40 lat dzieci z in vitro

40 lat dzieci z in vitro

Cztery dekady temu urodziła się Louise Brown, pierwsze dziecko poczęte metodą sztucznego zapłodnienia

Ta data jest dla wielu punktem granicznym w historii sztucznego zapłodnienia u ludzi. 10 listopada 1977 r. w klinice w brytyjskim mieście Oldham zdarzyło się to pierwszy raz. Louise Brown została pierwszym człowiekiem poczętym nie w ludzkim łonie, ale na szkle. A dokładnie w szalce Petriego, jednym z podstawowych naczyń używanych w laboratoriach chemicznych. Louise przyszła na świat 25 lipca 1978 r. i wyglądała jak… typowy noworodek. Dzisiaj, z perspektywy nie tylko osiągnięć nauki, ale też powszechności in vitro, obserwacja ta wydaje się absurdalna, jednak obawy, jakie przedstawiano przed urodzeniem się Louise Brown, brzmiały apokaliptycznie. Deformacja ciała, nietypowa liczba kończyn, kilkanaście palców, wreszcie upośledzenie umysłowe i niezdolność do późniejszej reprodukcji – tego wszystkiego spodziewano się po dziecku z in vitro, i to nie tylko wśród gorzej wyedukowanej części społeczeństwa. Podobne wizje pojawiały się w kościelnych kazaniach w Wielkiej Brytanii i USA.

Robert Edwards, doświadczony fizjolog z Cambridge, wcześniej prowadzący badania na małych ssakach, głównie myszach, oraz ginekolog Patrick Steptoe, najwyraźniej niewiele sobie z tego robili. Zapłodnienie poprzedziła bowiem aż dekada badań laboratoryjnych na zwierzętach, dająca bardzo dobre efekty. Dlatego Edwards i Steptoe do pierwszego ludzkiego zapłodnienia in vitro podchodzili z dużą dozą optymizmu. Nie bez znaczenia w całym procesie była też rola Lesley i Johna Brownów, rodziców przyszłego „pierwszego dziecka z próbówki”, otwartych na przeprowadzenie zabiegu, wówczas ocenianego jako pionierski eksperyment naukowy.

Choć metoda była nowa i budziła kontrowersje, problem niepłodności obecny był w ludzkiej świadomości, odkąd zaczęliśmy się dobierać w pary. Dlatego oprócz wartości naukowej sukces związany z poczęciem Louise Brown miał ogromny wymiar cywilizacyjny i społeczny. Steptoe i Edwards reprezentowali tu świat zachodniej nauki, zdeterminowany, by rozwiązać jeden z najstarszych ludzkich problemów zdrowotnych, i odważnie, jak wówczas pisał „The Times”, wchodzący w niemal boskie kompetencje związane z prokreacją. Z drugiej strony symboliczna była rola państwa Brown – odzwierciedlali oni lęki i nadzieje wszystkich par borykających się z niepłodnością.

Skuteczne zapłodnienie in vitro, a później przyjście na świat zdrowej Louise Brown, było w dziedzinie medycyny i postępu społecznego ekwiwalentem lotu na Marsa.

Dr Katharine Dow z Uniwersytetu w Cambridge, naukowo zajmująca się kwestiami reprodukcji, ich etycznym pojmowaniem przez społeczeństwo i stykiem biologii z normami cywilizacyjnymi, jednoznacznie stwierdza, że wydarzenia z lipca 1978 r. były dla Brytyjczyków ogromnym sukcesem propagandowym. Analizując dyskurs medialny z tamtych lat w swoich pracach naukowych, podkreśla, że sukces dwóch naukowców pojmowano nie tylko w kategoriach naukowych. W ówczesnych artykułach poświęconych pierwszemu dziecku z próbówki podkreśla się, że Edwards i Steptoe to nie tylko wybitni specjaliści, ale także „uosobienie brytyjskich cech zaradności, determinacji w dążeniu do celu, oryginalnego myślenia, altruizmu i pracy zespołowej”. Taka opinia była o tyle ważna, że ze względu na jednoznacznie pozytywny wydźwięk pozwoliła metodzie in vitro dość szybko zadomowić się w świadomości brytyjskiego społeczeństwa.

Podczas gdy najczęściej o in vitro mówi się w kontekście jednostkowych historii rodzin, które przechodziły przez procedurę, brytyjskie media końcówki lat 70. bohaterami pierwszego sztucznego zapłodnienia uczyniły rodziców na równi z dwójką lekarzy. Sarah Franklin, brytyjska medioznawczyni, uważa nawet, że ta postawa bardzo pomogła w zwiększeniu wiedzy społecznej na temat nowoczesnych procedur medycznych i zrozumieniu nowych technologii również w późniejszych dekadach.

Nie wszystkie jednak społeczeństwa okazywały się aż tak tolerancyjne i otwarte na nowości. Zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu się Louise Brown eksperymenty prowadzone przez dr. Subhasha Mukhopadhyaya w Kalkucie zakończyły się przyjściem na świat dziecka poczętego metodą in vitro, któremu później nadano imię Durga. Tamtejsze władze nie tolerowały jednak tego typu praktyk medycznych, zwłaszcza że Mukhopadhyay przeprowadzał je we własnym domu, przy użyciu dość prymitywnych narzędzi. Nigdy nie pozwolono mu zaprezentować wyników badań publicznie, a lekarze na całym subkontynencie kwestionowali jego kwalifikacje. Dlatego mało kto wspomina dziś o indyjskim rozdziale w historii pierwszych zapłodnień metodą in vitro.

Patrząc jednak globalnie, po brytyjskim sukcesie rozwój sztucznego zapłodnienia na całym świecie trudno było zatrzymać. Zaledwie kilka lat po przyjściu na świat Louise rodzina państwa Brown powiększyła się o drugą córkę. Natalie też została poczęta metodą in vitro. Dziś obie siostry mają już swoje dzieci, obie zaszły w ciążę naturalnie. Jest to fakt o tyle istotny, że rozbraja jeden z groźniejszych mitów na temat dzieci „z próbówki” – niemożność naturalnej reprodukcji. Obawa ta długo znajdowała się na samej górze listy argumentów przeciwników in vitro, również dlatego, że przez pierwsze lata była nie do zweryfikowania. Zdrowe i naturalnie poczęte dzieci sióstr Brown rozbijają w pył to pseudonaukowe twierdzenie.

Nie oznacza to jednak, że in vitro przestało być tematem kontrowersyjnym. Nadal nie akceptuje tej metody Kościół katolicki, a co radykalniejsi publicyści religijni nazywają proces zamrażania zarodków ludobójstwem czy masowym mordowaniem dzieci nienarodzonych. O ładunku emocjonalnym związanym z debatą wokół in vitro nie trzeba nikogo przekonywać, zwłaszcza Polaków – w naszym kraju pozostaje to kwestią nie tylko medyczną czy religijną, ale i polityczną. Nie jesteśmy pod tym względem jedyni. Wiele krajów, głównie europejskich, wprowadziło do swojego porządku prawnego ograniczenia lub wyłączenia z procedury in vitro. We Francji i we Włoszech prawa do sztucznego zapłodnienia nie mają kobiety niebędące w związkach ani lesbijki w związkach jednopłciowych. Również we Włoszech, podobnie jak w Austrii, nielegalne jest bycie dawcą nasienia i komórek jajowych. Z kolei Niemcy i Norwegia zakazują oddawania tych drugich, pozwalają jednak na bycie dawcą spermy. W Szwecji para musi mieć udokumentowany co najmniej rok związku, by ubiegać się o zapłodnienie metodą in vitro. W Szwajcarii prawo do niego mają jedynie małżeństwa. Wielka Brytania wprowadziła także zakaz wyboru płci dla dziecka sztucznie poczętego. Wreszcie niemal wszystkie kraje europejskie, z wyjątkiem Ukrainy, dokonały penalizacji tzw. surogatek, czyli matek zastępczych, sztucznie zapładnianych i donaszających ciążę dla par, które same pozostają bezpłodne. Co ciekawe, Stary Kontynent jest pod tym względem szczególnie konserwatywny. Dużo mniej ograniczeń i łagodniejsze regulacje prawne obowiązują m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii czy w Indiach, które są światowym liderem pod względem ciąż matek zastępczych, a także z powodu relatywnie niskich kosztów tego procesu.

40 lat po narodzinach pierwszego dziecka poczętego metodą in vitro naukowcy wciąż podkreślają, że problemów związanych z niepłodnością wcale nie rozwiązano w całości. Dużym wyzwaniem dla nauki pozostaje leczenie niepłodności u osób śmiertelnie chorych lub cierpiących na wrodzone wady genetyczne. Co więcej, niepłodność sama w sobie jest zjawiskiem coraz powszechniejszym. Do tego stopnia, że prestiżowy portal Science News zalicza ją już do chorób cywilizacyjnych, bezpośrednio związanych z pracoholizmem czy stresem. Nie pomaga też wszechobecna technologia i nagminne jej używanie, zwłaszcza telefonów komórkowych i laptopów. Dlatego, jak pisze dr Katharine Dow, ważne jest, by badania nie tylko nad samym leczeniem niepłodności, ale i nad alternatywnymi metodami zapłodnienia były systemowo wspierane przez państwo. Bez funduszy na masową skalę in vitro może nie tylko nie być dostępne dla wszystkich chętnych, ale wręcz przestać się rozwijać jako procedura. Wówczas nauka stanie w miejscu, nie będzie nadążać za zagrożeniami wynikającymi z naszego codziennego trybu życia.

Futurolodzy są w tej sprawie dość pesymistyczni. Wielu ekspertów uważa, że mimo rosnących problemów z zapłodnieniem oraz kryzysów demograficznych zagrażających większości krajów europejskich in vitro jeszcze długo nie zostanie w pełni znormalizowane społecznie. Oznacza to, że nie uwolnimy się szybko od komentarzy w stylu „Holokaust komórek jajowych”. Dlatego o in vitro trzeba dużo pisać i głośno mówić. Najlepiej jednak w stylu brytyjskim z lat 70., a nie tabloidowym z 2018 r.

Wydanie: 31/2018

Kategorie: Zdrowie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy