Bułgarzy wyszli na ulice

Bułgarzy wyszli na ulice

Ponad 30% europejskich funduszy, które trafiają do Sofii, jest rozkradanych

Już miesiąc Bułgarzy protestują na ulicach. Chcą, by premier Bojko Borisow podał się do dymisji, i żądają przedterminowych wyborów. Oskarżają rząd o kontakty z mafią, zarzucają mu, że nie walczy z korupcją i traktuje państwo jak własny folwark. W manifestacjach w całym kraju bierze udział nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Jednak Unia Europejska zajęta jest swoimi problemami i niewiele robi z tym, że ponad 30% europejskich funduszy, które trafiają do Sofii, zostaje rozkradzionych.

Dwa lata minęły od zabójstwa słowackiego dziennikarza Jána Kuciaka i jego narzeczonej, archeolożki Martiny Kušnírovej, co stało się impulsem do zmian politycznych na Słowacji. Ludzie wyszli na ulice w największych protestach od czasów aksamitnej rewolucji. Kiedy niedługo po śmierci Kuciaka zamordowano w Bułgarii dziennikarkę Wiktorię Marinową, która w jednym z ostatnich programów zajmowała się kwestią korupcji, nikt nie protestował. Bułgaria jest najbiedniejszym i najbardziej skorumpowanym krajem Unii – z opublikowanego w 2019 r. raportu Ośrodka Badań nad Demokracją w Sofii wynika, że w przypadku przynajmniej 35% zamówień publicznych dochodzi do praktyk łapówkarskich. Mimo to Bułgarzy szybko uwierzyli, że Marinowa padła ofiarą przestępcy seksualnego.

Na swoją iskrę Bułgaria czekała jeszcze dwa lata. Ta historia rozegrała się na plaży niedaleko Burgas i nie wiadomo, czy ma związek z tym, że dochody z sektora turystycznego stanowią aż 13% bułgarskiej gospodarki, a zatrudnienie znajduje w nim 11% wszystkich pracujących Bułgarów. Lider antykorupcyjnej partii Tak Bułgaria Christo Iwanow przypłynął na plażę, którą zagarnął Achmed Dogan, oligarcha i jeden z najbardziej wpływowych polityków partii Turków bułgarskich. Warto wiedzieć, że zgodnie z bułgarskim prawem plaże są ogólnodostępnymi miejscami publicznymi. Jak Achmed Dogan stał się prywatnym właścicielem jednej z nich? Nie wiadomo. Podobnie jak trudno wytłumaczyć, dlaczego ochraniają go oficerowie bułgarskiego odpowiednika Służby Ochrony Państwa. Ci siłą wyrzucili Iwanowa. I tak na skąpanej w słońcu plaży zaczęły się polityczne problemy premiera Borisowa.

Następnego dnia prezydent Rumen Radew, który jest najpoważniejszym oponentem Borisowa i zdobył stanowisko głowy państwa z poparciem opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, zażądał wyjaśnienia tej sprawy, a później dymisji rządu i prokuratora generalnego. W odpowiedzi uzbrojeni funkcjonariusze wkroczyli do biura prezydenta. Jego współpracownicy zostali zatrzymani i przesłuchani, a ich biura przeszukane.

Właśnie wtedy Bułgarzy wreszcie wyszli na ulice pod hasłem „W obronie demokracji”. Oskarżyli rząd o konszachty z mafią, zarzucili mu brak walki z korupcją i ograniczanie swobody wypowiedzi, zażądali jego dymisji i przedterminowych wyborów. Chcą również zmian w konstytucji ograniczających uprawnienia prokuratora generalnego. Popierający demonstrantów prezydent komentuje: „Złość w ludziach narastała przez lata, dlatego nie może zostać dziś powstrzymana siłą i strachem”. W podobnych słowach do sytuacji odnosi się Wesela Czernewa z unijnego think tanku European Council on Foreign Relations, z oddziału w Sofii: „Wszystkie wydarzenia ostatnich miesięcy powodowały, że wśród ludzi narastało poczucie braku sprawiedliwości. Bułgarzy są wściekli, bo teraz już wiedzą, że oligarchia ma w ich państwie większą władzę, niż ktokolwiek sobie wcześniej wyobrażał, a prokurator generalny zachowuje się bardziej jak polityk niż jak obrońca interesu publicznego”.

W Sofii demonstrowały dotychczas tysiące osób, niektóre części miasta – jak most Orłów, popularne miejsce manifestacji – zostały zablokowane. Demonstranci dniem i nocą koczują na placach i ulicach w pobliżu siedziby rządu, co całkowicie sparaliżowało komunikację miejską. Zablokowany został też odcinek autostrady E-79 w pobliżu Błagojewgradu. 12 lipca doszło do starć z policją, w wyniku których rannych zostało dwóch demonstrantów i czterech policjantów, a 18 protestujących aresztowano. Manifestanci zebrali się pod budynkiem MSW, domagając się rezygnacji ministra Mładena Marinowa, odpowiedzialnego ich zdaniem za brutalną akcję funkcjonariuszy.

A trwające już od miesiąca protesty nie słabną. Nie skończyły się, po tym jak 15 lipca premier Borisow odwołał kilku ministrów (w tym wspomnianego ministra spraw wewnętrznych). Wiadomość przyjęto z entuzjazmem, ale już następnego dnia na ulice znów wyległo ponad 18 tys. ludzi, domagając się rezygnacji premiera.

„Sądząc po poziomie gniewu, wielu młodych ludzi nie zadowoli się kosmetycznymi poprawkami”, komentuje Czernewa. Wśród protestujących dominują studenci, artyści i młode osoby pracujące. Domagają się gruntownych reform – twierdzą, że żadna z większych partii nie wprowadzi decydujących zmian, bo wszystkie tworzone są przez spadkobierców systemu komunistycznego. Liczą na małe, młode partie, takie jak Demokratyczna Bułgaria. To powstała w 2018 r. koalicja proeuropejskich ugrupowań, której częścią jest m.in. Tak Bułgaria Iwanowa.

29 lipca, po trzech tygodniach od początku demonstracji, ogromna fala manifestacji przetoczyła się przez całą Bułgarię. Tłumy z bułgarskimi flagami zebrały się przed siedzibą rządu, śpiewając hymn narodowy.

Demonstranci mówią wprost, że nie wierzą, by Borisow ich posłuchał. I rzeczywiście, premier odmówił podania się do dymisji, twierdząc, że w dobie kryzysu pandemicznego państwo potrzebuje stabilizacji. Oczywiście największe protesty odbywają się w Sofii, ale dochodzi do nich i poza stolicą, m.in. w miastach Płowdiw, Wielkie Tyrnowo czy Stara Zagora. Według manifestantów na ulicach siedmiomilionowego kraju protestuje prawie 100 tys. osób, ale niektóre źródła mówią o 20-30 tys.

Dlaczego właśnie teraz w Bułgarii jest tak gorąco? „W kraju mamy specyficzny czas. W ludziach wzrasta frustracja, niezadowolenie i zniecierpliwienie związane z ograniczeniami wynikającymi z walki z koronawirusem”, mówi Jakub Pieńkowski, ekspert z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Jego zdaniem sprawy zabójstwa Wiktorii Marinowej nie można porównywać z zabójstwem Jána Kuciaka: „Wiarygodny proces karny potwierdził, że Wiktoria Marinowa padła ofiarą przestępcy seksualnego. Jej zabójstwo było czynem typowo kryminalnym, bez związku z jej pracą dziennikarską”.

Pieńkowski podkreśla, że Bułgaria nie chce walczyć z korupcją, powiązaniami polityków ze światem oligarchii oraz polityków z przestępczością zorganizowaną: „Premier Borisow, nawet jeśli nie stoi na szczycie korupcyjnego układu polityczno-biznesowego, to nie tylko go toleruje, ale jeszcze zapewnia mu ochronę. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest głównym rozdającym karty”. Zdaniem eksperta protesty na ulicach Bułgarii są widoczne, ale ich skali nie można porównać choćby z rumuńskimi demonstracjami przeciw korupcji i zmianom prawa antykorupcyjnego za czasów premiera Sorina Grindeanu w 2017 r. „Wtedy na ulice rumuńskich miast wyszło nawet 800 tys. osób. Przy tym – nawet biorąc pod uwagę różnicę demograficzną między oboma państwami – bułgarskie protesty wyglądają skromnie. Można zaryzykować tezę, że nie osiągają nawet skali manifestacji z 2013 r., kiedy pierwszy rząd Borisowa został zmuszony do dymisji. Wtedy Bułgarzy protestowali ze względu na podwyżkę cen prądu”, przypomina Pieńkowski.

Bułgarskie władze zdaniem eksperta zachowują się dosyć wstrzemięźliwie wobec protestujących, nie ma prób brutalnej pacyfikacji. „Być może nauczyły je czegoś doświadczenia rumuńskie. Kiedy tam władza wysłała żandarmerię do brutalnej pacyfikacji, protesty zyskały na sile. Wszystko wskazuje, że władze grają na przeczekanie. W Sofii protestujący zablokowali kilka skrzyżowań, ludzie postawili namioty. Próby zablokowania autostrady do Grecji skończyły się niepowodzeniem. Bułgarska policja powstrzymała je bez specjalnych szarpanin. Jest połowa wakacji, władze liczą, że ludzie w upale zmęczą się protestem i może się rozejdą”.

„Borisow uciekł do przodu, dymisjonując czterech ministrów. Jednak był to wynik nacisku nie ulicy, ale dołów partyjnych. Nie myśli o rezygnacji z fotelu premiera. Obronił się też w parlamencie, opozycja nie zebrała dostatecznego poparcia, by odwołać go z funkcji premiera”, zwraca uwagę Pieńkowski. I dodaje, że sytuację polityczną w Bułgarii komplikuje także kalendarz wyborczy: „Planowo wybory parlamentarne powinny się odbyć wiosną 2021 r. Rząd posługuje się argumentem, że nie warto uruchamiać procedury rozwiązania parlamentu i rozpisywania nowych wyborów, które i tak odbyłyby się ledwie kilka miesięcy przed terminem konstytucyjnym”.

Borisowa popiera nie tylko jego partia, ale i koalicjanci. Premier może też liczyć na poparcie Ruchu na rzecz Praw i Wolności, na czele którego de facto stoi oligarcha Achmed Dogan. Partia – oficjalnie reprezentacja polityczna bułgarskich Turków – kilka lat temu została sprywatyzowana przez oligarchów. Jej członkiem jest także magnat medialny Delan Peewski, który kontroluje 80% rynku mediów w Bułgarii i na którego rząd też może liczyć. Opozycja nie ma siły, by zmusić premiera do ustąpienia, a prezydent nie ma takich uprawnień.

Protestujący nie mają jednolitego kierownictwa. To eklektyczna grupa, która skupia niezadowolonych. Nie wszyscy popierają radykalizację protestów. Były propozycje strajków okupacyjnych w instytucjach rządowych, nieudane próby blokady dróg. Jakub Pieńkowski zwraca uwagę na brak alternatywy politycznej w Bułgarii. „Kto ma zastąpić Borisowa? Bułgarska Partia Socjalistyczna, czyli główna partia opozycyjna, która poparła także prezydenta, jest jeszcze bardziej oligarchiczna niż Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB) Borisowa. Doświadczenia z 2013 r. przypominają, że kiedy pierwszy rząd Borisowa odszedł, polityk po kilkunastu miesiącach rządów BPS wrócił do władzy. Socjaliści okazali się jeszcze gorsi. Kiedy w 2016 r. kandydatka GERB Cecka Caczewa przegrała wybory prezydenckie z Rumenem Radewem, Borisow obraził się na naród i podał do dymisji. Kiedy rozpisano przedterminowe wybory, znów wygrał i po raz trzeci został premierem. Trudno wyobrazić sobie przywódcę politycznego, który mógłby odsunąć GERB od władzy”, uważa ekspert PISM.

Kim jest Borisow? To specyficzny typ lidera. Były funkcjonariusz straży pożarnej i policji ma wizerunek silnego człowieka wywodzącego się z ludu. „To w Bułgarii – może poza Sofią zamieszkaną przez ludzi o poglądach bardziej liberalnych i prodemokratycznych – się podoba. Ludzie są niezadowoleni z korupcji i złodziejstwa, ale Borisow skutecznie potrafi budować obraz silnego i odpowiedzialnego przywódcy. Bułgaria jest ciągle najbiedniejszym i najbardziej skorumpowanym krajem Unii, ale premierowi udało się zapewnić stabilizację makroekonomiczną. Jest biednie, ale stabilnie”, przypomina Pieńkowski. Dowodem na sukces polityki makroekonomicznej rządów Borisowa może być wstąpienie Bułgarii w lipcu do ERM II, czyli poczekalni strefy euro.

W minioną środę Borisow podczas kongresu GERB niespodziewanie powiedział, że jest gotów ustąpić z funkcji premiera, ale chce, by koalicja GERB i Zjednoczeni Patrioci dotrwała do wyborów. „Prawdopodobnie to próba zamanifestowania, że z jednej strony Borisow przedkłada dobro kraju i wolę ludu ponad osobiste ambicje, więc jest prawdziwym mężem stanu. Z drugiej jest to obliczone na podzielenie opozycji i protestujących. Chodzi o to, aby się pokłócili, czy wystarczy, by odszedł Borisow, czy ma dojść do przedterminowych wyborów. Przedterminowe wybory oznaczają rozwiązanie parlamentu, a bez niego w czasie pandemii władze nie będą mogły stanowić prawa i kraj pogrąży się w chaosie. Koniec końców intencją Borisowa nie jest tak naprawdę oddanie władzy”, uważa Jakub Pieńkowski.

Dlaczego Unia Europejska zdaje się słabo zainteresowana sytuacją polityczną w Bułgarii? „Bułgaria bezpośrednio graniczy z Turcją. W przypadku ponownego wybuchu kryzysu migracyjnego będzie tym krajem, który w pierwszej kolejności zostanie zmuszony do zmagania się z ewentualną nową falą uchodźców”, wyjaśnia Pieńkowski. Istotne są też relacje bułgarsko-rosyjskie. „Bułgaria patrzy na Rosję zupełnie inaczej niż Polacy. W bułgarskiej historiografii Rosja pomogła w wyzwoleniu kraju w XIX w. spod władzy osmańskiej. Pamięć o wspólnej walce jest żywa, podobnie jak nastroje rusofilskie i panslawistyczne. Ponadto Bułgaria to kraj prawosławny. Rosjan i Bułgarów łączą także alfabet i język. W odrodzonym w XIX w. języku bułgarskim sporo jest rosyjskich zapożyczeń, Bułgarzy i Rosjanie potrafią się porozumieć bez większego trudu. Do Bułgarii przyjeżdża dużo rosyjskich turystów”, wylicza ekspert.

Jeżeli nie Borisow, to kto? Dziś jedyną realną alternatywą byłaby otwarcie prorosyjska BPS. Wygląda na to, że liderzy UE postawili na mniejsze zło. Borisow zapewnia względną stabilność. Jak na warunki bułgarskie jest – przynajmniej deklaratywnie – proeuropejski i umiarkowanie proamerykański – uważa Pieńkowski.

Co możemy zaoferować Bułgarii, by zmusić jej klasę polityczną i społeczeństwo do większego wysiłku i walki z korupcją? Zdaniem Pieńkowskiego długo taką zachętą była kwestia przyjęcia do strefy Schengen. Ani Rumunia, ani Bułgaria, które są obecnie poza strefą, nie mają w najbliższym czasie szansy na zmianę tego stanu rzeczy. Dziś nie ma woli politycznej do rozszerzenia strefy Schengen. Blokują to Holandia i Austria. Żyjemy w czasach, kiedy po kryzysie migracyjnym społeczeństwa raczej się zamykają, a nie otwierają.

Fot. Hristo Rusev/NurPhoto/ZUMA Press/BEWPHOTO

Wydanie: 33/2020

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. enuajsi
    enuajsi 18 sierpnia, 2020, 03:50

    Podoba mi sie szczerosc autora ktory bez ogrodek stwierdza fakt ze dla liderow Unii Europejskiej socjalistyczna i prorosyjska partia jest wiekszym zagrozeniem niz obecny rzad prawicowych oligarchow podobnie zreszta jak liderzy UE bardzo zadowoleni sa z rzadow PISu w Polsce choc oczywiscie wykonuja mnostwo dzialan pozornych ktore utrzymuja nieswiadome spoleczenstwa w przekonaniu ze UE to jakas lewicowa organizacja:)

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy