Bogowie, mędrcy i zrzędy

Bogowie, mędrcy i zrzędy

Przez wieki seniorów uważano za kogoś niezwykłego. Dziś stanowią oni 20% społeczeństwa. Co to dla nas oznacza?

W XVII w. więcej niż 65 lat miało zaledwie 5-6% populacji. W kolejnych stuleciach wraz z postępem medycyny, poprawiającą się jakością żywności i przemianami gospodarczymi spadała liczba urodzeń, przybywało zaś dziadków i babć, którzy żyli coraz dłużej. Obecnie więc seniorzy stanowią niemal jedną piątą społeczeństwa. Według Eurostatu w roku 2017 więcej niż 65 lat miało 19% ludności Unii Europejskiej, a we Włoszech, Niemczech i Grecji – nawet ponad 20%. W Polsce seniorzy to 17% społeczeństwa. Mówi się już nie tylko o trzecim wieku po sześćdziesiątce, ale i o czwartym po osiemdziesiątce.

Dziadkowie i babcie odgrywają w społeczeństwie coraz bardziej znaczącą rolę. Maleje przecież liczba dzieci. Skończyły się też nieliczne roczniki emerytów przetrzebione przez wojnę. Dawniej odsuwani na boczny tor jako ramole i zawalidrogi, dziś seniorzy przestają się odróżniać od młodych archaicznym strojem i stylem bycia. Żyją coraz dłużej i dysponują pokaźną gotówką. Widoczne staje się zatem coraz większe zainteresowanie seniorami przedsiębiorców, sieci sklepów, biur turystycznych, mediów i reklamodawców oraz służby zdrowia – rośnie liczba geriatrów. Ale dziadkowie i babcie napędzają gospodarkę w zamożnych społeczeństwach Zachodu, na biednym Wschodzie są problemem ze względu na konieczność wypłacania im emerytur, rent i z powodu dolegliwości zdrowotnych, powodujących wzrost kosztów służby zdrowia. O poparcie seniorów zabiegają partie polityczne, które odwołują się do ich tęsknoty za przeszłością i młodością. Na wzór Dnia Matki pojawił się także Dzień Babci. Pomysł odnotowano w tygodniku „Kobieta i Życie” w 1964 r. Później powstała tradycja Dnia Dziadka. W różnych okresach to święto rozwijało się też w innych krajach, ale zawsze w związku ze zwiększaniem się emocjonalnego znaczenia dziadków w rodzinie. We Francji święto obchodzone było regularnie od 1987 r.

Mit rodziny wielopokoleniowej?

Żyjemy w świecie lukrowanego konserwatywnego mitu tradycyjnej rodziny wielopokoleniowej, mieszkających w jednym domu: dziadków, rodziców, dzieci, jakiejś zagubionej w życiu ciotki, no i służby. Miało to być podstawą większej trwałości i siły rodziny, mocniejszych więzi, uczuć, większej solidarności i wzajemnej pomocy. Dodatkowe spoiwo miała stanowić religia podtrzymująca rodzinę. Te bardzo powszechne wyobrażenia umacniały się w epoce industrializacji i urbanizacji oraz wielkich migracji w XIX i XX w., kiedy robotnicy dusili się w suterenach i klitkach kamienic czynszowych. Owszem, rodzina wielopokoleniowa z dziadkami, rodzicami i dziećmi istniała w Europie Południowej i Środkowej, ale uznanie jej za rdzeń naszych europejskich wzorów kulturowych to legenda. W rzeczywistości ludzie starzy często mieszkali nie z dziećmi, ale osobno, i młode pokolenie słabo odbierało ich jako babcie i dziadków.

Warto pamiętać, że w dawnych czasach stosunek do dzieci, ze względu na ich ogromną śmiertelność, w ogóle był znacznie chłodniejszy niż obecnie. Podobnie było z wnukami. W pewnym sensie poświęcano im więcej uwagi, dopiero kiedy podrosły. Dziadkowie troszczyli się bardziej o stan rodzących córek, bo śmiertelność okołoporodowa kobiet była duża. Ludzi starych postrzegano nie tyle jako babcie i dziadków, ile raczej jako gospodarzy i pracowników oraz jako starych małżonków. Niemiecki historyk Erhard Chvojka zwraca uwagę na ówczesną demografię, utrudniającą umocnienie pozycji dziadków. Czas życia naszych przodków był krótki i tylko część dziadków mogła się cieszyć wnukami. Wiek, w jakim zawierano małżeństwa, wbrew stereotypom był w Europie późny. W XVI i XVII stuleciu dla kobiet wynosił 25-27 lat, dla mężczyzn 26-29 lat. Odpowiednio dziadkami zostawali oni w wieku 50-55 i 55-60 lat. Jednak 55-60 lat dożywało nie więcej niż 10% społeczeństwa. Z drugiej strony w epoce braku antykoncepcji między pierwszym a ostatnim dzieckiem mogła być różnica nawet 20 lat i te najmłodsze miały bardzo małą szansę poznania swoich dziadków. W jednej z francuskich parafii w latach 1701-1800 przeciętny wiek zawarcia małżeństwa wynosił 27,5 roku. 62% zawierających małżeństwo miało nieżyjących już ojców, podobnie 38% zostających matkami, a więc i ich potomstwo nie miało możliwości poznania dziadków. W miastach seniorzy też często nie mieszkali z dziećmi. Dopiero osoby powyżej 80. roku życia – częściej zniedołężniałe – mieszkały razem z młodszym pokoleniem. Ale było ich bardzo niewiele. Dziadkowie często natomiast wychowywali osierocone albo na pół osierocone wnuki. W Anglii w latach 1650-1749 3% wnuków było wychowywanych przez dziadków, zwykle z powodu częściowego lub całkowitego osierocenia. Działo się tak, kiedy np. matki umierały w połogu czy przy porodzie, a osamotniony ojciec nie był w stanie sprostać sytuacji.

Dożywocie i wycug

Kryzysy związane ze starością w społeczeństwie przednowoczesnym miały postać zupełnie odmienną od dzisiejszej. Nie było zabezpieczeń emerytalnych po okresie aktywności zawodowej, a ta nierzadko trwała aż do śmierci, chyba że pracę uniemożliwiały dolegliwości zdrowotne. Na ziemiach polskich, np. w XIX w., szczególnie na wsi, popularne było zjawisko dożywocia. Polegało ono na tym, że po przejęciu od starego ojca gospodarstwa syn zapewniał mu do śmierci dach nad głową i utrzymanie. Jeżeli syn przejmował gospodarkę, córka dostawała od rodziców przy wyjściu z domu wiano. Pościel, naczynia kuchenne, odzież, żywy inwentarz.

Kiedy gospodarz stawał się coraz mniej sprawny i zdawało się, że młode pokolenie lepiej poradzi sobie z obowiązkami, rosła presja całej rodziny na przekazanie gospodarstwa młodszemu. Dziadek później często w nim jeszcze pomagał, ale już nie na prawie gospodarza. Kiedy syn przejmował gospodarstwo od ojca, ten tracił uprzywilejowane miejsce w domu. Podczas posiłku centralne miejsce zajmował teraz syn i to on kroił chleb, dzielił mięso. Niektórzy seniorzy zastrzegali sobie wymowę, czyli prawo do użytkowania kawałka ziemi, do izby i sprzętów w niej, od tej pory byli na wycugu. Kiedy rodzice byli chorzy, należało nimi się zająć, kiedy nie mogli już dojść do kościoła – dowieźć. W dożywociu gwarantowano własną izbę, a gdy dom był mały, własne miejsce, np. przy piecu. W umowach zastrzegano sobie takie detale jak prawo korzystania z toalety na podwórku, z możliwości wejścia na strych i zejścia do piwnicy. Nie świadczy to o wielkim zaufaniu. Tomasz Skorupka z powiatu gostyńskiego wspomina, że ok. 1870 r. „dziadziusiowie byli teraz na wycugu u rodziców. Mieszkali w drugiej mniejszej izbie, na prawo od sieni. Przy jednym ogniu jeść gotowali. Wycugu nie brali wszystkiego, jeno tyla, co zjedli”. Bogatsi dziadkowie mieli własne domki, tak było np. na Śląsku. Model zachodnioeuropejski polegał na tym, że dziadkowie mieszkali osobno.

Częste były jednak konflikty, wymówki, gniew, obelgi i brutalne traktowanie. Motyw złego traktowania starych rodziców przez dzieci obficie pojawiał się w XIX-wiecznej literaturze. U Emila Zoli w „Ziemi” przekazanie majątku dziadków dzieciom ukazane jest jako awantura o rentę, którą należy wypłacać rodzicom. Stary wieśniak z żoną otrzymali pokój, ale rentę płacono nieregularnie i traktowano ich bardzo podle. U Maupassanta po śmierci syna jego ojciec powiesił się, kiedy do domu zamieszkanego przez synową wprowadził się jej drugi mąż. U Turgieniewa stary ojciec wygnany przez córki burzy dom. Dochodziło nawet do morderstw w afekcie – syn mordował starego ojca, kiedy nie mógł wyżywić własnych dzieci. Gdzie indziej czytamy: „Oj, córko, córko, dałem ci, żywże mnie teraz do śmierci! Córka do sieni skoczyła i ojcu powróz rzuciła: masz ojcze powróz, powieś się, I do mnie żywić nie choćże!”.

Znane było zjawisko odejścia starych mężczyzn na komorników do innych gospodarzy (XVI-XVIII w.). Także wiele starych kobiet dożywało dni jako komornice, ale były to wdowy, które rzadziej niż mężczyźni wchodziły w powtórne związki małżeńskie. Oprócz tego starsi znajdowali schronienie w bardzo licznych, prowadzonych zwykle przez Kościół szpitalach oraz w klasztorach. Zajmowały się nimi również władze komunalne. Opieka społeczna odnosiła się w znacznym stopniu do ludzi, którzy ze względu na wiek nie byli już zdolni do pracy. Szczególnie wielu ludzi starych było wśród włóczęg i żebraków.

Bolączki i męki starości

Dziadkowie i babcie pozostawali więc niedocenieni, ale starość, rozumiana jako okres w życiu, była widoczna. Już w XII w. występowały powszechnie tablice okresów ludzkiego życia, podzielone na cztery, siedem czy dziewięć i dziesięć stacji, gdzie starości poświęcono stosowne miejsce. Była tam mowa o ostatnim, „zgrzybiałym” okresie egzystencji, ale tablice te nigdy nie odnosiły się do ról babć i dziadków. W przeszłości starość ukazywana była zwykle przez pryzmat jej wad. W prymitywnych technicznie czasach seniorom brakowało komfortu. Izby były zbyt wielkie i słabo ogrzewane, hulały przeciągi, a podróże powodowały niewygody. Nie radzono sobie z chorobami. Zapis o starości z 1757 r. mówi, że starość jest portem, do którego zawijamy: „Liny pozrywane, żagle podarte falami, załoga wyczerpana, statek cały przecieka (…). Starość to czas jałowości i niedostatku”. Była postrzegana jako drugie dzieciństwo: zepsuty wzrok i smak, brak zębów utrudniający spożywanie posiłków. Oznaczała kalectwo i samotność. Starców niepotrzebnych i zawadzających nierzadko się pozbywano. W czasach niedoboru żywności stanowili oni zbyt duże obciążenie dla grupy.

W XIX w. w tekstach Balzaka i Zoli pojawiły się inne, lecz także mroczne obrazy starości, obnażające upodlenie, samotność i odrzucenie, fizyczną zgrzybiałość i duchową nędzę, wreszcie złośliwość starości i szaleństwo. U Balzaka pełno jest starych wdowców, takich jak Goriot, i starych służących przywiązanych do pana. Nie była to sielanka dziadków bawiących się z wnukami. Starość ukazywana jest tu jako anachroniczna i śmieszna. Kuzyn Pons u Balzaka w 1844 r. ubiera się według mody z roku 1806, przez co ma „wartość archeologiczną”. Przestano go zapraszać, bo jest stary i razi w towarzystwie swoim zachowaniem. Pons zamieszkał z innym starcem i pędzili razem życie starych kawalerów, zajętych partyjkami bostona, tryktraka, wista i pikiety, dobrym trawieniem obiadków, zażywaniem tabaki, spokojnymi przechadzkami. W „Kuzynce Bietce” stary milioner szuka pociechy w ramionach kurtyzan, które wyciągają mu z kieszeni tysiące franków. Ojciec Goriot wszystko oddał córkom, które opuściły go i pozwoliły, aby ginął w nędzy: „Zdawał się 70-letnim starcem, ogłupiałym, chwiejącym się na nogach, wypełzłym (…). W jednych budził grozę, w drugich litość”.

Starzy bogowie

Wprawdzie wspomniany literacki trop starca o zrujnowanym zdrowiu był bardzo popularny, ale nie budzi też zdziwienia imponujący biblijny wizerunek siwowłosego Boga Ojca. Wpływy starców w dawnym świecie były ogromne. Cieszyli się szacunkiem wśród niepiśmiennych plemion Afryki, bo zmiany technologiczne nie były zbyt wielkie ani szybkie i seniorzy nie zostawali w tyle. Przy braku kultury pisma zdawano się na pamięć starców, która stanowiła skarbnicę bezcennej wiedzy. Było ich niewielu. Nasi paleolityczni przodkowie żyli krótko, odnalezione szkielety wskazują, że nie dożywali trzydziestki. W neolicie sytuacja się poprawiła, ale nadal ludzi starych było mało. Dlatego w starożytności często przypisywano im właściwości nadprzyrodzone, a niektórym oddawano boską cześć. Informacje o wieku starców bywały legendarne i fantastyczne.

Ludzie starzy stali i stoją na czele rodów i przedsiębiorstw. W powieści Tomasza Manna z 1901 r. „Buddenbrookowie” widzimy kwitnącą starość w północnych Niemczech. 70-letni Johann ukazany jest w stroju z czasów swojej młodości, obydwoje z żoną Antoniną są dostojni. Zmienia się to, kiedy Johann zostaje wdowcem i przekazuje firmę synowi – wówczas następuje zmierzch jego świetności.

Bardziej nowoczesne pojmowanie starości przyszło według francuskiego historyka Jeana-Pierre’a Bois w Oświeceniu, kiedy odkryto znaczenie i emocjonalność dziadków i babć. Więcej też myślało się wówczas o starości i zapewnieniu bezpieczeństwa w późnym wieku. Wraz z sekularyzacją powoli znikała dotychczasowa opieka kościelna nad seniorami, a zaczęły się pojawiać projekty organizowanych przez państwo uposażeń emerytalnych. Pierwsze emerytury wprowadzono dla żołnierzy. Zbudowany został paryski Pałac Inwalidów, pojawiły się również środki na wypłacanie emerytur starym żołnierzom poza domami inwalidów. W 1772 r. wprowadzono emerytury dla francuskich pracowników poczty. W okresie rewolucji powstawały kolejne projekty, takie jak emerytury dla duchowieństwa. Książę de la Rochefoucauld projektował nowoczesny system składkowy, który przy odkładaniu przez całe życie zapewniał emeryturę. W Anglii w 1882 r. otwarto przytułek dla weteranów w Chelsea, dawano środki na emerytury; w Austrii Maria Teresa w 1750 r. utworzyła komisję przydzielającą renty kilku tysiącom inwalidów. W Prusach emerytury dla wojskowych pojawiły się w 1797 r., a dom dla inwalidów w Berlinie wzniesiono już w 1748 r.

Emerytury w tych czasach były jednak bardzo skromne. System emerytalny długo uważano za pomysł niebezpieczny. Obawiano się, że ludzie z zapewnioną emeryturą nie będą zakładać rodzin i płodzić dzieci, tylko pogrążą się w rozpuście i chwilowych przyjemnościach. Rozwiązań emerytalnych dopracowano się dopiero na przełomie XIX i XX w., najpierw w Niemczech w 1889 r., potem w Anglii w 1908 i we Francji w 1910 r.

Dariusz Łukasiewicz jest profesorem w Instytucie Historii PAN

Fot. Mariusz Gaczyński/East News

Wydanie: 4/2019

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy