30 sekund na Polskę

30 sekund na Polskę

Kiedy podczas „obrad” sejmowej „Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka” „pracowano” nad kolejną ustawową fuszerką demolującą Sąd Najwyższy, jej „przewodniczący” Stanisław Piotrowicz zaordynował skrócenie wystąpień poselskich do 30 sekund. Dokonał tym samym kilku wyczynów. De facto po raz kolejny zlikwidował możliwość debaty, kneblując tymi 30 sekundami usta opozycji.

Równocześnie jednak mieli te 30 sekund. Mogli mówić. Argumentować. Niuansować. Roztrząsać. Deliberować. 30 sekund to przecież mnóstwo czasu. To poza tym prawdziwy czas. Konkret. Dar od suwerena udzielony przez jego przedstawicieli tym „innym”, „obcym”, „opozycji”. Dar najcenniejszy, bo właściwie waga podarowanych 30 sekund jest nie do wycenienia. Każde takie 30 sekund jest bezcenne. I nie jest przecież winą Piotrowicza, że z 30 sekund nie każdy umie skorzystać. Trzeba było ćwiczyć w domu, czytać na głos, ze stoperem w ręku mierzyć długość swojej wypowiedzi, docinać te kilka zdań do dozwolonej prawnie formy czasowej. I nie marudzić.
Na powyżej napisany tekst, gdybym chciał go wypowiedzieć, potrzebowałbym około minuty, zakładając, że się nie zająknę, nie będę brał zbyt głębokich wdechów (przerwa w mówieniu), że nie zgubię wątku, że nie ucieknie mi słowo, na którego poszukiwanie stracę kolejne sekundy, że nie złapie mnie trema podczas wypowiedzi, że przypadkiem mózg nie podsunie innej koncepcji stylistycznej, gramatycznej, słowotwórczej. Jednym zdaniem, jeśli będę umiał wycisnąć absolutnie wszystko z przydziału. To w tym akapicie – to mniej więcej owe 30 sekund.

Przecież da się mnóstwo wyrazić w takim czasie. Można zbudować kilka zdań złożonych, użyć wielu słów, w tym erudycyjnych, tajemniczych, encyklopedycznych, które swoją mocą i potęgą potrafią zadziwić i skutecznie przekonać. Polska, która tonie pod nawałnicami – tylko gdzieniegdzie, nie jest przecież żadnym topielcem – płynie z duchem czasu. A czas gadania się kończy, trzeba działać, już wkrótce miną trzy lata, odkąd władzę nad czasem w Polsce zdobyła formacja mająca zaszczyt być reprezentowaną przez takich tytanów intelektu, uczciwości i talentów politycznych jak Piotrowicz. Można różne rzeczy o nim mówić, ale reglamentacja czasu wychodzi mu doskonale i małostkowe jest wyciąganie temu dzisiejszemu oratorowi z Radia Maryja prokuratorskich dokonań z lat 80. W wielu wielokrotnościach 30 sekund wciąż nas o tym w eterze Rydzykowym przekonuje.

Może zresztą posłowie, których słowa tak niewiele znaczą, bo przecież kto inny wygrał wybory i to oznacza dla innych milczenie 30-sekundowców, powinni dostawać kartki na czas, tak jak były na mięso i wódkę. Konkretny przydział – tyle a tyle podczas jednego posiedzenie Sejmu, tyle a tyle podczas „obrad” komisji, tyle a tyle w innych kwestiach. I niech sobie radzą. Niech kumulują, niech skupują czasy, taki wolny rynek czasu wypowiedzi mogłoby PiS wprowadzić.

Kiedy się pojawił wątek Radia Maryja, jakże niepolityczny, tylko konfesyjny, duchowy – przypomniałem sobie wywody Jacques’a Le Goffa, francuskiej legendy światowej mediewistyki, który w nieobszernej książeczce „Sakiewka i życie” poruszał wątki na skrzyżowaniu gospodarki i religii i pochylił się nad zjawiskiem lichwy, czyli tego, co dziś nazywamy systemem bankowym, który stabilizuje, umożliwia i doskonali nasze życie w wymiarze codziennym i miejscowym czy też globalnie wszechobecnym. Otóż chrześcijanie średniowieczni nie mogli uprawiać lichwy, która związana była ze zjawiskiem monetaryzacji czasu, znanym jako odsetki, czyli procenty od pożyczonych sum. Odsetki to zarabianie na samym czasie. Na czasie, którego istota i przepływ nie były ludzką prerogatywą. Władcą czasu był Bóg. I dlatego lichwiarstwo powierzono innowiercom, Żydom.

Ale dzisiaj, Anno Domini 2018, takie rozterki wydają się wydumane i wręcz śmieszne. Władza nad czasem należy do władzy, a tę władzę PiS dostało w wyborach 2015 r. I dlatego poseł Piotrowicz, wzorzec z Sèvres rządzącej ekipy, posłuszny, wierny, aktywny, ćwierćelokwentny, może bez żadnych „chrześcijańskich” (wszak to wzór cnót chrześcijańskich) dąsów rządzić czasem. Temu dam tyle, temu mniej, temu w ogóle zabiorę głos.

Problemem nie jest dzisiaj średniowieczny dylemat, kto jest władcą czasu. Bóg, Rydzyk, Kaczyński czy Piotrowicz.

Problemem jest to, że te 30 sekund stało się kneblem założonym nam, potulnym 30-sekundowcom. 30 sekund to śmierć debaty, sporu – to dzisiejszy wymiar cenzury absolutnej.

Wydanie: 30/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy