Archiwum
Winny jestem losowi wdzięczność
Nagroda krytyków teatralnych dla Mirosława Baki
Marka artystyczna Mirosława Baki jest stała i podkreślana przy okazji niemal każdego nowego spektaklu teatralnego. Aktor prawie 40 lat udowadnia, że jego wymagający zawód może być najwyższej próby, a rzemiosło w tym zawodzie w jego wykonaniu to klasa sama w sobie.
Hamlet wiele wytrzyma
Dojście do takiego poziomu, jaki dzisiaj prezentuje Baka, to lata różnych doświadczeń, wyrzeczeń, upadków w sensie dosłownym i przenośnym, ale przede wszystkim wielu znaczących sukcesów. Od tych ostatnich mogło zawirować w głowie, ale nie zawirowało, choć artysta dość odważnie przyznaje, że bywa próżny. Wielką radość sprawił mu album wydany z okazji 50-lecia festiwalu w Cannes, gdzie jest jego zdjęcie z pokazywanego tam w maju 1988 r. słynnego „Krótkiego filmu o zabijaniu” w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. Jednak owej okolicznościowej „próżności” nie zauważyłam na scenie. A mam to szczęście, że mogę obserwować od początku teatralne zmagania Mirosława Baki, a i filmowe i telewizyjne nie są mi obce.
Kiedy się spotkaliśmy? W Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, w pierwszym sezonie Mirka Baki w tym zespole, a więc był to rok 1988. Oczywiście nie od razu zauważyłam jego wielkie możliwości sceniczne. Szczupły (do dzisiaj), wysoki blondyn, o chłopięcej aparycji, skupiony i uśmiechający się z pewną nieśmiałością, nie brylował w zespole, w którym prym wiodły gwiazdy. Ale usłyszałam już wtedy tembr głosu, który łatwo było mi zapamiętać. Dusza radiowca jest we mnie do dzisiaj.
Kiedy polska sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT) działająca przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP jednogłośnie, bez jakichkolwiek wątpliwości uznała – choć krytycy teatralni, jak wiadomo, miewają różne zdania – że Nagroda im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego za wybitne osiągnięcia aktorskie w dziedzinie sztuki teatralnej powinna trafić właśnie teraz do Mirosława Baki, z radością przyjęłam propozycję wygłoszenia laudacji. Było to uhonorowanie artystycznego dorobku niezapomnianego gdańskiego Hamleta, który zapewne jako jedyny artysta sceniczny doświadczył 200 ekstremalnych prób w ciągu dziewięciu miesięcy, nim w 1996 r. w Teatrze Wybrzeże doszło do premiery spektaklu w reżyserii Krzysztofa Nazara. Przygotowania okazały się prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości fizycznej i artystycznej. Po kilku latach (2000) doszła jeszcze tytułowa rola w „Ryszardzie III”, również w reżyserii Nazara. Przedstawienie to określano jako „oddziałujące na wszystkie zmysły widzów”, choć nie dyskutowano o nim tak zażarcie jak o „Hamlecie”.
O tych dwóch realizacjach Mirek Baka napisał pracę magisterską (nieco spóźnioną, bo powstała ona 25 lat po zakończeniu studiów we wrocławskiej PWST), którą zadedykował reżyserowi.
Krótkie CV Bakersa
Mirosław Baka ma 62 lata. Urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, a miasto dumne z dokonań byłego mieszkańca uczyniło go w ubiegłym roku honorowym obywatelem. Rodzinnie nie miał kontaktów teatralnych. Mama pracowała w kiosku, tata i dziadek w hucie, a on chętnie spędzał swój młodzieńczy czas z dziadkami i pradziadkami. W Ostrowcu pobierał pierwsze ważne nauki. Był aktywnym harcerzem, doszedł do stopnia podharcmistrza, ale również demonstrował indywidualność kontestatora i zdarzało mu się obrywać za brak pokory. Przywiązanie do własnych zasad i „bycia sobą” stanowiło jego kredo nie tylko w tamtych latach.
Przez jakiś czas trenował w Ostrowcu w drużynie piłki wodnej. Był także gorącym kibicem kobiecej drużyny siatkówki w swoim liceum. Pisał wiersze dla wybranych koleżanek… i doświadczał młodzieńczej fascynacji teatrem. W podstawówce recytował wiersze na apelach i w konkursach, w liceum rozśmieszał w szkolnym kabarecie. Po maturze do szkoły teatralnej w Warszawie (dzisiejszej Akademii Teatralnej) dostał się bez problemów, ale po pierwszym roku wyrzucił go rektor Andrzej Łapicki, ponoć za namową pani Mai Komorowskiej, bo uznali, że nie jest odpowiednim „materiałem” na aktora. Łapicki określił to po latach jako swój „błąd pedagogiczny”, a Baka uważał, też po latach, że ten zimny prysznic porażki był ważny. Zaczął więc naukę w różnych szkołach policealnych w Ostrowcu: m.in. elektrycznej, wychowania przedszkolnego, był też ratownikiem w pogotowiu. To doświadczenie uważa za nader cenne, bo na jednym dyżurze mogła się zdarzyć kondensacja wielu emocji, które są tak ważne w zawodowym doświadczeniu aktora.
Drugie podejście do aktorstwa to wydział zamiejscowy krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Tę uczelnię skończył bez problemu. Na pierwszym roku oficjalnie zadebiutował w filmie Mirosława Borka „Daleki dystans” (1985), na drugim zagrał w serialu „Ballada o Januszku”, a na trzecim
Adwokat pilnie poszukiwany
Skazany za oszustwa były olsztyński mecenas prawdopodobnie uciekł do Dominikany
O tej sprawie pisaliśmy kilkakrotnie. To na naszych łamach już w 2017 r. został nazwany „czarną owcą palestry”, a podsumowaniem tego cyklu stał się tekst „Krótka kariera mecenasa oszusta” („Przegląd” nr 49/2021). Wtedy były adwokat został skazany na cztery lata pozbawienia wolności, 80 tys. zł grzywny i zakaz wykonywania zawodu prawnika przez 10 lat. Sąd w Ostrołęce skazał też jego rodziców, którzy pomagali w naciąganiu ludzi przez przedstawiciela zawodu zaufania społecznego. Krzysztof K. miał wtedy 41 lat. Trzy lata później Sąd Apelacyjny w Białymstoku zatwierdził wyrok, ale po połączeniu spraw, które rozpatrywały jeszcze inne sądy, K. miał do odsiadki aż osiem lat. A że wcześniej zaliczył już dłuższy areszt, pozostało mu do odsiedzenia około sześciu lat. I wtedy zniknął bez śladu.
Karierę prawniczą zaczynał z rozmachem. Kręcił się w świecie lokalnego show-biznesu, zasiadając np. w jury konkursu Miss Warmii i Mazur. Jednak już wcześniej dał się poznać jako adwokat, którego stać na wszystko. Jeszcze jako aplikant zajmował się sprawą spadkową 50-letniej Agnieszki Sz. z okolic Olsztyna,
Rewolucja ambicji
Jak zmienia się Polska?
(…) O ile wybory parlamentarne i prezydenckie w 2015 r. naprawdę wpisały się w spór o zakończenie transformacji i wejście w nową epokę, o tyle używanie tej samej optyki do oceny wyborów w 2025 r. wymazuje oczywisty fakt: Polska już się z transformacją rozliczyła i poszła dalej. Jak odnotował autor książki „Transnaród” Jacek Sokołowski, w ciągu dwóch kadencji PiS „wypalił się zasadniczy podział, wokół którego organizowała się polska polityka, czyli na beneficjentów i malkontentów transformacji. Ci drudzy zostali dowartościowani, zarówno symbolicznie (tym można tłumaczyć np. inwazję disco polo w telewizji Kurskiego), jak i materialnie. A kiedy się wzbogacili i kiedy się zorientowali, że nie są wcale gorsi niż ci w miastach, zaczęli zbliżać się do nich także w kwestii wzorców kulturowych”. (…)
Kolejne wydarzenia po 2022 r. – pandemia, wojna, inflacja – pokazały z kolei bardzo realne zagrożenia dla nowo odkrytych rozkoszy konsumpcji i powiększających się dochodów. Marcin Duma twierdził dalej: „Jest w nas zaszyty lęk o rodzinę, o portfel, o miejsce pracy, o to, czy będziemy mogli sobie pozwolić na zagraniczne wakacje i polecieć tam samolotem. Jesteśmy w innym miejscu niż kiedyś, więc martwimy się o to, byśmy nie stanęli w miejscu. Skoro już dogoniliśmy świat, to ciśnijmy dalej (…). Niemniej najważniejsze jest to, że tak jak kiedyś Polską rządził podział na ludzi, którzy po 1989 r. zyskali na transformacji, i tych, którzy stracili – tak dzisiaj rysuje się nam podział na tych, którzy wyszli zwycięsko z tej walki pandemiczno-inflacyjnej oraz tych, którzy nie mają takiego poczucia. Podział na Polskę liberalną i Polskę solidarną już nie organizuje nam życia”.
Kwestią o rosnącym znaczeniu politycznym są aspiracje i możliwość ich realizowania. Zarówno na poziomie indywidualnym – chcemy dużo kupować, cieszyć się życiem i nie bać się o jutro – ale i w niemniejszym stopniu na poziomie państwowym. Dziś chcemy widzieć napawające nas dumą sukcesy i wysokie aspiracje polityków, których wybieramy. To by tłumaczyło, dlaczego Karol Nawrocki jako człowiek wielkiego społecznego awansu reprezentuje sobą bardzo pociągający archetyp i budzi sympatię milionów Polaków. Ale to niejedyna rzecz, jaka różni wybory z 2023 i 2025 r. od tych z, dajmy na to, 2005 i 2015. Starcie ofiar i wygranych transformacji ustąpiło innym podziałom.
Jeśli był jakiś jeden motyw przewodni, który dałoby się wyczytać z ostatniej kampanii prezydenckiej, to byłby nim (oprócz aspiracji) temat ochrony majątku czy dobrobytu. Doskonale wpisywał się on w nakreślony przez Marcina Dumę emocjonalny podział. Mamy tych, którzy czują się spokojni albo uważają,
Fragment książki Jakuba Dymka Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska, Wydawnictwo Port, Warszawa 2026
Podpisze czy nie?
Radosław Sikorski co najmniej trzy razy dogadywał się z Andrzejem Dudą w sprawie ambasadorów – ze skutkiem śladowym. Prezydent podpisał nominacje niewielkiej grupie, ale zdecydowanie większej – nie podpisał. I tyle.
Teraz podobne rzeczy dzieją się z Karolem Nawrockim. Owszem, słyszało się różne newsy – że Nawrocki dostanie pakiet „swoich” ambasadorów albo że Sikorski wycofa Bogdana Klicha z Waszyngtonu i Ryszarda Schnepfa z Rzymu. I że to będzie początek współpracy. Ale na spekulacjach się skończyło.
Potem pojawiła się informacja, że powstanie specjalny zespół, który sprawy ambasadorów będzie uzgadniał z urzędnikami Kancelarii Prezydenta. A z ramienia MSZ działać w nim będzie Henryka Mościcka-Dendys. I to jest ciekawe. Otóż Henryka Mościcka-Dendys, dziś dyrektor generalna MSZ,
Nie ma tabletki na samotność
Seniorów zostawia się na pastwę śmierci za życia, a nastolatki cierpią na stany lękowe
– Zostawcie mnie na jeszcze jedną noc. Boję się, że umrę i nikt o tym nie będzie wiedział – prosi starsza kobieta w jednym z warszawskich szpitali. Z córką nie ma relacji. Nawet do głowy jej nie przychodzi, żeby „dziecko” ściągać z innego miasta.
Do tego samego szpitala dzwoni córka pacjentki i prosi, żeby mamę na jeszcze jeden dzień zostawić na hospitalizacji. Szpital wyraża zgodę. Po czasie okazuje się, że córka następnego dnia wylatuje na zagraniczne wczasy. Dobrze wie, że nikt matki nie wypisze w próżnię, jeśli ona jej nie odbierze.
Niezauważani
Praga-Południe. Mocno starsza pani, taka z rodzaju: świadoma i wykształcona. Bezdzietna. Po śmierci męża została zupełnie sama.
– Rozmawiałam z nią wielokrotnie, bo regularnie dzwoniła na nasz numer kontaktowy – opowiada Magdalena Rutkiewicz, prezeska fundacji Projekt Starsi, przeciwdziałającej przemocy wobec seniorów. – Kiedyś powiedziała, że najbardziej się boi wcale nie śmierci, boli tylko, że człowiek znika jeszcze za życia i nikt tego nie zauważa. Chodziła do lekarza, listonosz przynosił jej od czasu do czasu listy. To były jej jedyne kontakty. Myślę, że tak samotnych starszych osób jest bardzo dużo. Według badań ok. 30% cierpi na depresję – w geriatrii mówi się, że najpoważniejszą przyczyną depresji jest to, że ludzie są niezauważani. Jeżeli umiera ich partner lub jedyna bliska osoba z rodziny, zostają kompletnie sami i świat się nimi nie interesuje. Wszyscy jesteśmy zabiegani, każdy ma swoje sprawy.
Najbardziej drastycznym przykładem zniknięcia w zapomnieniu jest starsza pani z Legionowa, której ciało znaleziono w domu pięć lat po śmierci. Coraz więcej ludzi starszych mieszka samotnie i umiera samotnie. Powstały firmy specjalizujące się w sprzątaniu takich mieszkań…
Kodokushi – tak nazywa się problem samotnej śmierci w słynącej z długowieczności mieszkańców Japonii. Tam z roku na rok coraz więcej starszych osób umiera w samotności, bywa, że ich ciała są znajdowane po wielu miesiącach. W tejże Japonii seniorzy wielokrotnie popełniają drobne kradzieże,
Premier na najtrudniejsze czasy
Pomnik Tadeusza Mazowieckiego będzie symbolem III RP
Donald Tusk zaproponował budowę pomnika Tadeusza Mazowieckiego przed siedzibą rządu. – Postawmy mu pomnik, tu, przed Kancelarią Premiera, jego kancelarią – mówił. To znakomita inicjatywa, jedna z najlepszych w jego karierze politycznej. Dobra dla samego Tuska, bo pozwala mu wyjść z politycznej obłości i nijakości, która, jak pokazują sondaże, zupełnie mu nie służy.
W dzisiejszej polityce potrzebny jest sztandar, sens działania, potrzebni są bohaterowie. Koalicja 15 Października ich nie ma, to dlatego ulega prawicy, napastliwym atakom. Gdyby wiedziała, jakiej Polski chce, sama mogłaby narzucać ton. Ale przede wszystkim to inicjatywa dobra dla Polski. Tej obecnej i tej, która będzie. Dla nas samych.
Jako społeczeństwo jesteśmy zainfekowani kłótniami, coraz częściej traktujemy życie publiczne jako arenę wywoływania emocji, szczucia na aktualnych wrogów. Coraz częściej kierują nami emocje tłumu, bezustannie podpuszczanego przez żądnych władzy pseudopolityków. Sejm nie jest miejscem refleksji, ale awantur i swoistej rywalizacji, kto kogo mocniej obrazi. Pojawiają się nowe określenia: oburzing, zaoranie. To wszystko zwyczaje prymitywnej gawiedzi, której się schlebia.
Innymi słowy, polityka przestała być sztuką, stała się awanturą. Kto kogo. A refleksja, co z danych działań będzie wynikało, myślenie w kategoriach dłuższych niż najbliższa kampania zupełnie zanikły.
Możemy więc powiedzieć, że Tadeusz Mazowiecki do obecnej polityki nie pasuje, że to nie jego żywioł. Nie był demagogiem ani oszustem. Nie obiecywał gruszek na wierzbie. Nie dzielił, tylko szukał porozumienia. Myślał w kategoriach interesu Polski, a nie partyjnego. Nie obrażał, nie krzyczał – mówił spokojnie. Wierzył ludziom i dawał im szerokie pole do działania. I na tym polega jego siła.
Można długo wyliczać. Argumentów na potwierdzenie tezy, że Mazowiecki do dzisiejszej polityki nie pasuje, jest aż nadto. Rzecz w tym, że to nasz problem.
I dlatego Mazowiecki powinien mieć pomnik.
To będzie symbol. Przede wszystkim III Rzeczypospolitej. Tej, o której marzyły pokolenia – tolerancyjnej, będącej częścią Zachodu. Tej, w którą Mazowiecki nas wprowadził. Oczywiście nie sam, ale w tej grupie był sztandarową postacią. Poza tym symbol sposobu prowadzenia polityki: rozważnej, nieagresywnej i w końcu skutecznej. Symbol myślenia o Polsce. Warto to przypominać, bo widzimy, co dziś się dzieje.
Ale będzie to też symbol pokolenia. Tego doświadczonego wojną, a potem Polską Ludową. Państwem, które części dało wielką szansę, a taka zdarza się raz na wiele pokoleń. Ludzie ci zbudowali współczesne społeczeństwo, ulepili Polskę na nowo. I byli tą Polską czasem zachwyceni, czasem rozczarowani. Bo to była pół-Polska,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Prezydent to nie udzielny monarcha
Arogancka, arbitralna i nieprzewidywalna polityka Donalda Trumpa spowodowała, że w wielu miastach Ameryki obywatele wyszli na ulice z transparentami „No Kings”.
Minneapolis, spokojne miasto, które pamiętam z okresu studiów na University of Minnesota, stało się widownią ostrych protestów wywołanych brutalnością agentów ICE (Immigration and Customs Enforcement). Opór społeczny budzi też skrajnie prawicowa ofensywa ideologiczna. Składają się na nią m.in.: odrzucanie tzw. poprawności politycznej w imię „wolności słowa”, ograniczanie wiedzy o niewolnictwie (poprzez cenzurowanie ekspozycji muzealnych oraz programów uczelnianych), segregacji rasowej i postępowych organizacjach społecznych działających przeciw tym plagom. Treści te Trump uważa za „niepatriotyczne”. Badanie zmian klimatu i rozwój odnawialnych źródeł energii są zbywane inwektywami. Uczelnie, które nie chcą się poddać takiej narracji, karane są cofaniem dotacji federalnych. Uniwersytet Harvarda stracił 2,2 mld dol., Columbia – 400 mln (bezpośrednim powodem był brak reakcji uczelni na protesty i nękanie żydowskich studentów na terenie kampusu – przyp. red.).
Niedawno prezydent Trump zainicjował akcję przeciwko obecności w USA studentów zagranicznych, zwłaszcza chińskich. Tymczasem pieniądze pochodzące z czesnego chińskich studentów od lat były ważną pozycją w budżetach wielu amerykańskich uniwersytetów. W roku 2016 byłem profesorem wizytującym na University of Central Missouri, na którym studiowały osoby z 56 krajów. Rektor Charles Ambrose i dziekan Joseph Lewandowski mówili o licznych zabiegach w celu pozyskania studentów chińskich. Ci jednak wybierali czołowe uniwersytety, należące do Ivy League (Ligi Bluszczowej – przyp. red.). Uniwersytety stanowe ich nie interesowały. W czasie majowej wizyty Trumpa w Pekinie uzgodnione zostało z prezydentem Xi Jinpingiem poparcie dla wzrostu liczby studentów amerykańskich w Chinach oraz chińskich w USA. Jak będzie realizowane to uzgodnienie w praktyce – zobaczymy.
Arbitralnie podnoszone taryfy celne oraz wojna z Iranem spowodowały wzrost cen oraz poważne problemy w funkcjonowaniu małych i średnich przedsiębiorstw. Wzrost niezadowolenia można zauważyć nawet wśród gorliwych wyznawców trumpizmu. Na przykład Tucker Carlson,
Dr Andrzej Wilk jest nauczycielem akademickim i publicystą zajmującym się stosunkami międzynarodowymi, zarządzaniem oraz historią myśli politycznej
Paryska baśń Mai Chwalińskiej
Tak się już nie gra w tenisa?
To objawienie, iluminacja, fenomen – Maja Chwalińska podbiła świat sportu. Majomania zaczęła się w maju, jakżeby inaczej, ale pełną skalę osiągnęła z początkiem czerwca, kiedy już wszyscy chcieli osobiście przeżywać tenisową baśń o Kopciuszku. Dokonała się jedna z największych sensacji w historii polskiego sportu, jeden z najbardziej niezwykłych scenariuszy Wielkiego Szlema, a wszystko to za sprawą 24-latki z bielskiego klubu tenisowego.
Bielsko-Biała, celebrująca w tym roku status Polskiej Stolicy Kultury, za sprawą nieoczekiwanych eksplozji talentów Kacpra Tomasiaka na igrzyskach zimowych i Mai Chwalińskiej na kortach im. Rolanda Garrosa stała się prawdziwą stolicą polskiego sportu. Finał z Mirrą Andriejewą osiągnął w Polsce rekordową oglądalność, żaden z wielkoszlemowych finałów Igi, zresztą wszystkich zwycięskich, nie miał takiej widowni. To nie było nawet wyjście z cienia sławniejszej koleżanki, Chwalińska w Paryżu wychynęła z katakumb – aby zagrać w turnieju, musiała przejść trzyetapowe eliminacje, zaczynała szlema jako kwalifikantka z drugiej setki rankingu WTA.
Przez lata zmagała się z depresją, ale to „zawodowa” choroba perfekcjonistów. Chwalińska mówi, że rzadko bywa z siebie zadowolona w stu procentach. Zapytana o przyczyny nagłej eksplozji formy powołała się na 18 lat wysiłku, cierpliwości i wytrwałości. „Po prostu wreszcie kliknęło. Poziom mojego tenisa nie był tu jakiś nadzwyczajny w porównaniu z tym, co prezentowałam do tej pory. Bardziej wzrosła moja pewność siebie”.
Droga do finału wiodła przez ogranie mistrzyni olimpijskiej Zheng Qinwen (zdobyła medal właśnie na paryskich kortach), której Polka w drugim secie zafundowała bajgla (6:0), pokonanie doświadczonej Belgijki Elise Mertens (także drugi set do zera!), wyjście z kryzysu w meczu przeciw Greczynce Marii Sakkari (wygrana pomimo fatalnego początku – Maja przegrywała już 1:6, 1:2), pokonanie ulubienicy gospodarzy Diane Parry, doprowadzenie do frustracji primadonny Anny Kalinskiej (po porażce obszczekiwała Polkę, że ta umie grać tylko na mączce) i wygraną z Dianą Sznajder.
Tej bajki nie sposób było przewidzieć, sama Chwalińska nie była na nią przygotowana. Kolejne zwycięstwa powodowały, że pobyt się przedłużał, w pewnym momencie nie miała nawet pieniędzy na noclegi, na szczęście sponsor wykazał się refleksem i zapłacił. Jej rodzice żywili się przez trzy tygodnie tylko pizzą, bo kiedy ją zjedli przed pierwszym zwycięstwem Mai, uznali, że to dobry omen.
„Trudno się z tobą gra, dlatego że nie umiesz grać”,
Stracone pokolenie?
Francuski system edukacji wyższej ponosi właśnie sromotną klęskę
W 2025 r. we Francji ponad 20% osób poniżej 24. roku życia poszukiwało pracy – to najwyższy taki wskaźnik w całej Unii Europejskiej. A jeśli wziąć pod uwagę także ukryte bezrobocie, może on przekraczać 25%. Według oficjalnych informacji obecnie aż 21,5% aktywnych zawodowo młodych ludzi poszukuje pracy. W ostatnim kwartale 2025 r. odsetek bezrobocia w tej grupie wzrósł o 2,4 pkt proc. – znacząco w stosunku do ogólnego poziomu bezrobocia, które w tym samym okresie zwiększyło się jedynie o 0,2 pkt proc., osiągając w całym kraju 7,9%. Oznacza to, że pod koniec ubiegłego roku 742 tys. młodych ludzi pozostawało poza rynkiem pracy – o 126 tys. więcej niż rok wcześniej. Sytuacja z roku na rok się pogarsza – młodzi Francuzi, nawet po najlepszych uniwersytetach, nie mają perspektyw na pracę. W oczywisty sposób przekłada się to na nastroje społeczne i wzrost poparcia dla najbardziej skrajnych ugrupowań politycznych.
Upadły mit merytokracji
Problem bezrobocia młodych od lat pozostaje jednym z najbardziej palących wyzwań społecznych we Francji. Skala trudności, z jakimi mierzy się pokolenie wchodzące na rynek pracy, jest ogromna. Głównym tego powodem jest niepowodzenie systemu merytokracji, oznaczającej w założeniach republikański model społeczeństwa, w którym pozycja i sukces jednostki powinny zależeć od talentu, pracy i osiągnięć, a nie od pochodzenia czy majątku rodzinnego.
Cały francuski system oparty na grandes écoles, wielkich szkołach, takich jak Sciences Po (druga najlepsza uczelnia po Harvardzie), HEC Paris (prestiżowa szkoła handlowa) czy ENS (kształcącej przyszłych naukowców, badaczy, wyższą kadrę urzędniczą), oraz na wymagających konkursach republikańskich, przeprowadzanych na stanowiska w administracji publicznej, szkolnictwie czy innych działach sfery budżetowej, poniósł klęskę. Młodzi ludzie, którym udało się dostać na najlepsze uczelnie, byli i są karmieni wizją prestiżowej pracy po ukończeniu studiów. Merytokracja ma być dowodem na to, że wszystko jest możliwe – dla tych, którzy „odpowiednio się postarają” i „wykorzystają swoje szanse”.
Jednak narracja ta pomija wpływ pochodzenia na rozwój kariery i staje się narzędziem budowania poczucia winy – sugeruje bowiem, że brak sukcesu wynika przede wszystkim z niewystarczającego wysiłku jednostki, nie zaś z nierówności społecznych czy problematycznego rynku pracy. System, udając, że nagradza zasługi, w praktyce karze tych, którzy od początku mieli najmniejsze szanse.
Oto dlaczego ten mit się rozpada.
Bezrobotni po Sciences Po
Nie chodzi tu jednak tylko o „dobre urodzenie” czy inny rodzaj uprzywilejowania – obecnie nawet młodzi wywodzący się z zamożnych rodzin nie są w stanie znaleźć zatrudnienia. Problemem jest ogólna inflacja akademicka i umasowienie studiów, przy jednoczesnej deprecjacji i degradacji szkolnictwa zawodowego.
Marc, świeży absolwent kierunku finansowego na Sciences Po, tak podsumowuje problemy, z którymi mierzy się jego pokolenie: „Mamy do czynienia z upowszechnieniem dyplomów wielkich szkół, na niespotykaną skalę – przeszliśmy z wydawania kilkuset dyplomów rocznie do kilku, kilkunastu tysięcy – w finansach, inżynierii itd. Tymczasem miejsc pracy ubywa, a my mierzymy się z najgorszym od 30 lat kryzysem budżetowym”.
Marc wyjaśnia, że od kiedy zaczął poszukiwanie pracy, wysłał prawie 300 zgłoszeń. Jedynie na ok. 4% otrzymał odpowiedź umożliwiającą udział w rozmowie kwalifikacyjnej. W biurze pośrednictwa pracy (France Travail) spotkał się z niezrozumieniem i bezradnością – wśród urzędników niższego szczebla pokutuje bowiem przekonanie, że Sciences Po jest uczelnią prezydentów i premierów, której dyplom wyklucza bycie bezrobotnym. Jednak, jak przyznaje Marc, rozpoczęty proces rekrutacyjny daje spore szanse na otrzymanie oferty pracy. Według niego mniej więcej co druga rozmowa może się zakończyć sukcesem, ale dzieje się to kosztem długich i wyczerpujących procedur. Rekrutacje trwają często nawet dwa miesiące i obejmują od trzech do pięciu i więcej etapów rozmów – nawet na stanowiska juniorskie czy pierwszego szczebla.
„To nie jest rzeczywistość, którą nam obiecywano. Sprzedawano nam wizję, według której grande école automatycznie otwiera drogę do kariery, szybkiego wejścia na rynek pracy i prestiżowych stanowisk. A dziś nawet z dyplomem renomowanej uczelni trzeba walczyć o samą rozmowę kwalifikacyjną, a potem godzić się na bardzo długie i niezwykle selektywne procesy – nieraz po to, by otrzymać stanowisko znacznie niższe od tych, o które absolwenci tych szkół mogli się ubiegać jeszcze kilka lat temu”, w opinii Marca problem wykracza poza jego osobiste
Domostwo wędrowne
Płytko, dno i metr mułu – owszem, to umysłowość parlamentarzystów prawicy uosabianej przez „zwykłego Kowalskiego” i innych harcowników tej strony sali sejmowej, ale to także charakterystyka Jeziora Nezyderskiego, nad którym z początkiem czerwca przyszło mi się znaleźć. Dzieciak mój najmłodszy grał turniej na Węgrzech, zrobiła się okazja, by to i owo sobie pozwiedzać w Mitteleuropie.
Przyjaciel kupił niedawno kampera i przeżywa fazę zauroczenia domem na kółkach, nie trzeba go szczególnie namawiać do wypraw. To taki luksusowy nomadyzm za ćwierć miliona – idealny dla mizantropa sybaryty, no chyba że trafi się w sezonie na jedno z popularnych, gigantycznych obozowisk, gdzie setki rodzin turystycznych sąsiadują ze sobą przyczepa w przyczepę. Szczęśliwie połowę czasu spędziliśmy na pustych, prowincjonalnych parkingach bez żywego ducha (brak recepcji, wszystko automatyczne, na kody) i napawaliśmy się tym przenośnym dachem nad głową, który jest zarazem salonem, sypialnią, łazienką, kuchnią – takim trochę kompaktowym, kapsułowym M-1.
Kumpel smakosz, to mu zaproponowałem trasę wedle enoturystycznego klucza – od Carnuntum, apelacji, która wywindowała szczep Blaufränkisch w minionych dekadach na szczyt możliwości (to także zasługa ocieplenia klimatu), po Neusiedler See, krainę szlachetnej pleśni, gdzie powstają „austriackie tokaje”. Jezioro jesienią paruje wszechobecną mgłą, wilgoć powoduje pleśnienie winogron, z tych zrodzynkowanych robi się tutaj jedne z najlepszych słodkich win na świecie – Ruster Ausbruch. Rust to nadzwyczaj malownicze, zabytkowe miasteczko winiarzy i bocianów,








