To jest Ameryka

To jest Ameryka

Gdy prezydent Polski został przyjęty przez Baracka Obamę w Białym Domu, gazety amerykańskie nie poświęciły temu wydarzeniu najmniejszej wzmianki. Polakom ten fakt nie podsunął żadnej myśli, nadal sądzą, że Polska w amerykańskiej polityce zajmuje ważne miejsce i jest obdarzona wzniosłą rolą amerykańskiego sojusznika w walce o wolność na świecie. Prezydent USA zapewniał o tym Polaków, a weterani walki o demokrację usłyszeli w jego słowach jeszcze więcej, niż w nich było, i jeszcze bardziej urośli w swoich oczach. Nie ulega dla nich wątpliwości, że Afryka Północna i Bliski Wschód czekają na ich instrukcje, jak zbudować demokrację i gospodarkę rynkową. O tym użyczaniu polskiego doświadczenia ciemnym narodom mówi się i pisze w Polsce z powagą, bez najmniejszej nutki ironii. Megalomania tych ludzi dorównuje ich ignorancji.
Prezydent Obama był dobrze poinstruowany, jak należy rozmawiać z Polakami: pochlebiaj, ile wlezie, bez oglądania się na prawdopodobieństwo, a zrobisz sobie z nich bezwarunkowych wielbicieli i pójdą za tobą na koniec świata, żeby w takim lub innym Iraku czy Afganistanie zaprowadzać demokrację i prawa człowieka. Wątpię, czy istnieje na świecie drugi naród, który tak łatwo byłoby wodzić za nos nic niekosztującymi pochlebstwami, zwłaszcza upewnianiem go w poczuciu własnej wielkości i wyjątkowości. Już Napoleon, jak pisze pamiętnikarz, „wiedział, że tylko imaginacja rządzi w tym osobliwym kraju, przez te trzy tygodnie, jakie spędził w Warszawie, robił wszystko, żeby podniecić bojowego ducha narodu, (…) okazywał wzgardę dla Rosjan i mówił o Janie Sobieskim”. Zamiast okazać wzgardę Rosji, prezydent USA mówił o resecie, i to był jedyny zgrzyt podczas tej wizyty, która poza tym „nas nobilitowała”, jak zapewniali czołowi politycy i dziennikarze.
Nie można powiedzieć, że obecność prezydenta Stanów Zjednoczonych w Warszawie przesłoniła komentatorom telewizyjnym inne doniosłe problemy. Do najczęściej omawianych należało najpierw zagadnienie, czy Jarosław Kaczyński poda rękę prezydentowi Komorowskiemu, a gdy podał tę rękę, telewizyjni dziennikarze pieli z podziwu, że podał. („Zdobył się Kaczyński na wielki gest”).
Partie solidarnościowe rządzą Polską zgodnie z pragnieniami, jakie wielu, może większość Polaków miała (i nie bez ważnych powodów) w poprzednim systemie. Marzyło się, aby należeć do wolnego świata, a wolny świat to były Stany Zjednoczone i kraje, w których znajdowały się amerykańskie bazy wojskowe. Polska niby jest wolna, niby demokratyczna, niby należy do NATO, ale czegoś tu brakuje, żeby poczuć się w prawdziwie wolnym świecie. Brakuje amerykańskich baz i stąd żebranie o amerykańskie rakiety, choćby bez głowic, i amerykańskie wojsko, niechby przynajmniej pluton mechaników. Według wysoce przebiegłej i daleko w przyszłość sięgającej kalkulacji prezydenta, premiera, ministra spraw zagranicznych i PiS-owskiego gabinetu cieni mają ci zakładnicy zapewnić natychmiastowe wypowiedzenie wojny przez Amerykę agresorowi, który by napadł na Polskę. Poważnie mówiąc, to „imaginacja rządzi w tym osobliwym kraju”.

Andrew J. Bacevich jest pułkownikiem armii amerykańskiej w stanie spoczynku i profesorem politologii na Uniwersytecie Bostońskim. Można go czasem zobaczyć w telewizji CNN. Warszawskie wydawnictwo Rambler opublikowało właśnie jego książkę „Granice potęgi. Kres amerykańskiej wyjątkowości”. Można się pomylić i pod wpływem brzmienia tytułu zaliczyć autora do coraz liczniejszych przepowiadaczy upadku potęgi Stanów Zjednoczonych. W rzeczywistości jest to krytyka błędów polityki zagranicznej, która w istotnych punktach – zdaniem autora – musi być skorygowana, ponieważ jest gospodarczo rujnująca. Nikt nie oczekuje ode mnie opinii na ten temat i nikogo nie wprowadzę w błąd, gdy podzielę się wątpliwością, czy sławne zadłużenie Ameryki jest jeszcze zadłużeniem, czy czymś innym, specyficzną korzyścią pochodzącą stąd, że największa potęga gospodarcza narzuciła światu korzystne dla siebie reguły gry. Jeśli nawet mamy tu do czynienia z zadłużeniem w sensie dosłownym, to osiągnęło ono taki poziom, który jest problemem dla wierzycieli raczej niż dla dłużnika. Stany Zjednoczone interweniują zbrojnie, zakładają bazy i prowadzą wojny dla dobra całej ludzkości, a to kosztuje. Czy nie byliby w swoim prawie, ustanawiając wszechświatowy podatek z przeznaczeniem na wojny w imię demokracji i w celu obrony ludności cywilnej? W dawnych czasach papieże pobierali świętopietrze i się nie zadłużali. Amerykanie niosą światu nową „dobrą nowinę” i mogliby robić to samo.
Oto kilka myśli z książki A.J. Bacevicha. Amerykanie – jak wiadomo – przekształcają NATO z paktu obronnego w sojusz podejmujący działania militarne poza granicami krajów członkowskich. „Cel Waszyngtonu jest następujący: wziąć zimnowojenną organizację stworzoną po to, by przytrzymać Niemców pod butem, Rosjan za żelazną kurtyną i Amerykanów na Starym Kontynencie, a potem przekształcić ją w postzimnowojenny układ, w którym Europa poniesie część kosztów amerykańskiego globalizmu, nie mając oczywiście istotnego wpływu na kierunek i sposób realizacji amerykańskiej polityki”. NATO, zdaniem autora, powinno się ograniczyć do obrony Europy, a Europejczycy wziąć odpowiedzialność za swoją obronę i ponieść jej koszty. Gdzie indziej – w Iraku, w Afganistanie – nie chcą się bić, o swoje bezpieczeństwo będą musieli. W stosunku do wczesnego okresu NATO siła Europy znacznie wzrosła, a niebezpieczeństwo ze strony osłabionej (ale niezadowolonej, więc ciągle trochę groźnej) Rosji znacznie zmalało. Ameryka powinna pozwolić Europie przekształcić NATO w organizację europejską i służącą tylko obronie jej bezpieczeństwa i dostatku.
Dalej Bacevich pisze, że wbrew wszelkim nadziejom Stany Zjednoczone nie odniosły korzyści z zakończenia zimnej wojny. Dopiero wtedy zaczął się dla USA czas prawie nieustannych interwencji zbrojnych i wojen: „to, co zostało okrzyknięte jako historyczne zwycięstwo, otworzyło drogę do niemalże natychmiastowego odnowienia niepokojów i konfliktów”. W latach, jakie nastąpiły po upadku Związku Radzieckiego, „Amerykanie przyzwyczaili się do wiadomości, że żołnierze U.S. Army walczą w Panamie i w Zatoce Perskiej, znajdują się w Bośni i na Haiti, bombardują z powietrza Kosowo, Afganistan i Sudan”, co okazało się tylko wstępem do większego zaangażowania, do porażki w Somalii i niezwykle kosztownej pod każdym względem wojny z Irakiem. Dodajmy, że wojna z Libią została zaczęta przez Stany Zjednoczone i z ich decydującym, choć ukrywanym udziałem jest kontynuowana.
Część porażek amerykańskiej polityki Bacevich jest skłonny przypisać zaciemniającemu rzeczywistość fałszywemu idealizmowi. Twierdzenie, że misją Ameryki jest wyzwalanie (narodów albo „cywili”, jak obecnie w Libii), jest w tym stopniu słuszne, jak przekonanie, że celem Hollywood jest produkowanie arcydzieł sztuki filmowej. Owszem, zdarzają się arcydzieła, ale rzeczywistym celem jest zarabianie pieniędzy. Ciekawe, co autor zalicza do arcydzieł polityki amerykańskiej. Kupując Luizjanę od Francuzów, Thomas Jefferson przekroczył swoje uprawnienia, a James Polk odebrał Kalifornię Meksykowi na drodze jawnego podboju, ale działania jednego i drugiego sprawiły, że Stany Zjednoczone stały się mocarstwem. „By zabezpieczyć Przesmyk Panamski, Theodore Roosevelt zaaranżował oburzający szwindel, ale kanał, który tam wybudował, potwierdził amerykańską dominację”. Przykłady wybitnych osiągnięć czy arcydzieł politycznych autor znajduje również w nowszej i najnowszej historii. „Współpracując z Józefem Stalinem, Franklin Delano Roosevelt załatwiał wspólne interesy z rzeczywiście złowieszczą postacią. Jednak pakt zawarty z diabłem zniszczył Hitlera i pozwolił Stanom Zjednoczonym zająć pozycję niekwestionowanej globalnej supremacji ekonomicznej”. Podobnie korzystna była zapoczątkowana przez Richarda Nixona współpraca z dyktatorem Chin Mao Zedongiem.
Sukcesy znakomitych amerykańskich prezydentów „wywodziły się nie z ich oddania dla tradycji wolnościowej, lecz ze śmiałości pozbawionej zbytnich skrupułów. Pomimo wzniosłych słów, które regularnie wypływały z Białego Domu i Departamentu Stanu, źródłem największych sukcesów amerykańskiej polityki zagranicznej był nie idealizm, lecz pragmatyzm, często powiązany ze swoim kuzynem – oportunizmem”.

Wydanie: 23/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy