Nie dajmy się zastraszyć!

Nie dajmy się zastraszyć!

Największym wrogiem wolności są nie sami tyrani, ale konformizm, strach i obojętność społeczeństw

Agnieszka Holland – reżyserka

Jeszcze nie tak dawno wszyscy świętowaliśmy przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Dzisiaj polski rząd we własnej sali konferencyjnej zdejmuje unijną flagę, a premier Beata Szydło z dumą zawiadamia o tym Polaków… Co pani o tym sądzi?

– Unijna flaga to bardzo istotny symbol. Ostentacyjne pozbycie się jej przez polską premier zostało natychmiast dostrzeżone w świecie. To wygląda na prowokację. Nie ma innego wytłumaczenia. PiS idzie po bandzie również w sferze symboli. Jaki jest jego dalszy cel, trudno powiedzieć. Czy testuje, ile naród wytrzyma, jak bardzo można lżyć obywateli niezgadzających się z działaniem władzy i poniżać opozycję, ile swobód i kotwic można zniszczyć bezkarnie? Czy też chce szybko zmienić status quo, rozchwiać i podporządkować sobie instytucje strzegące prawa (już wiadomo, że obowiązującego prawa nie strzeże ani prezydent, ani większość parlamentarna), żeby nie mieć nad sobą żadnej konstytucyjnej kontroli? Rozumiem silne ciągoty autorytarne pisowców i potrzebę rewanżu, zemsty, ale mogliby postępować w sposób mniej ostentacyjny, nie obrażając codziennie inteligencji Polaków. Osiągać te same cele bez antagonizowania ogromnej masy społeczeństwa i społeczności międzynarodowej. Nie wiem, czy ten nocny blitzkrieg i narastający chaos są świadomą strategią, sposobem na skuteczne ubezwłasnowolnienie obywateli, czy świadczą o nieudolności nowych władz.

Codziennie budzimy się w innej rzeczywistości, bo zmiany – w prawie, funkcjonowaniu służb i państwa – dokonują się teraz nocą. Prezydent łamie konstytucję, ignoruje wyroki Trybunału Konstytucyjnego. Do polityki wkraczają nowe standardy czy raczej ich brak?

– Jakoś przykro mi się to kojarzy. Stalinowskie aresztowania i procesy również odbywały się w nocy. Destabilizują tym ludzi, wprowadzają permanentny niepokój. Nie ma żadnego powodu – poza rytmem biologicznym Kaczyńskiego – żeby te zmiany dokonywały się nocą. Wszystko mogłoby się odbywać w normalnych godzinach. Powinna się tym zająć Państwowa Inspekcja Pracy, to niehigieniczne.

Pycha kroczy przed upadkiem

Jerzy Stępień, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, działania PiS określił jako zachłyśnięcie się władzą. Może ono minie?

– Nie liczyłabym na to. Buta i pycha wydają się narastać. Proces zastraszania różnych środowisk dopiero się zaczyna. Specjalną metodą jest poniżanie i grillowanie przeciwników politycznych. Lżenie ich i insynuowanie brudnych powiązań lub ośmieszanie (zwracam uwagę na nadużywanie określenia histeria – zaczęło się od premier Kopacz, którą prezydent Duda starał się unieważnić, nie spotykając się z nią nawet, a dziś histerykami są już wszyscy niezgadzający się z PiS). Ta metoda sprawdziła się w trakcie kampanii prezydenckiej, a niefrasobliwość sztabu prezydenta Komorowskiego, który nie umiał sobie z tym poradzić, doprowadziła do klęski, która stała się zaczątkiem dzisiejszej biedy. PiS cytowało wtedy powiedzenie „Pycha kroczy przed upadkiem”, dziś można im to wrócić, bo ich pycha jest monstrualna. Nie wiadomo, czy zdają sobie sprawę z tego, że w pewnym momencie przekracza się jednak punkt krytyczny. Sytuacja u nas nie jest taka jak na Węgrzech, mandat PiS nie jest równie silny jak Orbána. Mam nadzieję, że opór społeczny będzie rósł i nie damy sobie włożyć głowy w jarzmo. W naszej niedawnej historii za dużo mieliśmy takich sytuacji, kiedy naród nie był suwerenem, społeczeństwo nie miało nic do gadania.

Mówi się, i to ustami rzeczniczki rządu pani Witek, o postawieniu Donalda Tuska przed Trybunałem Stanu „za Smoleńsk”. Pracownik KUL w stopniu doktora na Twitterze posyła Tuska do „celi ze stalowymi kratami i pedofilem do towarzystwa”… Wszystko już wolno?

– Wolno już od bardzo dawna. Niedługo po Smoleńsku zaczęły się na ulicach sabaty czarownic, pochody organizowane przez kluby różnych gazet, przez PiS, Radio Maryja… Pełno tam było wyzwisk i oskarżeń pod adresem urzędujących wtedy premiera i prezydenta – o morderstwo, o zdradę, Bóg wie o co jeszcze… Granice insynuacji i otwartych oskarżeń codziennie przesuwano. I to pozostawało kompletnie bezkarne. Bezkarność się mści. Nie można lżyć i oskarżać ludzi, nie przedstawiając żadnych dowodów poza pękającymi parówkami. Płacimy teraz za nieprzestrzeganie prawa i cywilizowanych zasad współżycia. Ich łamanie pozostało bezkarne, w efekcie mamy teraz panów Ziobrę, Kamińskiego i Macierewicza u władzy. Być może wkrótce zaczną się procesy pokazowe, bo dlaczego nie? Bo co może PiS powstrzymać? Mogłaby temu zapobiec tylko masowa niezgoda społeczeństwa. PiS liczy, że to nie nastąpi, że uda się wszystkich zastraszyć, zglajchszaltować, kupić albo wpędzić w depresję bezradności. Mam jednak nadzieję, że się nie damy, że à la longue (bo to może być długi marsz) nie pozwolimy sobie odebrać wolności ani podmiotowości.
Tylko że wtedy wróg był jeden, a społeczeństwo potrafiło się zjednoczyć.
– Teraz też jest jeden… Wrogiem jest zamach na demokratyczne państwo prawa, na które czekaliśmy kilkadziesiąt, a może i kilkaset lat.
Ale społeczeństwo jest podzielone. Widać to było na dwóch grudniowych marszach, widać to także w sondażach opinii.
– Coraz więcej ludzi nie radzi sobie ze skomplikowaniem wyzwań, które stawia dziś świat. Autorytaryzm wydaje się łatwiejszym, bezpiecznym rozwiązaniem; potrzebują guru, przewodnika, który buduje wspólnotę na zarządzaniu strachem i konstruowaniu wroga. Ten wróg przydaje się choćby po to, by o własne niepowodzenia móc oskarżać innych. Jest taka grupa w Polsce, może większa niż w innych krajach. Ale nie wszyscy, a w moim odczuciu nawet nie większość. Są też młodzi ludzie, dla których demokracja jest czymś tak zwyczajnym, że widzą raczej jej cienie niż blaski. Mają pretensje do państwa, że ich zostawiło, że nie spełnia ich aspiracji bytowych, że stworzyło pustkę aksjologiczną. Prymitywny nacjonalizm wydaje się tę pustkę zapełniać, być spoiwem wspólnoty, źródłem siły. Wielkim zaniedbaniem ze strony poprzedniej ekipy było to, że straciła kontakt z młodzieżą. Odwróciła się od niej. W efekcie straciła młodych, którzy podryfowali w stronę skrajnych nacjonalizmów, skrajnych libertarianizmów, czasem na granice populistycznego faszyzmu, uwiedzeni przez Korwin-Mikkego, Kukiza lub Kaczyńskiego. To ogromny błąd, nie wiem, czy w ogóle do odrobienia w tym pokoleniu.
Fetyszem stało się pojęcie dobra narodu, którym szermuje PiS, mając w istocie słabą do tego legitymację – na tę partię głosowało 19% ogółu uprawnionych (przy frekwencji 50,92%).
– Pomaga w tym starszy, szlachetnie wyglądający pan, Kornel Morawiecki, który z mównicy sejmowej nawołuje, by nad prawem stawiać dobro narodu (to już było w historii, nieprawdaż? I źle się kończyło…). A o tym, co jest dobrem narodu, kto decyduje? Myślę, że naprawdę niebezpiecznie jest bawić się takimi hasłami. Może być z tego pożar.

Kultura – część większej całości

Zamachu dokonuje się nie tylko na prawo, ale i na kulturę, zresztą zgodnie z zapowiedziami prezesa Kaczyńskiego o konieczności przeprowadzenia „rewolucji moralnej w kulturze”. Minister Piotr Gliński, domagając się odwołania premiery w Teatrze Polskim we Wrocławiu, próbował wprowadzić cenzurę prewencyjną. A teraz na życzenie ministra idzie pod nóż – na podstawie nagrań wideo (!) – Jan Klata i jego dwuletni dorobek w Starym Teatrze.
– Słuchałam kolejnych wypowiedzi ministra, kiedy powtarzał jak mantrę, że „nie będzie pornografii w teatrze za publiczne pieniądze”. To była trochę niezdarna obrona przez atak, bo oburzonym jego postępowaniem chodziło o cenzurę prewencyjną, a nie o twórcze środki reżyserki. Na uwagę zasługuje też pojęcie publiczne pieniądze. To demagogiczny argument, który często wraca. Władza ma skłonność uważać, że środki publiczne są jej pieniędzmi i może nimi dysponować, jak jej się żywnie podoba.
A nie może?
–  Publiczne pieniądze należą do nas wszystkich. Pochodzą z podatków, które odprowadzają podmioty propisowskie, antypisowskie, katolicy i ateiści, ludzie, którzy interesują się teatrem, oraz tacy, których teatr w ogóle nie obchodzi. Wszyscy płacą podatki, a potem na podstawie umowy między rządzącymi i społeczeństwem te podatki są dystrybuowane w różny sposób. Oczywiście zdarza się, nie tylko w sytuacjach kryzysowych, że kultura nie jest ważna dla tego czy innego rządu, więc zmniejsza on jej finansowanie. Jako Obywatele Kultury zabiegaliśmy, by ten budżet nieustannie się zwiększał – na tle Europy jesteśmy i tak bardzo w tyle. W kulturze najważniejsze są pluralizm, wolność twórcza, odwaga eksperymentu. Istnieje też coś takiego jak samorządność, również samorządność samych środowisk kultury. O taką samorządność zabiegał przecież i prof. Gliński w swoim poprzednim wcieleniu.
Jak te pieniądze są wydawane w sensie preferencji instytucjonalnych – czy idą na muzea, teatry, czy na coś innego – decyduje minister kultury i na to jest zgoda. Ale gdy zaczyna on decydować, że do finansowania mają prawo tylko określeni twórcy, posługujący się określoną formą i wytwarzający określone treści, wracamy do sytuacji, którą znaliśmy z PRL – zideologizowanego, odgórnego dysponowania treściami kultury obecnymi w przestrzeni publicznej. I to jest szalenie niebezpieczne! Dziwię się, że takie poglądy zaczyna głosić człowiek, który jest, po pierwsze, ministrem kultury, a po drugie, profesorem socjologii, znanym z tego, że zajmował się społeczeństwem obywatelskim. Jego niedawne poglądy tak bardzo odbiegają od tego, co on dzisiaj wydaje się robić, że zastanawiam się, co się z nim stało. Trudno to wytłumaczyć.
Może za długo był „premierem z tabletu”?
– Być może. Przez te lata, kiedy się ośmieszał i był ośmieszany, mógł nagromadzić w sobie ogromnie dużo frustracji i nieufności. Ale przecież jest człowiekiem dojrzałym. Nie uważam, by wykształcenie dawało gwarancję mądrości, ale on przecież budował swoją pozycję przez wiele lat. A tu nagle jakby tabula rasa, jakby wylądował prosto z kart zapomnianej historii… Nie rozumiem tego z punktu widzenia fenomenu ludzkiego. Bo politycznie mogę zrozumieć – to po prostu część większej całości. Teraz dopiero widać, jak głęboko politykom wychowanym w PRL wdrukowała się w podświadomość matryca takiego „bolszewickiego” myślenia, jak łatwa jest pokusa autorytaryzmu, wręcz zamordyzmu, nieliczenia się z niczym i nikim, kiedy się ma pełnię władzy. I jak płytka jest edukacja demokratyczna. Bo kolejne pokolenia zadziwiająco łatwo łapią bakcyla autorytaryzmu. Przypomina mi się zdanie z „Traktatu poetyckiego” Miłosza: „Jest ONR-u spadkobiercą Partia”. Teraz można powiedzieć: Jest spadkobiercą Partii nowy ONR…
„Różańce w dłoń i módlmy się. (…) Bez dalszego szturmu modlitewnego ta zmiana się nie dokona”, nawołuje Tomasz Terlikowski na łamach „Gazety Polskiej”. Już w pewnym sądzie od matki walczącej o przyznanie jej opieki nad dzieckiem zażądano świadectwa z parafii, że jest „praktykującą katoliczką”. W przestrzeni publicznej miejsce dla ludzi o światopoglądzie innym niż konserwatywny wyraźnie się kurczy.
– A nie byli też rozpieszczani przez poprzednią ekipę… Ludzie o innych poglądach czy innej orientacji muszą bronić swojej przestrzeni i swojego prawa do życia w godności i do równości wobec prawa – alternatywą jest autocenzura lub emigracja. Wygląda na to, że ideologizacja będzie totalna, że będzie się wdzierać we wszystkie sfery życia. Za chwilę trudno będzie robić w oficjalnej przestrzeni cokolwiek niezależnego. Przy takiej agresywności ideologicznej i legislacyjnej nowej ekipy grozi nam rodzaj ideologicznego totalitaryzmu. Trzeba się przed tym bronić, póki czas. Polska jest wszystkich; nie wolno nam o tym zapomnieć, choć prezes Kaczyński jest mistrzem w dzieleniu społeczeństwa na wrogie, nienawidzące się plemiona, w wykluczaniu i poniżaniu Polaków „gorszego sortu”. Dla mnie to znak strachu i bezradności.

Odpowiedzialność twórcy

Przed nami czystki w mediach. Kompetencje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji ma przejąć specjalnie powołane nowe ciało – Rada Mediów Narodowych. Przy kształcie telewizji już majstruje w ministerstwie Jacek Kurski. Mamy się bać?
– Nie ma złudzeń. Czeka nas nocna zmiana w mediach. Wszyscy są na to przygotowani. Zresztą za pierwszych rządów PiS też odbyło się to bardzo szybko. Żadna ekipa nie zdobyła się na prawdziwe odpolitycznienie mediów publicznych, co jest wielkim grzechem naszej demokracji i kolejnych rządów. PiS jak zwykle ma pełną gębę narodowych frazesów, ale chodzi o to, by doprowadzić do koryta swoich i podporządkować sobie media nie tylko publiczne, panować nad możliwie pełnym przekazem, uprawiać bezwzględnie jednostronną propagandę. Liczą, że w ten sposób – wspólnie ze szkołą i Kościołem – wychowają naród na swoją modłę. Ci, którzy się nie dadzą, zostaną skazani na podrzędność.
Wróćmy do spraw kultury: premier Gliński zapowiada konkurs na wysokobudżetową produkcję promującą polską historię, rozsławiającą nas w świecie. Jednocześnie dowiadujemy się, że takie filmy jak „Pokłosie” czy „Ida” nie powinny w Polsce powstać. Oscar nie rozsławił naszej kinematografii wystarczająco?
– Prawdopodobnie te filmy za rządów PiS nigdy by nie powstały. Scenariusz „Pokłosia” złożono do PISF za rządów PiS i nie został on przyjęty. Twórcy filmu zarzucali poprzedniej dyrektor tej instytucji, Agnieszce Odorowicz, że zadecydowały względy pozamerytoryczne – polityczne. Nastrój tamtych czasów z pewnością odcisnął się na urzędniczej decyzji. Teraz może być tylko gorzej. Zapewne zacznie się ręczne sterowanie kulturą i filmy poruszające trudne, bolesne tematy z naszej historii nie powstaną albo pójdą na półki. Dziś trudniej odkładać na półkę – mamy wolny rynek. Ale można zastraszyć nadawców prywatnych i dystrybutorów, wprowadzić rodzaj miękkiego terroru. Największym wrogiem wolności nie są sami tyrani, ale konformizm, strach i obojętność społeczeństw.
A co do samego konkursu, dlaczego nie? Im więcej będzie w Polsce powstawać filmów, tym lepiej. Mamy ogromne zaniedbania w opowiadaniu naszej historii, również najnowszej. Jest wielu bohaterów, którzy mogliby o nas powiedzieć coś ważnego nam samym i światu. Ale jeżeli PiS chce promować jedynie słuszne propagandowe utwory, sądząc, że wystarczy władować w nie dużo kasy, by zaistniały w świecie jako emanacja „wspaniałej, narodowej” Polski, to się myli. To tak nie działa. Nachalna propaganda nie odnosi sukcesu. Chciałabym zatem, żeby to nie były pieniądze wyrzucone w błoto, żeby nie robiło się za miliony dolarów filmów, które nikogo nie obejdą i których nikt nie będzie oglądał.
Jak w te nowe trendy wpisuje się pani film „Pokot” na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”?
– „Pokot” jest poza trendami, mam nadzieję. To długa produkcja, dlatego że w filmie muszą się znaleźć zdjęcia kręcone w każdej z czterech pór roku. Została nam jeszcze zima. Później czeka nas montaż, efekty specjalne, udźwiękowienie itd. Premiera odbędzie się prawdopodobnie wczesną jesienią 2016 r.
A w polskim świecie filmowym dzieją się cuda – niespodziewanie znalazł się tajemniczy sponsor, który dał 5 mln zł na dokończenie filmu Antoniego Krauzego o Smoleńsku. Można by zapytać, dlaczego sponsor nie znalazł się wcześniej, gdy rządziła PO?
– Nie wiem, może nie wiedział, czy mu się opłaci, a teraz już wie… Nie wiem, kto nim jest, ale nie widzę niczego oburzającego w tym, że film powstaje i są ludzie, którzy chcą go dofinansować. Wcześniej nie dostał dofinansowania komisji eksperckiej PISF, ponieważ uznano, że jakość scenariusza nie spełnia standardu. I to według mnie – czyli jakość scenariusza – powinno być jedynym kryterium przyznawania tzw. publicznych pieniędzy. Nie czytałam scenariusza Antoniego Krauzego, ale niezależnie od tego, że nie podoba mi się jego koncepcja „zbrodni smoleńskiej”, uważam, że każdy ma prawo do robienia filmu z punktu widzenia, w który wierzy, pod warunkiem że nie narusza przy okazji prawa. Gdyby więc ktoś mnie zapytał, czy można dofinansować ten projekt, czy nie, powiedziałabym, że to zależy od scenariusza. W sensie czysto jakościowym. Wiedząc, że scenariusz jest tylko projektem filmu i że zdarza się – rzadko – że powstaje dobry film ze słabego scenariusza.
Znamy już termin premiery – 16 marca. Będzie hit?
– Antoni Krauze, do którego, jeżeli chodzi o poglądy, jest mi dzisiaj bardzo daleko, to utalentowany, znaczący polski twórca. Być może jego film będzie przekonujący i pójdą na niego miliony, specjalnie nie ma się co tu oburzać. Oliver Stone, który, nawiasem mówiąc, dzisiaj jest przyjacielem Putina, nakręcił film o zamachu na JFK, który też był spiskową wersją dziejów. Niewiele miał wspólnego z prawdą historyczną, ale filmowo był bardzo udany. Dopóki nie jest to bezpośrednia propaganda służąca celom doraźnie politycznym, twórcy wolno wszystko. Ale jeżeli to propaganda, za którą pójdzie działanie, np. aresztowania polityków poprzedniej kadencji, jeżeli zostanie to użyte jako dowód w sprawie, obciąży twórców w podobny sposób, jak Leni Riefenstahl obciążały jej filmy ku chwale Hitlera. Trzeba bardzo uważać, odgraniczać swoje wypowiedzi prywatne od tego, co się mówi poprzez sztukę. Odpowiedzialność moralna twórcy polega również na tym, by – nawet jeżeli sam jest człowiekiem skrajnych poglądów – nie grał roli prokuratora. Ja w każdym razie tak rozumiem sztukę.
Marsz protestacyjny w obronie demokracji, który odbył się 12 grudnia, dowodzi, że społeczeństwo się obudziło. Sądzi pani, że ten sprzeciw społeczny odniesie jakiś skutek?
– Brutalna siła zawsze na początku wywołuje rodzaj hipnozy. Ale w pewnym momencie zbiera się masa krytyczna i okazuje się, że ludzie nie poddają się tak łatwo. Mam nadzieję, że Komitet Obrony Demokracji stał się zaczynem nowego ruchu obywatelskiego, który ukonstytuuje się prawnie. Trzymam kciuki. Zapewne dołączę do którejś z inicjatyw tego typu. Liczę też na zdrowy rozsądek opozycji. Niezależnie od poglądów, bardziej lewicowych czy prawicowych, myślę, że i lewica, i centrum reprezentują koncepcję demokracji parlamentarnej versus demokracja autorytarna. Ten konflikt jest wyrazisty, więc to dobry moment, żeby zacząć działać, definiować cele, budować sobie poparcie, żeby być głosem tych, którzy nagle nie mają swojego reprezentanta w Sejmie i zostali zakneblowani. Trzeba bronić podstawowych zasad państwa prawa i instytucji demokratycznych, będących gwarantem, że państwo prawa nie zmieni się w państwo bezprawia.
„Pewnego dnia ten kraj całkiem kiedyś odleci”, mówi postać z rysunku Jana Kozy. Kiedy się słucha obrad w Sejmie, można odnieść wrażenie, że rzeczywiście odlatujemy…
– W tej chwili odlatujemy. Ale trudno snuć prognozy. Są one rozpięte między skrajnym pesymizmem i samobiczowaniem – że my, Polacy, w gruncie rzeczy nie umiemy docenić wolności, że na własne życzenie wróciliśmy do klatki i zakładamy sobie kaganiec, że zawsze w historii wszystko psuliśmy, że chętniej burzymy, niż budujemy – a nadzieją, że to niezbędna lekcja, z której wyciągniemy pozytywne wnioski. Pierwszym dowodem jest choćby udana i jakoś radosna wspólnotowa manifestacja z 12 grudnia. W każdym razie obowiązkiem czujących odpowiedzialność za Polskę jest nie dać się zastraszyć, nie rezygnować, nie ulegać depresji. Trzeba działać! Mówić głośno. Nazywać czarne czarnym, a białe białym. Nie lękać się.
Ponieważ to numer świąteczno-noworoczny, czego życzy pani Polakom?
– Siły, odwagi, determinacji i dobrej energii. Nie dajmy się zamknąć w matriksie, gdzie realne życie, pełne piękna i niebezpieczeństw, twórczych konfliktów, kolorów, różnorodności, przyjaźni, ciekawości, cierpienia, miłości, zastępują ponure reguły Orwellowskiego świata odwróconych wartości. A przede wszystkim nie traćmy poczucia humoru. Śmiech jest naszą najlepszą bronią!

Wydanie: 52/2015

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Marianna
    Marianna 31 grudnia, 2015, 03:05

    Korekturę? Chyba korektę… Jesteś pewien, że to PiS robi właśnie? Dlaczego słuchasz propagandy pisowskiej odnośnie sędziego Stępnia? Przecie niejednokrotnie TK wskazywał błędy w ustawach poprzedniego rządu, tak trudno myśleć samodzielnie? Przecież to teraz właśnie masz bełkot pt. autorytarność dla dobra społeczeństwa. Człowieku, nie wiem ile masz lat, ale zacznij słuchać różnych ludzi /zwłaszcza „wrogów”/ i myśl. „Korektura” prawa przez obecny rząd prowadzi w prostej linii do dyktatury, jak tego nie widzisz, to pewnie lepiej śpisz, póki co …

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Stefan2015
      Stefan2015 31 grudnia, 2015, 09:44

      korekture czy Korektę to niby mała różnica w nazewnictwie a w znaczeniu…….
      Trudno oczekiwać zrozumienia tych niułansów od kogoś kto zaczyna od ” tak trudno myśleć samodzielnie? Przecież to teraz właśnie masz bełkot ” i”obecny rząd prowadzi w prostej linii do dyktatury” Ja proponuje Ci abyś przed pisaniem tegotypu uwag zerknąć czasami w lusterko jako refleksje do gąłębszych przemyśleń.Zastanów się nad tym:

      Strach ma duże oczy i przejaskrawia realia.

      Odpowiedz na ten komentarz
    • Ewa Major
      Ewa Major 2 stycznia, 2016, 20:56

      Calkowicie sie z Pania zgadzam.Nie potrafie zrozumiec elektoratu pisowskiego.Dlaczego ci ludzie tak im slepo wierza.Dlaczego nie sluchaja innych i sami nie wyciagaja wlasnych wnioskow do czego obecny rzad dazy?A moze im odpowiada krotka smycz bo wtedy dobrze im sie zyje???

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. stan
    stan 6 stycznia, 2016, 15:03

    ten cały max to wielkie goowno i spieprzaj zn im do kibla walić kolanko…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy