Cała lewica poza Sejmem? Dlaczego nie?

Cała lewica poza Sejmem? Dlaczego nie?

Gdy się weźmie pod uwagę warunki, w jakich Grzegorz Napieralski startował do wyborów prezydenckich, jego wynik można pomnożyć przez dwa. Wyraziłem taką opinię w felietonie „Nowa sytuacja na lewicy”. Podkreśliłem ponadto fakt, że kandydatowi SLD udało się nawiązać porozumienie z młodymi wyborcami, którzy – jak mi się wydaje – przedtem na lewicę nie głosowali. Wprawdzie przesłanie wyborcze dla mnie nie było czytelne, zakładam, że wyrażało jeśli nie przekonania, to przynajmniej nastroje części młodszego pokolenia, co daje SLD nadzieję na wyjście z marginesu i odzyskanie utraconej pozycji na głównej scenie politycznej. Partia nie będzie taka, jakiej ja bym sobie życzył, co nie ma znaczenia, niech będzie taka, jakiej życzą sobie młodzi, najważniejsze, aby pewna tradycja ideowa, zwana lewicową, miała polityczną reprezentację i mogła przeciwstawiać się sięgającemu po władzę klerykalizmowi, irracjonalnemu nacjonalizmowi, jak też wymuszaniu przez państwo jednolitości fałszywych poglądów tam, gdzie jedynie dyskusja i pluralizm stanowisk są naturalne.
Jeżeli partia polityczna chce być traktowana poważnie i wyrażać więcej niż tylko karierowiczowskie aspiracje swoich aktywistów, musi dawać dowody uwrażliwienia na fałsz głoszony publicznie. Wiadomo, jak łatwo żonglować pojęciami „prawdy” i „fałszu”. Żaden kłamca, żaden oszust nie będzie głosił pochwały fałszu. Przeciwnie, do sztuki oszustwa politycznego należy uroczyste głoszenie „prawdy, która nas wyzwala” i która zanim nas wyzwoli, ułatwi porządnie nabić nas w butelkę.
W ruchu solidarnościowym początkowo dążenie do prawdy, do odkłamania rzeczywistości, było potężnym impulsem do działania, czynnikiem siły i dawało ruchowi jakiś nastrój szlachetności. Wydaje się oczywiste, że ruch ten o wiele mniej by zdziałał, gdyby na początku przyjęto ten cyniczny stosunek do różnicy między prawdą i fałszem, jaki teraz charakteryzuje partie wyrosłe z tego ruchu. Przywódcy „Solidarności” utracili swoją szczerość w stosunku do prawdy i fałszu w momencie przejęcia władzy, gdy okazało się, że dla jej zachowania muszą oszukiwać masy, które ich do władzy wyniosły. Dziś niczego się w Polsce nie poprawi, oszustów od władzy się nie odsunie, niebezpieczeństwom się nie zapobiegnie, jeżeli nie obudzi się wrażliwości na różnicę między prawdą i fałszem w najprostszym, najoczywistszym sensie tych słów.
Obok prawd prostych istnieją prawdy złożone, które układają się w idee ogólne, w wyobrażenia o historii, w poglądy na świat. Partia polityczna musi być uwrażliwiona na prawdę i fałsz tkwiące w ideach ogólnych, w światopoglądach, w wizjach historii. Jeżeli jest obojętna w tych kwestiach i nie zwalcza fałszu, nie wnosi do tych wyobrażeń prawdy, to mówimy, że jest bezideowa. Czy jednak partię można do tego nakłonić, gdy negacja fałszu nie była jednym z najważniejszych impulsów w jej początkach?

Mam wątpliwości, czy moje powyborcze przypuszczenia były uzasadnione. Z kręgów kierowniczych SLD słychać głosy świadczące o braku zasad, o niewrażliwości na łamanie prawa, głosy powtarzające propagandę przeciwnika. Całkowicie zgadzam się z Janem Widackim, który pisał o tym dwa tygodnie temu w felietonie „To idzie młodość, młodość i śpiewa…”.
Słabością SLD jest niewyraźne stanowisko w sprawie prześladowań politycznych w dzisiejszej Polsce. Partia, żaden jej działacz, nie ma odwagi głośno powiedzieć, że śledztwa i procesy wytaczane z paragrafu „zbrodni komunistycznej” mają charakter polityczny, a sama ta kategoria jest oburzającym nonsensem. Odróżnienie winy kryminalnej od winy politycznej jest jedną z najważniejszych zdobyczy liberalnej demokracji. Obecnie w Polsce dochodzi do zacierania tej różnicy i odsuniętych od władzy przeciwników politycznych traktuje się jak przestępców pospolitych. Młodzi ludzie z SDL wcale nie wnoszą do partii ducha sprzeciwu wobec tej degradacji normy sprawiedliwości, raczej przeciwnie, występują jako wychowankowie PiS i PO. Bartosz Arłukowicz, skądinąd godny szacunku działacz społeczny – ale chyba nie polityk – mówi: „Chciałem i chcę, by o jego (Jaruzelskiego) winie przesądził sąd, a nie politycy”. Akt oskarżenia przeciw gen. Jaruzelskiemu jest ponurą brednią, a jego proces o zbrodnię pospolitą hańbą ciążącą na dzisiejszej Polsce. Do osądzania win politycznych powołany został Trybunał Stanu, który już w sprawie gen. Jaruzelskiego wydał prawomocne orzeczenie. Ze strony, z której spodziewalibyśmy się przynamniej nazywania rzeczy po imieniu, słyszymy aprobatę bezprawia. W tym samym wywiadzie („Rzeczpospolita”, 10.07) poseł Arłukowicz powtarza dwudziestoletni slogan, że lewica „musi po prostu zerwać z postkomunizmem”. Co to jest postkomunizm? Nazwa propagandowa wymyślona w celu piętnowania lewicy wywodzącej się z PRL; używanie jej przez ludzi z SLD znaczy tyle, co prośba o łagodniejszy wymiar kary. Zupełnie mija się z prawdą poseł, gdy dla przypodobania się dziennikarzowi – humoryście – innego powodu nie widzę – twierdzi: „nasze uwiązanie do niesławnej walki o dobre imię Peerelu było czymś, co nas zamykało. To przez to nie możemy teraz się odbić, nie możemy przyciągnąć jeszcze więcej młodych ludzi, stworzyć masowego ruchu”. Po pierwsze, SLD nie bronił „Peerelu”, lecz ciągle przepraszał. Po drugie, nie mógł zanegować oczywistej prawdy, że wywodził się z PZPR. Dzięki temu miał wyborców, których dużą część utracił, ponieważ jego liderzy głosili, że chcą mieć innych wyborców.
Prób stworzenia partii lewicowej, która nie miałaby nic wspólnego z PRL, postkomunizmem i Jaruzelskim, było kilka, o czym posłowi Arłukowiczowi dobrze wiadomo, i żadna z tych partii nie zbliżyła się nawet do progu wyborczego, a jeśli niektórzy z liderów tej antypeerelowskiej lewicy wchodzili do Sejmu, to dzięki temu, że udało im się wśliznąć na „postkomunistyczną” listę SLD. Wszystkie te nowe lewice nie przyjmowały do wiadomości, że pochodzenie SLD z PRL nie było obciążeniem, lecz atutem, warunkiem i źródłem zaistnienia.
Stosunek do Polski Ludowej ma dwa aspekty: sentymentalny, wyrażający się w złych uczuciach lub w nostalgii, uczuciu ze wszech miar szlachetnym, i polityczny, sprowadzający się do pytania, czy państwo polskie było legalne w okresie 1944–1989, czy nielegalne. Jako wyborca nie wymagam od polityka, żeby wychwalał PRL, chcę wiedzieć, czy uważa to państwo za legalne, przestępcze lub nieistniejące.
Jestem daleko od jakiejkolwiek partii i nie wiem, co się dzieje w SLD. Wyobrażam sobie, że Bartosz Arłukowicz otrzymuje poparcie mniejszości członków, robi rozłam i tworzy swoją partię „borówek”. Możliwe jednak, że poprze go większość i wówczas zgodnie ze swymi poglądami z SLD zrobi partię borówek. Sejm z jakiegoś powodu nie chce mieć żadnych borówek w swoim wnętrzu.

Wydanie: 31/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy