not. BT

 

Wydanie: 23/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy