Archiwum
Pociąg Gomoły do kasy
Adam Gomoła nie daje o sobie zapomnieć. Posłowanie w Polsce 2050 zaczął od afery. Było tak grubo, że Szymon Hołownia chciał go wyrzucić z partii i z Sejmu. Uległ jednak lamentom Gomoły. Że młody. Że naiwny. No i że się poprawi. Skończyło się na zawieszeniu. A jak Polska 2050 się posypała, to Gomoła wrócił. Z przytupem. Jako twarz partii chodzi po mediach. A jako aferzysta jeszcze bardziej ją dołuje. Czy Pełczyńska-Nałęcz nie ma u siebie nikogo bez zarzutów? Czym się różni dzisiejszy Gomoła od tego, który tak fatalnie wystartował? Na pewno nie stosunkiem do kasy. Lubił ją bardzo i nic się nie zmieniło. W 2025 r. wydał na kilometrówki 43 tys. zł i prawie drugie tyle na wynajem samochodu. Dostaje na to autko co miesiąc 3290 zł. Za tę kwotę można wynająć Mercedesa klasy C. Panie Gomoła, zniknij wreszcie. I wstydu oszczędź Opolszczyźnie.
Listy od czytelników nr 25/2026
Krótka pamięć apologetów NSZ
Twierdzenie, że Wierzchowiny były największą zbrodnią w Europie tuż po zakończeniu II wojny światowej, to rażący błąd i fałsz, który całkowicie ignoruje przerażającą skalę powojennych czystek etnicznych i politycznych na kontynencie. Wystarczy wspomnieć dokonaną przez komunistyczną partyzantkę Tity w maju i czerwcu 1945 r. masakrę w Bleiburgu oraz powiązane z nią marsze śmierci, gdzie bez sądu zamordowano od kilkudziesięciu do ponad 100 tys. wziętych do niewoli żołnierzy i uciekających z nimi cywilów. W tym samym czasie w trakcie brutalnych wysiedleń Niemców Sudeckich doszło do takich potworności jak masakra w Postoloprtach, gdzie czechosłowackie wojsko rozstrzelało ponad 2 tys. osób, czy marsz śmierci z Brna, który kosztował życie tysiące cywilów. Śmierć każdego niewinnego człowieka w Wierzchowinach to potworny dramat,
Nie mamy polityki wschodniej
Dyskusja po kolejnej bulwersującej Polaków decyzji prezydenta Zełenskiego pokazuje, jak niewiele w gruncie rzeczy wiemy o naszym sąsiedzie. Jedni widzą tam wszystko, co najgorsze. Triumfalny marsz banderyzmu i nacjonalistów po władzę. Korupcję o trudno wyobrażalnej skali, w której tkwią ludzie z najbliższego otoczenia Zełenskiego. I coraz częściej pojawiający się zarzut, że to prezydent jest patronem tego układu korupcyjnego. Tak szerokiego, że na korupcji przyłapano m.in. byłego prezesa Sądu Najwyższego.
Na drugim biegunie są ci, którzy patrzą na Ukrainę z bezgraniczną wyrozumiałością. Jakby ciągle wierzyli niemądrej deklaracji, że
Polska w czasie Wielkiego Kryzysu
Często pierwsi do zwolnienia byli ludzie najbardziej kosztowni dla pracodawców
Dr Kamil Piskała – adiunkt w Katedrze Historii Polski Najnowszej na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego, autor książki „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu”.
Czy doświadczenie Wielkiego Kryzysu z początku lat 30. odcisnęło się, obok traumy czasów okupacji, na postawach Polaków po wojnie, przyczyniając się do akceptacji zmiany ustrojowej?
– Na pewno. I da się to wyczytać choćby z pamiętników wysyłanych na konkursy organizowane niedługo po wojnie. Szczególnie ze wspomnień pisanych przez chłopów. Nawet jeżeli Wielki Kryzys nie jest przywoływany wprost, to stanowi tło, punkt odniesienia dla zmian zachodzących po wojnie, np. w dziedzinie usług społecznych. Doświadczenia lat kryzysu miały istotny wpływ na wybory polityczne znacznej części społeczeństwa. Pamiętając o tym, można w głębszy sposób zrozumieć dylematy tamtych czasów i tym samym wykroczyć poza czarno-biały, komiksowy obraz pierwszych lat powojennych.
Trzeba też dodać, że wiele wprowadzanych wówczas zmian szło w kierunku tego, co głoszono w programach i deklaracjach partii politycznych skupionych w obozie londyńskim. Odrzucenie paradygmatu wolnorynkowego i idea jakiegoś rodzaju gospodarki planowej były wówczas powszechne, a źródła miało to właśnie w latach Wielkiego Kryzysu.
Jak nasz kryzys jawi się w porównaniu ze światowym?
– Kryzys był globalny i poszczególne państwa przechodziły go na różne sposoby. Gdyby jednak popatrzeć na wskaźniki ekonomiczne, to wydaje się, że Polska była jednym z tych państw, które najsilniej go doświadczały, w skali porównywalnej z wielkimi państwami przemysłowymi, takimi jak Niemcy czy USA. Polska, mimo że była krajem w dużej mierze rolniczym, doświadczała zarówno potężnego kryzysu agrarnego, spowodowanego spadkiem cen żywności, jak i kryzysu przemysłowego o intensywności porównywalnej z państwami wysoko uprzemysłowionymi.
Kogo Wielki Kryzys bardziej zepchnął z drabiny społecznej? Mieszkańców miast czy biedotę wiejską?
– Wyjątkowość Wielkiego Kryzysu w Polsce polegała na tym, że w przeciwieństwie do wcześniejszych kryzysów gospodarczych nie ma żadnej grupy, która w jakimś sensie byłaby jego beneficjentem. Poprzednie kryzysy selektywnie uderzały w różne gałęzie gospodarki, ale były grupy społeczne, które prosperowały, wręcz dorabiały się na nich. Wielki Kryzys dosięgnął wszystkie grupy, może z wyjątkiem tych, które dysponowały stałą pracą i pensją, jak pracownicy administracji i zakładów zbrojeniowych. Kryzys uderzył zarówno w miasta, ludzi żyjących w nich z pracy najemnej, jak i w polską wieś – bardzo mocno. I dlatego trudno byłoby powiedzieć, który z tych światów – miasto czy wieś – został bardziej doświadczony.
A jaka była skala bezrobocia?
– Nie jesteśmy w stanie wyliczyć go tak, jak liczymy dzisiaj, bo nie możemy ustalić liczby osób aktywnych zawodowo, z tego względu, że poza osobami zatrudnionymi w zakładach przemysłowych mamy takie sektory jak chałupnictwo, rzemiosło, gdzie pracują członkowie rodziny – i one w ogóle nie podlegają żadnym statystykom. Natomiast ówczesne szacunki w odniesieniu do grup, które były objęte statystykami – pracowników średnich i dużych zakładów – wskazują, że w przemyśle i usługach bezrobocie mogło sięgać nawet 30% zatrudnionych, w niektórych miejscowościach niemal 50%.
Czy bezrobocie w pierwszej kolejności dosięgnęło robotników niewykwalifikowanych?
– Rzecz była bardziej złożona. Często pierwsi do zwolnienia byli niekoniecznie ci, którzy mieli najniższe kwalifikacje, raczej ci, którzy dla pracodawców byli najbardziej kosztowni. Kobiety czy młodociani pracujący na podobnych stanowiskach zarabiali zwykle kilkadziesiąt procent mniej niż mężczyźni, choć wykonywali podobną pracę z porównywalną efektywnością. Dlatego przedsiębiorcom bardziej opłacało się zwolnić np. mężczyznę niż kobietę. Z drugiej strony ci, którzy mieli najmniejsze kwalifikacje, mieli dużo większe problemy ze znalezieniem nowej pracy.
Gdyby spojrzeć na bezrobocie od strony branż, które z nich najbardziej ucierpiały?
– W pierwszej kolejności wymieniłbym górnictwo i przemysł metalurgiczny, a także budownictwo, które drastycznie się załamało. No i włókiennictwo, gdzie doszło do znacznej redukcji zatrudnienia, ale jednocześnie rozpowszechniło się zjawisko półbezrobocia, czyli osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy. W tej branży w taki sposób zatrudniona była niemal połowa wszystkich pracowników. Udawało się utrzymać posadę, ale pracowano przez dwa, trzy, cztery dni w tygodniu, co oczywiście wiązało się ze znacznie zmniejszonymi zarobkami.
Czy Wielki Kryzys rozłożył się proporcjonalnie na obszarze II Rzeczypospolitej?
– Były takie miejsca, gdzie kryzys był bardziej widoczny z perspektywy władzy i społeczeństwa. To głównie duże ośrodki przemysłowe, np. Łódź z dominującym przemysłem włókienniczym czy Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie z dominującym górnictwem i przemysłem metalowym. W tych ośrodkach rzesze bezrobotnych były
Marsz po władzę
Alternatywa dla Niemiec
Nacjonalistyczna prawica rośnie w siłę, bo trafnie odczytuje frustracje i lęki wyborców, którzy przestali ufać „starym” partiom.
5 czerwca oficjalny profil FB Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) opublikował rolkę „AfD – pod całkowitą kontrolą Putina”, wymierzoną w Markusa Frohnmaiera, rzecznika ds. polityki zagranicznej klubu parlamentarnego Alternatywy dla Niemiec. Frohnmaier – podobnie jak deputowany Bundestagu Steffen Kotré, deputowany Parlamentu Europejskiego Petr Bystron oraz przewodniczący AfD w Saksonii Jörg Urban – wziął udział w zorganizowanym przez Kreml tzw. rosyjskim Davos, Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu. Zignorował przestrogę Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że wyjazd na to zgromadzenie będzie niezgodny z polityką zagraniczną i polityką bezpieczeństwa rządu Friedricha Merza.
Rosja kusi
Autor zamieszczonej na Facebooku rolki zarzucił Frohnmaierowi wysługiwanie się Moskwie i brak patriotyzmu. W podobnym duchu wypowiadali się politycy reprezentujący partie czarno-czerwonej koalicji oraz pozostających poza nią Zielonych. Prześcigali się w potępianiu AfD, ich wypowiedzi nagłaśniały największe media – zarówno publiczne, jak i prywatne. Wyłaniał się z nich obraz Alternatywy jako partii, która ogłosiła kapitulację polityczną i klęczy przed Putinem, dąży do przekształcenia Niemiec w bastion Kremla. Sugerowano nawet, że niemieccy politycy w Petersburgu przekażą Rosjanom informacje stanowiące tajemnicę państwową.
Frohnmaier nie przejął się krytyką i oskarżeniami. 6 czerwca na swoim profilu na FB szydził z rolki chadeków: „Droga CDU, to jest właśnie przyczyna, dla której każdego tygodnia tracicie w sondażach. Jesteście tak jednostronnie przykuci do Ukrainy, że już nie dostrzegacie, że Niemcy są zainteresowane tańszą energią z Rosji”. Tej treści wpisy można było przeczytać także pod rolką CDU. „AfD prowadzi rozmowy, ale wy potraficie tylko podżegać do nienawiści wobec innych. Zamiast spojrzeć na siebie i zastanowić się, dlaczego ludzie się od was odwracają. Ten stek bzdur staje się żenujący”, napisał autor jednego z komentarzy.
Ataki na AfD ze strony obozu rządzącego i tzw. starych partii odnoszą ten sam skutek co krytyka Karola Nawrockiego w czasie wyścigu do Pałacu Prezydenckiego w Polsce.
W ubiegłorocznych wyborach do Bundestagu zwycięska CDU zdobyła 28,5% głosów, AfD niespełna 21%. Obecnie w sondażach partie zamieniły się miejscami, Alternatywa może liczyć na 27-29% głosów, chadecy zaś na 22-25%.
W Petersburgu Frohnmaier kreował się na pragmatycznego rzecznika niemieckich interesów gospodarczych. Powagi dodawała mu obecność na forum – po raz pierwszy od agresji Rosji na Ukrainę – przedsiębiorców z Niemiec. Szef Izby Handlu Zagranicznego Matthias Schepp tłumaczył ją potrzebą ochrony aktywów niemieckich w Rosji, przygotowaniem do wznowienia współpracy po zawarciu rozejmu, niedopuszczeniem do trwałego oddania rosyjskiego rynku i dostępu do rosyjskich surowców państwom azjatyckim (chodzi głównie o Chiny i Indie). W czasie forum Władimir Putin rozmawiał na Kremlu w cztery oczy z byłym przewodniczącym SPD i kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem, w niedalekiej przeszłości szefem konsorcjum budującego gazociąg pod Bałtykiem.
Frohnmaier mógł się pochwalić rozmową w Petersburgu z głową Gazpromu Aleksiejem Millerem. Podkreślał, że jedną z głównych przyczyn spadku konkurencyjności niemieckiej gospodarki i zwijania się przemysłu są wysokie ceny nośników energii. To trzeba zmienić. „Rosja przez długi czas była podstawowym dostawcą gazu i ropy. Naszym zadaniem jest konsekwentne i bezkompromisowe stawianie na pierwszym miejscu interesów narodowych Niemiec”, cytowała polityka Alternatywy służba prasowa Gazpromu. Tematem rozmowy miały być m.in. perspektywy ponownego uruchomienia gazociągu Nord Stream. Po powrocie do Niemiec Frohnmaier ujawnił: „Miller obiecał mi, że jeśli będziemy chcieli, gaz z Rosji może być ponownie dostarczany rurociągiem w ciągu trzech miesięcy”.
Trump tak, Ameryka niekoniecznie
Obecny na forum w Petersburgu Steffen Kotré, rzecznik
Prokurator od swastyki i Cimoszewicz
Czym prokurator Andrzej Stelmaszuk zapracował sobie na uwagę tygodnika „Nie”? Szybkim awansem, a wcześniej, bo w 2016 r., umorzeniem sprawy propagowania faszyzmu przez Nacjonalistyczne Stowarzyszenie Zadruga, które imprezowało na tle swastyki w lesie w Babiej Górze koło Choroszczy. Według Stelmaszuka była to nie swastyka, ale kruszwicka swarga, czyli symbol słowiański. Prokuratura w Białymstoku nie pierwszy raz ma problem z zobaczeniem swastyki w swastyce. W 2013 r. uznała, że swastyka to hinduski symbol szczęścia. Chyba nic dziwnego, że Stelmaszuk szybko awansował w czasach, gdy carem prokuratury był Zbigniew Ziobro, dar PiS dla Trumpa.
Od 2019 r. Stelmaszuk ściga Włodzimierza Cimoszewicza za potrącenie rowerzystki na przejściu dla pieszych. Żeby było ciekawiej, kierowca świetnie zna rowerzystkę, wdowę po dyrektorze szpitala w Hajnówce. Wdowa nigdy nie złożyła pozwu. Stelmaszuk niemający w tej sprawie sukcesów czeka na powrót dojnej zmiany.
Tajemnice „Japonki” Pankiewicza
Nic tak nie podnosi ciśnienia jak kwota z sześcioma zerami, a tu jest możliwość dołączenia nawet siódmego. Na stronie domu aukcyjnego DESA Unicum pojawiła się informacja: Józef Pankiewicz (1866 Lublin – 1940 La Ciotat, Francja). „Japonka”, 1906-08, olej/płótno, 199 x 93 cm, sygnowany p.d.: Pankiewicz, inne historyczne tytuły: „Japonka z wachlarzem”. Estymacja: 12 000 000 – 20 000 000 zł. Numer obiektu na aukcji – 8.
Komentarz DESY: To oznacza, że „Japonka” ma szansę stać się jednym z najdrożej sprzedanych obrazów w historii polskiego rynku sztuki.
Warszawa, Piękna 1A
Każdy może sobie bezpłatnie obejrzeć dzieło Pankiewicza do 18 czerwca, kiedy o godz. 19 odbędzie się aukcja. W siedzibie DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A w Warszawie, obok kilkudziesięciu mniejszych płócien słynnych polskich malarzy (Boznańska, Hofman, Makowski, Mehoffer i inni), które szykowane są na aukcję sztuki dawnej pod hasłem: XIX w., modernizm, międzywojnie. W oddzielnym boksie znajduje się ONA, kobieta w japońskim kimonie obrócona do nas tyłem, trzymająca w ręku okrągłe lusterko,
Praca bez kołaczy
Polacy należą do najbardziej zapracowanych w Europie
W Polsce w głównej pracy spędza się średnio ok. 38 godzin tygodniowo. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego daje to piąte miejsce w Europie pod względem długości czasu pracy. Eurostat zaś plasuje nasz kraj w pierwszej trójce najbardziej zarobionych. Tak czy inaczej, to jeden z najwyższych wyników w UE, przy czym osoby prowadzące działalność gospodarczą pracują jeszcze więcej niż etatowcy. Dłuższy tygodniowy czas pracy odnotowuje się jedynie na Litwie i w Bułgarii (po 38,6 godziny), w Rumunii (38,4 godziny) oraz na Łotwie (38,3 godziny). Średnia unijna wynosi ok. 35 godzin tygodniowo. Na drugim biegunie znajdują się natomiast Holendrzy, którzy pracują najkrócej w Europie.
Na swoim (nie)lepiej?
Jak wskazują analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego, samozatrudnienie rzadko oznacza wolność od nadmiaru pracy. W 2025 r. osoby prowadzące działalność gospodarczą pracowały średnio 41,4 godziny tygodniowo, wyraźnie powyżej unijnej średniej wynoszącej 38,4 godziny. Na tle Europy widać zresztą wyraźne różnice: podczas gdy w Niemczech, Estonii, na Cyprze czy w Luksemburgu samozatrudnieni pracują znacznie krócej, w Grecji ich tydzień pracy wynosi już ponad 44 godziny.
Jeszcze więcej czasu poświęcają na pracę przedsiębiorcy zatrudniający pracowników. W tej grupie Polska niemal wpisuje się w unijną normę – 43,7 godziny tygodniowo wobec średniej 44,7 – ale w wielu krajach tempo jest jeszcze bardziej wyśrubowane. Prym wiodą przedsiębiorcy z Francji, Belgii czy Grecji, gdzie tygodniowy czas pracy zbliża się do 50 godzin. Z drugiej strony są takie kraje jak Łotwa czy Estonia, gdzie w tej kategorii pracuje się zauważalnie krócej. To pokazuje, że intensywność pracy jest kwestią nie samego poziomu rozwoju, lecz także przyjętego modelu gospodarczego i kultury pracy.
Na tym tle Polska wyróżnia się jeszcze jednym wskaźnikiem: wyjątkowo niskim udziałem pracy etatowej w niepełnym wymiarze. Zaledwie 6,2% pracuje na część etatu, podczas gdy średnia unijna wynosi niemal trzy razy więcej – 17,7%. W takich krajach jak Holandia, Austria czy Niemcy elastyczne formy zatrudnienia są standardem, a nie wyjątkiem. U nas pozostają marginesem, co tylko utrwala model pracy oparty na długich godzinach, a nie na efektywności.
Więcej nie znaczy lepiej
Dłuższy czas pracy wcale nie oznacza lepszych efektów, co wynika wprost z europejskich danych. To w Luksemburgu, Belgii, Danii, Holandii czy Francji – a więc tam, gdzie pracuje się relatywnie krótko – odnotowuje się najwyższą produktywność. Jak zauważają eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Wielki amunicyjny szwindel
Zapasy amunicji zgromadzone w magazynach Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni
„Czy prawdą jest, że zapasy amunicji Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni wojny?”, zapytano 25 marca 2025 r. w programie „Gość Wydarzeń” w Polsat News gen. Dariusza Łukowskiego, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Człowieka, który miał dostęp do tajnych informacji o stanie polskiej armii. „Jest to możliwe w wielu obszarach, typach amunicji… Pięć dni. Może tydzień, może dwa. Potem – jak pomoc sojuszników nadejdzie w porę – być może zdarzy się jakiś cud”, odpowiedział generał.
Zapytany o to samo minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz z lekką irytacją odparł, że „sytuacja wygląda inaczej”, i doprecyzował, że chodzi konkretnie o amunicję artyleryjską kal. 155 mm. Przyznał, że tej amunicji mamy mało i „nadrabiamy stracony przez wiele ostatnich lat czas”.
Skala problemu szokuje, jeśli zestawimy ją z informacjami płynącymi z frontu ukraińskiego. Ukraińcy zużywają dziennie – w zależności od intensywności walk – 4-9 tys. pocisków kal. 155 mm. Szacuje się, że w latach 2022-2023 polski przemysł obronny produkował ok. 6 tys. takich pocisków rocznie! Coś z tym trzeba było zrobić.
W sierpniu 2025 r. w trakcie wizyty w Zakładach Chemicznych Nitro-Chem w Bydgoszczy premier Tusk zapowiedział zwiększenie ich produkcji. „W tym roku osiągniemy blisko 30 tys., a zamiarem ambitnym i bardzo realistycznym jest też to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat osiągniemy pułap blisko 200 tys. rocznie”.
Nieżyjący już gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, oceniał potrzeby polskiej armii na ok. 3 mln sztuk pocisków kal. 155 mm. „Tyle powinno być w magazynach, żeby było z czym wojnę rozpoczynać”, mówił. Przy rocznej produkcji 6 tys. pocisków kal. 155 mm osiągnęlibyśmy ten poziom po… 500 latach. Przy zapowiadanych przez premiera Donalda Tuska 200 tys. rocznie – wystarczy 15 lat. Ale to nie jest rachunek. To jest wyrok.
Wojna w Ukrainie dowiodła, że artyleria nadal jest „bogiem wojny”, a pozbawione amunicji armatohaubice Krab produkowane w Stalowej Woli czy kupione z wielką pompą koreańskie działa K9 szybko zmienią się w bezużyteczną kupę złomu. Poza tym, jeśli przed wojną jeden taki pocisk kosztował ok. 2 tys. dol., to po roku wojny jego cena wzrosła do 8 tys., by obecnie ustabilizować się na poziomie ok. 4 tys. dol.
Dla największego w Europie producenta tej amunicji, niemieckiego koncernu Rheinmetall, wytwarzającego ok. 700 tys. sztuk rocznie, to doskonała wiadomość. Dla polskich firm także, pod warunkiem że zaczną ją produkować na dużą skalę.
Zmarnowane miliardy
29 marca 2023 r., rok po rozpoczęciu przez Rosję wojny w Ukrainie, rząd Mateusza Morawieckiego przyjął uchwałę o ustanowieniu programu Narodowa Rezerwa Amunicyjna (NRA). Był to plan zakupu 1 mln pocisków artyleryjskich kal. 155 mm oraz zwiększenia mocy produkcyjnych polskiej zbrojeniówki do 200 tys. takich pocisków rocznie. Program opatrzono klauzulą „tajne”.
Po czym… nic się nie zmieniło.
Później media podały, że minister obrony Mariusz Błaszczak i minister aktywów państwowych Jacek Sasin połączyli siły, by program zablokować, bo jego pomysłodawcą był przyboczny Morawieckiego, obecny eurodeputowany Michał Dworczyk. Udało się. W roku 2023 z Narodowej Rezerwy Amunicyjnej nie wydano ani złotówki.
Za to Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła w ramach NRA konkurs ofert. Jedyną propozycją, która spełniała rygorystyczne wymagania, okazała się oferta konsorcjum tworzącego spółkę Polska Amunicja. W jej skład wchodziły: Grupa WB – największy w tej części Europy producent dronów bojowych i amunicji








