O kulturze dosłownie i w przenośni

O kulturze dosłownie  i w przenośni

Stanowisko, jakie Leszek Polony przedstawił w swoim liście, mógłbym przyjąć z pełną aprobatą, bez żadnych istotnych zastrzeżeń, a może z odrobiną zazdrości, że autor sformułował pogląd na parę istotnych problemów kultury lepiej i zwięźlej niż ja bym to potrafił. Ale dlaczego nadał swojej wypowiedzi charakter polemiczny? I dlaczego ja się z nim zgadzam, a on ze mną nie? Przy tak skrótowym i z założenia niedosłownym wyrażaniu się na tematy kultury jak ja to zrobiłem, nieporozumienia są prawie nieuniknione i za to winę biorę na siebie.
W najmniejszej mierze nie jestem apologetą amerykańskiej kultury masowej, tego szczególnego taniego towaru, który zalewa świat i z którym żadna inna kultura masowa nie może konkurować. I chociaż czy to z natury, czy z rozmysłu jestem gotów uznawać wszystko, co odnosi realny i nie sezonowy sukces, niepowstrzymana inwazja kulturowego amerykanizmu budzi mój wstręt i przygnębia mnie. Zwłaszcza amerykańska muzyka młodzieżowa we wszystkich swoich odmianach jest dla mnie nie do zniesienia. O swoim guście mówię jedynie po to, aby usunąć jedno z nieporozumień, a nie dlatego, aby w tym miało tkwić coś ważnego. Podkreślić w felietonie chciałem, że olbrzymie zyski, jakie Stany Zjednoczone ciągną ze spontanicznego rozlewania się ich kultury popularnej po całym świecie, nie wskazują innym krajom zaniedbanego źródła dochodu. I nie miał racji ów mówca na kongresie, co głosił, że inne kraje (miał chyba na myśli Polskę), jeżeli będą tylko wystarczająco mądre, mogą wzorem Ameryki dużo zyskiwać na eksporcie kultury. Mógłby z równą słusznością stawiać Europie za wzór Arabię Saudyjską, jak można się wzbogacić na eksporcie nafty. Znów posłużyłem się metaforą ekonomiczną i możliwe, że znów niekomunikatywnie.
Weźmy teraz inną przenośnię ekonomiczną prawie powszechnie używaną (i nadużywaną) do opisów pewnego zjawiska w kulturze. Używają jej osoby pragnące napiętnować popularność, a zwłaszcza pokupność dzieł niższej wartości, bądź zgoła kiczowatych, i wyrazić ubolewanie, że dzieła wybitne z większą trudnością znajdują nabywców. Tą źle używaną przenośnią jest tak zwane prawo Kopernika-Greshama, mówiące, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Ponieważ opacznie rozumieją to prawo, ich metafora zaciemnia to, co chcieliby objaśnić. Trzeba sobie przede wszystkim uświadomić, co znaczy twierdzenie, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Znaczy ono, że ludzie potrafią rozróżnić pieniądz gorszy od lepszego i gdy mają wybór, wybierają lepszy. Gorszy pieniądz jako mniej pożądany pozostaje na rynku i na tym polega wypieranie lepszego przez gorsze. Tymczasem w użyciu metaforycznym nadaje się prawu Greshama sens dokładnie odwrotny, jakby nie zauważając, że tym samym traci ono prawdziwość, jaką miało w sensie dosłownym. Wykorzystuje się jednak tę prawdziwość, przenosząc ją po cichu na metaforę, nadając jej w ten sposób walor argumentu.
Nie głoszę żadnej ogólnej teorii sztuki, tym mniej teorię ekonomistyczną. Chciałbym jedynie wprowadzić do rozważań o kulturze odrobinę dosłowności i realizmu. Leszek Polony zgodzi się, że istnieje rynek sztuki (w dosłownym sensie), więc dzieła sztuki są towarem, jak wszystko, co może być wystawione na sprzedaż. O ile mogą być środkiem tezauryzacji, jak ten pieniądz z lepszego kruszcu czy z lepszej gospodarki, i o tyle, o ile mogą nim być, podlegają prawu Greshama, rozumianemu dosłownie. Rynek sztuki nie pokrywa się jednak z rynkiem towarów pierwszej potrzeby, jest stosunkowo wąski, społecznie elitarny. Ponieważ i na tym rynku towar gorszy wypiera lepszy, więc łatwiej kupić Chagalla niż Rubensa czy Cézanne’a. Jeśli się więc chce powiedzieć, że ludzie w swojej masie wolą tandetę od prawdziwej sztuki, to trzeba znaleźć sobie inną metaforę niż prawo Greshama. Nie przypuszczam, żeby w tej kwestii istniał spór między mną a Leszkiem Polonym. W porównaniu z tematami poruszonymi przez niego może się ona wydawać bagatelna, a moje próby uściślenia pojęć – pedantyczne. Niech tak zostanie.
Istnieje inna, już pierwszorzędnego znaczenia kwestia, co do której różnimy się zasadniczo. Jaki jest wpływ nauki na kulturę? Rozważając to zagadnienie, musimy odwołać się do wielości znaczeń słowa “kultura”. Jeżeli przez kulturę będziemy rozumieli te dzieła, których ludzie poszukują, aby zaspokoić swoją ciekawość świata, wewnętrznych przeżyć lub życia innych ludzi (dobrym przykładem jest wspomniane przez Leszka Polonego zainteresowanie książką Szpilmana lub reportażami Kapuścińskiego), to oczywiście nauka nie ma tu nic do gadania. Osłabia ona natomiast normatywny aspekt kultury. Ta nieograniczona tolerancja, jaką dziś mamy dla dowolności w sztuce, nie może być traktowana jako wynik immanentnych praw rozwoju i zmienności form artystycznych. Z pewnością wchodzą w grę uwarunkowania socjologiczne, główną jednak przyczyną jest relatywizujący całą sferę aksjologiczną wpływ nauki. Nauka innymi jeszcze drogami wpływa na kulturę. Kazimierz Malewicz i wielu innych twórców sztuki nowoczesnej uzasadniało malarstwo abstrakcyjne, odwołując się do naukowego obrazu świata. Negowanie wpływu nauki na sztukę współczesną byłoby takim błędem, jak np. negowanie wpływu religii na średniowieczną rzeźbę. Nie jest to chyba temat na felieton, obawiam się, że szybciej znudzę czytelników, niż uda mi się cokolwiek wyjaśnić. Powinienem był się zająć raczej tym szczególnym poglądem, jakim kierował się minister kultury, wynajmując ostatnio agencję reklamową do promowania kultury.

Wydanie: 2/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy