Harry Potter, czyli lipa

Cały świat z przyległościami mówi o Harrym Potterze. Powstają fankluby, zespoły internetowe, konkursy na jego temat, poważna prasa rozpisuje się o nim w nieskończoność, słowem, jeśli nie chcesz być wapniak, zgred czy insza maszkara, czytaj Harry’ego Pottera. Jest już tego cztery tomy, ma być siedem, na polski przetłumaczono dwa, lada chwila będą następne. Napisała to samotna matka, niejaka Joanne K. Rowling, prezentowana na fotografii z taką miną, jakby właśnie przystępowała do poczęcia onegoż biologicznego dziecięcia.
Przeczytałem. I przecieram oczy ze zdumienia. Czyżby świat zgłupiał aż w takim stopniu, że nie rozpoznaje raczej słabiutkiej podróbki? Bo tym, niestety, jest w istocie rzeczy osławiony cykl książek o przygodach małoletniego czarodzieja. Niby to ma być książka i dla małolatów, i dla pełnolatów, ale kudy tam jej do wielkiej literatury typu “Alicji” czy “Muminków”, “Piotrusia Pana” czy “Pinokia”. Z drugiej strony, Tolkien i Ursula le Guin, a zresztą i nasz Sapkowski to wręcz eweresty intelektu, metafory i sztuki literackiej w porównaniu do dzieła Rowling.
Nie twierdzę zresztą, że to zwyczajna grafomania, ale że to jest wtórne, nie bardzo pomysłowe i odrobinę nudne. Zjawiskiem za to jest fenomen popularności książki. Samo dzieło jest kolejnym romansem edukacyjnym, jak wiele książek przed nim. Ma coś z “Kima”, “Stalky’ego” Kiplinga, “Czarnoksiężnika z Archipelagu” le Guin, z Hobbita aż po “Wspomnienia niebieskiego mundurka” na przykład. Od takich książek przecież literatura aż się roi, u Rowling nie ma niczego nowego. O magii nie ma, przynajmniej w dwóch przeczytanych przeze mnie tomach, niczego do powiedzenia w stosunku do takiego, powiedzmy, Poula Andersona czy legionu następców. Uroda samej książki też raczej znikoma, styl ani zły, ani dobry, pomysły powtarzane już od prawieków, poziom intelektualny – lepiej nie mówić. A mimo to sukces światowy.
Może więc to gigantyczne doprawdy powodzenie tej książki właśnie bierze się z jej słabości i przeciętności? Marny to prognostyk dla kultury masowej, ale innego nie widzę. Wprawdzie już pisałem niezliczoną ilość razy o potrzebie baśni w kulturze postmodernistycznej, więc ja sam wychodzę na swoje, ale to niewielka satysfakcja. Można też dowodzić, że ta baśń musi być jak najbardziej zwyczajna i to by też się zgadzało. W końcu każda ideologia w swoich początkach musi być bardzo prosta, żeby trafiła do szerokich kręgów, komplikacje intelektualne i dogmatyczne przychodzą dopiero z czasem.
Jedynym ciekawszym pomysłem Rowling jest równoległe istnienie w Anglii dwóch społeczeństw – magicznego i zwyczajnego, tzw. mugoli. Nie ma nieomal między nimi styku, czarodzieje dziwują się takim wynalazkom jak winda, telefon czy kanalizacja, ale to ogromnie wydumane i nieprawdziwe. Zresztą i niekonsekwentne. Przypomnijmy, że hobbici Tolkiena byli właśnie takimi mugolami, to znaczy portretem zwyczajnych Anglików. Ale tak bywa raczej wszędzie – na przykład w “Muminkach” podobną rolę pełnią paszczaki. Nic nowego, ale widocznie musi być ktoś, kogo można bezkarnie ośmieszać i poniewierać. I to za jego własną zgodą! Oczywiście, nikt się do tego osobiście nie poczuwa, nikt nie jest ani mugolem, ani paszczakiem, ale już nasz sąsiad przez ścianę – ho, ho, ho… To przecież ewidentny głąb – ale my mu tego przenigdy w oczy nie powiemy. Więc czy chodzi po prostu o szyderczy portret społeczeństwa, zderzony z naszymi, tajnymi aspiracjami? Być może tak.
Szkoda tylko, że ta konfrontacja odbyła się na takim marnym poziomie. Bo jednak jest oczywiste, że sama potrzeba tej konfrontacji drzemie w nas wszystkich. Nie jesteśmy z siebie zadowoleni i tylko dziwne, że to się okazało przy okazji tak bardzo pospolitej i wtórnej książki. Były przecież po temu stokroć lepsze okazje. Zresztą nie można rzec, że tak całkiem zostały pominięte, przeciwnie, zrobiły furorę, ale przecież nie taką jak ten nieszczęsny Harry Potter.

Wydanie: 52/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy