Armia przestarzałej broni – rozmowa z red. Wojciechem Łuczakiem

Armia przestarzałej broni – rozmowa z red. Wojciechem Łuczakiem

Polski system obrony musi odstraszać, a nie zapraszać wroga na nasze terytorium

Red. Wojciech Łuczak – wiceprezes Agencji Lotniczej Altair, wydawca magazynów „RAPORT Wojsko Technika Obronność”, „Skrzydlata Polska”, „Broń i Amunicja”, publicysta, analityk specjalizujący się w problematyce polityki obronnej.

Po informacji, że Polska zamierza wydać ponad 130 mld zł na nowy sprzęt dla sił zbrojnych, wśród producentów zapanowała chyba gorączka?
– Informacja o tym, że zamierzamy wydać na zbrojenia jakieś 40 mld dol., poszła w świat i ściągnęła do Polski rzesze ludzi, którzy zwietrzyli niezły interes. Teraz wszyscy zlatują się do nas, nawet z dalekiej Australii przyleciała delegacja przemysłowców. Ten najazd ludzi z korporacji produkujących sprzęt wojskowy wiąże się z tym, że sytuacja państw, zwłaszcza europejskich, jest nieszczególna. Wszyscy tną budżety wojskowe, nawet USA, i to znacznie. Przemysł amerykański, produkujący na potrzeby obronności Stanów Zjednoczonych, musi się liczyć z tym, że do 2017 r. cięcia w wydatkach na zbrojenia mogą osiągnąć w sumie ponad 1 bln dol. To mniej więcej dwa roczne budżety obronne Waszyngtonu. Te cięcia już są dotkliwie odczuwane przez amerykański przemysł, do tej pory obsługujący bez problemu własną, największą maszynerię militarną globu. W oczywisty sposób musi on szukać rekompensaty gdziekolwiek na świecie, na Bliskim Wschodzie, w Azji, no i w Polsce.

Czy wiemy, czego tak naprawdę nam potrzeba, a czego nie możemy dać sobie wcisnąć?
– Nie bardzo. Mamy kilka priorytetowych i kilka mniej priorytetowych programów obrony, którymi szermują rząd, MON i wszyscy kolejni ministrowie. Wszystkie te programy obarczone są jedną podstawową wadą – bardzo dużym rozrzutem, żeby nie powiedzieć niekompatybilnością. To wynik tego, że w III RP nie zdołaliśmy zbudować ciała integrującego – czegoś, co funkcjonuje w starych demokracjach, a mianowicie urzędu czy agencji ds. uzbrojenia, i co działałoby na podobnych zasadach jak odpowiednie instytucje we Francji, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii czy nawet w Szwecji i Finlandii. Ten urząd tworzą dyrektorzy programów, starannie analizowanych w ten sposób, żeby ze sobą korelowały. Mało tego, dyrektor każdego programu odpowiada za jego wykonanie od samego początku aż po złomowanie danego systemu uzbrojenia. I robi to bez względu na wahania polityczne.

U nas to raczej niewykonalne.
– Bo u nas zmieniają się rządy, ministrowie, wiceministrowie odpowiedzialni za politykę zbrojeniową, a wraz z nimi priorytety w ramach tych programów. Fluktuacje polityczne mają również wpływ na wydatki i programy, na ich realizację, lepszą lub gorszą. Do tego wszystkiego należy dołożyć jeszcze jedną rzecz, a mianowicie to, że struktury, które podejmują decyzje o zakupach i realizują je w sensie proceduralnym, są wyraźnie niewydolne. W Polsce przeprowadzanie przetargów – wyłanianie zwycięzcy, postępowanie prawne w przypadku ewentualnych protestów – strasznie się przeciąga. I to mówię nie tylko ja, ale nawet kolejni szefowie MON. W innych krajach, mających urząd ds. uzbrojenia, harmonizuje się programy, a u nas wojska lądowe robią swój program, powietrzne swój itd. Nie ma zwornika, integracji tych programów, dlatego tak naprawdę potrzebna jest nowa myśl, która by to wszystko zjednoczyła i spowodowała, że rozsądnie wydamy te 130 mld zł. Bo na taką kulturę polityczną jak w Wielkiej Brytanii, gdzie wyznaczony przez opozycję minister obrony gabinetu cieni bierze co tydzień udział w posiedzeniach sztabu urzędującego szefa resortu, aby w przypadku objęcia władzy mógł z marszu wejść w buty poprzednika, nie ma co liczyć. Wyobraźmy sobie pana Macierewicza co tydzień odwiedzającego posiedzenia ministra Siemoniaka…

Co zatem taki urząd powinien zrobić?
– Zrewidować nasze poszczególne programy w taki sposób, żeby zbudować siły odstraszania.

Atak najlepszy

Przyjąć założenie, że najlepszą obroną jest atak?
– Dokładnie tak. Budowa narzędzi ataku jest o wiele tańsza niż budowa dobrego, w miarę szczelnego systemu obrony. Kiedyś marzono, że polski przemysł zbrojeniowy będzie zyskiwał odpowiednią wiedzę, know-how w zakresie budowy i zasad działania kupowanego sprzętu i że stanie się beneficjentem zagranicznych zaawansowanych technologii produkcyjnych. Do niedawna publicznie mówiono, że w koniecznym procesie modernizacji potencjału obrony przeciwlotniczej kraju miała obowiązywać zasada: polski przemysł zbrojeniowy tworzy detektory, czyli narzędzia obserwacji (detekcji) zagrożenia, oraz system dowodzenia i zarządzania, a dokupujemy jedynie efektory – pięść uderzeniową, czyli rakiety. Wiązało się to z tym, że mamy dość dobrze rozbudowany przemysł elektroniczny, ale rakiet średniego zasięgu nie produkujemy. To była podstawa przedsięwzięcia znanego jako Tarcza Polski, o potencjalnej wartości kilkudziesięciu miliardów złotych. Polski przemysł miał być integratorem programu. Dzisiaj to wszystko nagle się zmieniło, bo część polityków twierdzi, że nie mamy czasu, trzeba podejmować decyzje błyskawicznie i brać gotowe, pełne, sprawdzone rozwiązania zagraniczne. Już nie ma mowy o polskim integratorze, o polskim technicznym zarządzaniu przedsięwzięciem. Na otarcie łez wymyślono dla polskiego przemysłu nowe zaklęcie: znaczącą polonizację wybranego systemu przeciwlotniczego. Polski przemysł zbrojeniowy liczył na ogromny zastrzyk technologiczny, na włączenie go do programów światowych graczy za pomocą Tarczy Polski. Obawiam się, że mgliste zapewnienia o znaczącej polonizacji się nie skonkretyzują, miliardy popłyną za granicę, a nasza zbrojeniówka będzie się zwijała. Notabene do tej pory, a przecież już jesień, wiele zakładów nie ma żadnych zamówień z MON. Głoduje… Mówi się, że budżet szykuje się w ten sposób na spłatę zapomnianych, a pozostałych do zamknięcia programu F-16 miliardów.

Doświadczenia offsetowe z F-16 nie skłaniają do optymizmu.
– Owszem. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy, polski przemysł niewiele ma z zakupu tych samolotów. Choć oficjalnie mówi się z triumfem o jakichś rzekomo pozyskanych miliardach.

Skąd ten pośpiech, by kupować? Bo daje to szansę na mniej kontrolowane wyrwanie publicznej kasy?
– Polscy politycy sami wywołali panikę z powodu nagłego zagrożenia – wróg u bram – i sami się nią nakręcili. Te nuty narracji skwapliwie podchwyciły zagraniczne koncerny starające się o polskie miliardy. I różni gracze walczący o prowizje, zwane w tej branży komisowym. Mamy raczej do czynienia z histerią polityczną i sprytnie ją wykorzystującym lobbingiem. Trudno już się z tego wycofać. Jestem głęboko przekonany, że w tej chwili nic nam nie grozi, tymczasem znajomi zasypują mnie pytaniami w stylu: będzie wojna? To wszystko ma uzasadniać szybkie, nie do końca przemyślane decyzje, które de facto określą byt lub niebyt polskiej zbrojeniówki w nadchodzących latach. Decyzje, które my – podatnicy płacący na bezpieczeństwo narodowe – powinniśmy przyjąć uważnie i krytycznie.

Do czego doprowadzi Polskę ten wyścig producentów uzbrojenia?
– Do tego, że w wielu przypadkach bezsensownie władujemy pieniądze w takie systemy i sprzęt, które zapraszają do nas przeciwnika, zbliżają do nieszczęścia. Sprowadziliśmy sobie kolejną porcję czołgów Leopard, ponieważ część naszych dowódców uważa, że Polska zamieni się w pancerne pole bitwy na wzór bitwy pod Kurskiem. To kompletny nonsens. Jeśli dopuścimy do tego, że ktokolwiek wejdzie na nasze terytorium, i dopiero wtedy uruchomimy nasze siły obronne, nastąpi kompletna katastrofa i nieszczęście. Kraj będzie płonął, będziemy robić kolejne powstania. Nas stać na budowanie i posiadanie uderzeniowych sił odstraszających. Takich, które każdego potencjalnego – powtarzam, każdego – przeciwnika zmuszą do lepszej kalkulacji opłacalności jakichkolwiek agresywnych kroków wobec nas.

Siły odstraszania

Jak to zrobić?
– Bardzo prosto. Zbudować siły odstraszania. Konwencjonalne, które po przekroczeniu ustalonej czerwonej linii wobec Polski zostaną użyte. Tak czy inaczej, nieodwołalnie. I nie w porozumieniu z NATO czy kimkolwiek innym. To ma być samodzielna decyzja Polski. Jeśli ktoś przekroczy tę czerwoną linię, uruchamiamy siły, które zadadzą tak potworne ciosy, że ktoś, kto będzie snuł plany uderzenia na Polskę, zostanie intelektualnie zahamowany.

Zaraz podniosą się głosy, że nie stać nas na taki system obrony.
– Tak może mówić tylko ktoś, kto nie zna się na uzbrojeniu i jego kosztach. Zaręczam, że stać nas na zakup tego, co nazywam trójkątem czy triadą odstraszania, i nie będzie to kosztować więcej niż owe 40 mld dol.

Co wchodziłoby w skład tej triady?
– Najpierw, uwaga, wyjdźmy z ram wizji konfliktów XX w. Rozwój techniki sprawił, że bez użycia broni atomowej możemy zadać potencjalnemu agresorowi straty, które będą dla niego trudne do zaakceptowania. Triadę powinny tworzyć bezpilotowe statki latające (bsl) atakujące, wyposażone w pociski samosterujące lub mniejsze pociski z własną inteligencją. Jestem przekonany, że polski przemysł, w ramach utworzonego konsorcjum, jest w stanie zbudować atakujące bsl. Już teraz polska firma WB Electronics produkuje jeden z najlepszych bezpilotowych statków małego zasięgu. Taka chmura  bsl atakujących, poruszających się na tle ziemi, na małej wysokości, ciągle manewrujących, mylących defensywę, wyposażonych w małe pociski z własnymi, ustalonymi zawczasu celami, jest w stanie pokonać każdy system obrony przeciwlotniczej dowolnego państwa, nawet USA.
Drugi element strategii odstraszania to artyleria dalekosiężna i pociski rakietowe o zasięgu kilkuset kilometrów. Mamy taki program, po części jest już realizowany. Nosi nazwę Homar.

Dlaczego nie o zasięgu kilku tysięcy kilometrów?
– Na to nas nie stać, poza tym rakiety balistyczne, atakujące cele odległe o kilka tysięcy kilometrów, są łatwiejsze do zniszczenia. Mniejsze pociski mają krótszą drogę do celu, obrona ma skrajnie mało czasu na decyzje. A ich wyrzutnie są mobilne, nie można ich łatwo zlokalizować, a więc i unieszkodliwić.

A trzeci element triady?
– To morskie systemy rakietowe, bezzałogowe i załogowe, czyli okręty podwodne z siłowniami niezależnymi od dopływu powietrza atmosferycznego, wyposażone w pociski samosterujące, najgroźniejszą broń XXI w. Dziś nie ma na nią lekarstwa, nawet Amerykanie go nie mają. Pociski samosterujące, które klucząc i zwodząc, przemieszczają się nad ziemią na wysokości 6-9 m, a trafiają w dowolnie wskazane okno na dystansie do 1000 km. Takie pociski wypuszczone spod wody są potężnym orężem szachującym potencjalnego przeciwnika.

Te pociski oczywiście musimy kupić.
– Tak, i wcale nie u Amerykanów. Europa ma jeden z najnowocześniejszych na świecie małych pocisków samosterujących. A flotę podwodną zbudować możemy sami w kooperacji z dostawcą technologii. Posiadając taką flotę, mającą cechy prawie okrętów nuklearnych, oraz rakiety i bezzałogowce, o których już wspomniałem, będziemy mieli coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej na przyszłość, tym bardziej że nie wiemy, jak się rozwinie sytuacja w NATO czy Unii. Mało tego, każda konstelacja obronna, która ewentualnie wyłoniłaby się z NATO czy UE, będzie zainteresowana partnerem posiadającym własny potencjał odstraszania. Każdy podejdzie do niego jak do fantastycznego sojusznika, którego nie trzeba całkowicie ochraniać.

Broń atomowa

A czy po słowach kanclerz Merkel, które można zinterpretować jako „liczcie jedynie na siebie”, nie lepiej wejść w posiadanie najmocniejszej broni odstraszającej – atomowej, której skonstruowanie nie stanowi już chyba wielkiej zagadki?
– Rzeczywiście bomba atomowa jest ogromną siłą odstraszającą. Powiem tak: gdyby Ukraina miała broń atomową i środki jej przenoszenia, nie sądzę, by Rosja zdecydowała się na zajęcie Krymu czy w ogóle wojnę z nią. Ale też dobrze, że Ukraina takiej broni nie ma, bo to państwo jest w stanie rozkładu, uległo zwasalizowaniu i nikt nie może zaręczyć, że nie dostałaby się w niepożądane ręce lub nie została użyta bezzasadnie. Mówiąc o broni nuklearnej, trzeba pamiętać, że jest ona również niebezpieczna dla tego, kto ją posiada. W deklarowaniu tego, że warto ją mieć, byłbym bardzo ostrożny, ale być może w sytuacji dezintegracji NATO i UE trzeba będzie, mając na uwadze nasze bezpieczeństwo, zastanowić się nad sensem posiadania broni nuklearnej. Pamiętajmy jednak: to jest broń bardzo gorąca i nie można patrzeć na nią przez pryzmat filmów hollywoodzkich. To broń, która cały czas wymaga nieprawdopodobnej ochrony, opieki i kontroli, co jest niesłychanie kosztowne. Obserwujemy proces ograniczania arsenałów dawnego ZSRR czy USA – nie jest on wynikiem jedynie pokojowych dążeń tych państw, ale głównie tego, że ten arsenał potwornie dużo kosztuje. Jego ograniczanie to nic innego jak redukcja środków przeznaczanych na utrzymanie tej broni. Poza tym dzisiaj rozwój technologii militarnych i przemysłu zbrojeniowego jest tak szybki, że pewne rodzaje broni konwencjonalnej dorównują albo i przewyższają możliwości broni atomowej.

Pewne, czyli jakie?
– Pociski samosterujące uzbrojone w głowice termobaryczne. Taki pocisk wystrzelony z okrętu podwodnego ze środka Bałtyku trafi w rozpoznany cel i wybuchnie z siłą małego ładunku nuklearnego. Być może zrobi jeszcze większe szkody, a przy tym nie będzie radiacji. Dodać do tego trzeba, że łatwiej podjąć decyzję o użyciu precyzyjnej broni konwencjonalnej niż nuklearnej.

Jak się ma ta wizja polskiego systemu odstraszania do tego, który obowiązuje w naszej armii, realizowanego przez poszczególne ekipy rządowe?
– Wśród rządzących coraz głośniej mówi się o arsenale odstraszania. To pojęcie przebiło się do nich, ale musi zostać sprecyzowane. O tym też myśli coraz więcej wojskowych, choć wśród nich nadal pokutuje myślenie kategoriami minionych konfliktów.

Takie myślenie przekłada się na planowanie obronne i zakupy broni?
– Niestety, nadal mamy tu myślenie kategoriami toczenia bitew obronnych XX w. na własnym terytorium. A to proszenie się o nieszczęście i pożogę. Pora przyjąć, że nowoczesne siły zbrojne swoim potencjałem mają odstraszać, a nie zapraszać do ich wypróbowania na naszej ziemi.

W co zatem niepotrzebnie wpakowaliśmy pieniądze?
– Sporo jest programów zakupów, w które weszliśmy, a które nie zwiększają naszej obronności. Jednym z nich jest zakup kolejnej partii czołgów Leopard 2, za które musieliśmy przedpłacić z ubiegłorocznego budżetu obronnego. Te czołgi tylko teoretycznie są nowoczesne, ponieważ w większości zmodernizowano je w RFN z wykorzystaniem tych samych wozów, które poprzednio teoretycznie pozyskaliśmy tak tanio. Te wszystkie czołgi, i tamte A4, i te nowsze A5, mają analogowe, nie cyfrowe systemy kierowania ogniem i łączności. Mało tego, nie mamy do nich amunicji. Dopiero zaczęliśmy myśleć o jej produkcji w Polsce. Do tej pory nie ma zwartego systemu ich serwisowania i napraw ani programu koniecznej modernizacji. A takie były obietnice składane naszej zbrojeniówce.

Czołgi z lamusa

Naprawdę popełniliśmy tak kardynalne błędy przy ich zakupie?
– Opowiem o wielkiej wpadce. Nasze leopardy uzbrojone są w nietypowy system broni maszynowej, w trafiające w Niemczech do lamusa karabiny maszynowe MG 3, wywodzące się z MG 42 Wehrmachtu. Mamy więc kilkaset kaemów o wartości historycznej, które chętnie kupiliby kolekcjonerzy czy rekonstruktorzy udający formacje III Rzeszy…

To te czołgi triumfalnie pokazywane na defiladzie 15 sierpnia?
– Tak, to one.

I mają być naszą chlubą?
– Wróćmy do ich karabinów MG 3. Nie ma do nich w Polsce części zamiennych, a przecież mamy własne karabiny PK 2000, o niebo nowocześniejsze, ale nie da się ich zamontować do leopardów. Podejmowano dramatyczne próby przewiercenia pancerza jarzma wieży, by zamontować naszą broń, ale wtedy narusza się odporność najbardziej newralgicznego punktu pancerza. Cóż, były kraje, które, nabywając leopardy, zażyczyły sobie wbudowania własnej broni maszynowej. To trzeba było wcześniej wiedzieć i zanalizować. Ale w MON zlikwidowano przecież Biuro Analiz Rynków Uzbrojenia…

Jeżeli mamy takie wpadki jak z offsetem F-16 i zakupem leopardów, to co nam da urząd, w którym zasiądą tacy sami albo i ci sami ludzie, którzy do tej pory opracowywali plany zakupów i je realizowali?
– Trzeba powiedzieć sobie jasno: obecny Inspektorat Uzbrojenia nie sprawdza się i jest nie do utrzymania, ma na sumieniu zbyt wiele wpadek. Żeby nie być gołosłownym, przytoczę tylko sprawę zakupu rosyjskich silników do samolotów MiG-29. Podatnicy powinni wiedzieć, że kupujemy te silniki o wiele drożej niż na wolnym rynku, bo przez wskazanego pośrednika. Nowy urząd powinien zatrudniać i skupiać ludzi inaczej myślących, niewmotanych w dotychczasowe przedsięwzięcia. Powinni być w nim nie tylko wojskowi, ale i ludzie wyrośli z przemysłu zbrojeniowego, pracujący w strukturach NATO. Ten urząd powinien uporządkować cały bałagan, z którym mamy teraz do czynienia. Chcę zwrócić uwagę, że poprzedni ministrowie obrony narodowej mówili już o konieczności powołania takiej instytucji, ale na zapowiedziach się skończyło i mamy to, co mamy.

Co konflikt ukraiński wnosi albo powinien wnieść do myślenia o systemie obrony Polski?
– Przede wszystkim to, że najlepiej bronić własnego społeczeństwa daleko od kraju, że może to robić jedynie sprawnie funkcjonujące państwo. I że, o czym zapomnieliśmy, musi istnieć społeczna chęć dania czegoś zupełnie bezinteresownego od siebie dla dobra ogółu. Również dla obronności. Ostatnie 25 lat spowodowało, że jesteśmy zindywidualizowani, że nie obchodzi nas, co się dzieje dookoła, bo czuliśmy się bezpieczni. Interesuje nas wyłącznie to, co dotyczy naszej osoby, mieszkania, posiadłości, a nie to, co jest za płotem. Musimy doprowadzić do tego, żeby przynajmniej część Polaków zrozumiała, że aby przetrwać, należy coś od siebie dać wspólnocie.

Kto zgarnie 130 mld zł

Oprócz neoliberalizmu wmówiono nam, że Ameryka nas obroni.
– Niech to będzie najlepszy komentarz do tego, co wcześniej powiedziałem. W krajach rozwiniętych, np. w RFN i USA, istnieje procedura, że przedsiębiorcy deklarują oddanie części swojego parku przewozowego, logistycznego na potrzeby obrony państwa w przypadku kryzysu. W zamian za to otrzymują ulgi podatkowe. Znam przypadek niemieckiego przedsiębiorcy spedycyjnego osiadłego w Poznaniu, który poszedł do urzędu i powiedział, że chce zadeklarować jedną trzecią swojego taboru spedycyjnego na potrzeby obronności.

Już widzę miny urzędników.
– Warte byłyby pokazania na YouTube. Teraz słyszymy, że na wypadek kryzysu rozlokowane zostaną u nas wojska NATO, ale jak je rozwieźć, jak sprawić, że parę tysięcy ludzi będzie otrzymywało stałe dostawy sprzętu i zaopatrzenia? Pojazdów naszej armii nie wystarczy. Kto wie, że większość naszych żołnierzy, którzy polecieli do Iraku i Afganistanu, skorzystała z tego rodzaju procedury, oczywistej w USA? Tam linie lotnicze odpisują jedną trzecią swoich samolotów pasażerskich na wypadek kryzysu i rząd amerykański z tego korzysta. U nas nikt nawet o tym nie pomyślał, nigdy, bo panuje fatalne przeświadczenie, że obronność przypisana jest tylko armii.

A co nowego dostrzeżono w wojnie na Ukrainie, jeżeli chodzi o wojsko?
– Tam mamy do czynienia z operacją, w której biorą udział przede wszystkim siły specjalne, rozproszone i nie jest to rodzaj działań, z którym do tej pory się stykaliśmy. NATO i inne wielkie sojusze powstałe po II wojnie były nastawione na obronę przed inwazją wielkoskalową. A tu mamy taktykę, którą nazywam podprogową – małe siły przenikające, destabilizujące. Trzeba z tego wyciągnąć wnioski i przestać myśleć, że hordy rosyjskich czołgów zaatakują nasz kraj, gdy tymczasem wystarczy całkowicie nas zablokować za pomocą cyberataku. Dopiero teraz tworzymy strukturę obrony cybernetycznej, pierwszych 42 studentów WAT stanowić będzie zalążek polskiego wojska cybernetycznego.

Wracając do uzbrojenia, czy nie stanie się teraz tak, że będziemy kupować na potęgę wszystko, co ktoś będzie nam wciskał?
– Bardzo się tego obawiam, powiem więcej, jestem bliski przekonania, że tak będzie. Mamy już pierwszy tego sygnał w postaci rekonfiguracji wspomnianego już przeze mnie programu „Wisła” – systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego średniego zasięgu, który ma być częścią dużego przedsięwzięcia – budowy Tarczy Polski, a którego koordynatorem miał być polski przemysł. Już wiadomo, że zrezygnowano z tej koncepcji pod wpływem lobbingu, pod wpływem emocji, paniki oraz nieodpowiedzialnych zachowań i działań polityków.

Czyli beneficjentem owych 130 mld zł będą firmy zagraniczne.
– Wiele na to wskazuje. Pojawił się pomysł, żeby w Europie budować jedno duże przedsiębiorstwo, konsorcjum zbrojeniowe, ponadnarodowe. Takie oczywiście już są, ale teraz ma powstać gigantyczny organizm gospodarczy jednoczący przemysły zbrojeniowe krajów europejskich. A to dla słabego polskiego przemysłu zbrojeniowego, w znacznej mierze zaniedbywanego przez rządzących, oznacza, że w starciu z gigantami właściwie zniknie z mapy. Zapominamy, że obronność tworzy nie tylko armia, ale także narodowy przemysł zbrojeniowy.

Ten nasz przemysł będzie miał takie znaczenie, jakie mają nasze zakłady w europejskim przemyśle motoryzacyjnym – mamy montownie, a polska myśl techniczna sprowadza się do produkcji fotelików samochodowych.
– Dramat polega na tym, i to także jest podsumowanie naszego 25-lecia, że Polska nie wzięła udziału w żadnym wielkim programie zbrojeniowym Europy, choć była taka sposobność. Jest jeden wyjątek. Polska znajduje się wśród pięciu graczy o przyszły standard cyfrowej łączności polowej NATO i UE. Ale nie dzięki zaangażowaniu instytucji wojskowych, tylko prywatnej inicjatywie paru osób i prywatnej korporacji. Mimo że jesteśmy członkiem Europejskiej Agencji Obrony i płacimy konkretną składkę na programy, nie potrafimy z tego wyciągnąć korzyści. Nie uczestniczymy w programie budowy wozu bojowego, europejskiego samolotu transportowego, bo zostały tylko lotnicze wojskowe zakłady remontowe.

Zakłady produkujące na rzecz armii sprzedaliśmy za bezcen.
– Nie jesteśmy w stanie wykorzystać najnowszej propozycji Ukraińców. Oni mają ogromne zakłady lotnicze im. Antonowa w Kijowie i Charkowie, w których powstały słynne wielkie transportowe An-124. Korzysta z nich NATO i cały świat. Ukraińcy skierowali do nas pytanie, czy nie chcemy w miejsce Rosji uczestniczyć w programie rozwoju ich nowych transportowców. Ale kto ma z nimi podjąć poważny dialog, skoro zostały tylko lotnicze wojskowe zakłady remontowe? Już nie mamy przemysłu lotniczego, pozbyliśmy się go. Ten przykład niech pozwoli zrozumieć, że my, podatnicy, składamy się na te deklarowane 130 mld zł i powinniśmy starannie się przypatrywać, jak wybrani przez nas rządzący zamierzają je wykorzystać w niewątpliwie trudnych i ciekawych czasach.

Wydanie: 39/2014

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy