Cennik polski

TELEDELIRKA

Przeczytałam notatkę w „Rzeczpospolitej” o pewnym zdarzeniu romsko-polskim i od razu wspomnienia rzuciły mi się na mózg. Przypomniały mi się dawne metody wychowawcze polegające na straszeniu. A to ówczesnym „Delikatessen”, sama słyszałam, jak matka mojej koleżanki, tłustej Bożeny, wołała, że jak będzie uciekała, to ją złapią i przerobią na parówki! A to wampirem, który był kryptonimem pedofila; tego słowa nikt nie używał, choć samo zjawisko było znane. Rodzice chcieli ustrzec latorośl przed molestowaniem, ale nie mieli odpowiedniego aparatu pojęciowego, chwytali się więc brzytwy strachu jako narzędzia.
W zamierzchłych czasach PRL-u, na które przypadło moje dzieciństwo, miałam włosy blond, prawie białe, i niebieskie oczy. Dorośli ludzie nieznający pojęcia poprawności politycznej straszyli mnie Cyganami, którzy podobno przepadali za jasnowłosymi dziećmi. Myśl o tym, że porwą mnie podróżujący taborem wędrowcy, których życie polegało na tańcach i śpiewaniu, nie była mi wstrętna. W dodatku nie musiałabym chodzić do szkoły. Z drugiej strony, mówiło się wówczas o tym, że kupują pierzynę jedną na życie i nigdy nie zmieniają powłoczek, co mnie trochę zrażało.
Takie wieści gminne krążyły w podwórkowych opowieściach, do czasu gdy do naszej szkoły podstawowej zaczął uczęszczać Cygan S. Pochodził z rodziny osiadłej, śpiewał „niekoniecznie”, tańczył średnio, jego matka nie wróżyła na ulicy, ojciec zaś, zamiast wyrabiać patelnie, pracował chyba u Cegielskiego, czyli w zakładach im. Józefa Stalina, zgodnie z zasadą, że w PRL-u każdy ma pracę, bo ustalono odgórnie, że w socjalizmie nie ma bezrobocia. Cygan S. był wymyty, szybko się uczył, był najstarszy w klasie i rychło stał się obiektem westchnień panienek pochodzących z mieszczańsko-socjalistycznych rodzin, bo takich była większość, choć to kategoria nieznana w socjologii. Królowała dziwaczna mieszanina wartości mieszczańskich, trwałości rodziny, wiary w Boga i fasadowej ideologii socjalistycznej równości: w pracy, nauce i dostępie do dóbr, których było mało. Ludzie jakoś sobie radzili, zgodnie z zasadą górala: trzeba sobie w życiu radzić, jak powiedział góral, zawiązując buta glistą.
Wiele matek do wychowywania dzieci używało Cyganów jako straszaka, często groziły swoim ciamkaczom: jak się nie uspokoisz, to oddam cię Cyganom! Zawsze jednak mówiły, że oddadzą latorośl, nigdy nie słyszałam, żeby chciały dzieciaka sprzedać. A tu czytam, że w Krapkowicach 27-letnia Anna O. sprzedała swoje dziecko za 200 dolarów. Miała zakosić 300, ale 100 później, przekazem pocztowym. Za chłopczyka, za dziewczynkę pewnie byłoby mniej. To szóste dziecko, wszystkie poprzednie zostały przysposobione do adopcji. Tym razem chciała coś z tego mieć, niezbyt wiele, ale zawsze coś. Zabrała więc niemowlę ze szpitala i sprzedała je za niewygórowaną sumę Cyganom, czyli Romom. Romowie byli pochodzenia szwedzkiego, choć wyobrażenie szwedzkiego Cygana przekracza możliwości normalnego umysłu. Gdy wokół sprawy zrobił się lekki hałas, do prokuratury zawitał wójt romskiej społeczności z becikiem zawierającym syna pobożnej kobiety, która wydaje na świat wiele dzieci, nie korzysta ze środków antykoncepcyjnych, chyba że pękają, i pewnie nawet nigdy nie słyszała o pigułce RU-486 ani też o statku „Langenort”.
Roman Wawrzynek z prokuratury okręgowej stwierdził, że co prawda „Romowie są znani z dobrego traktowania dzieci, jednak nie wykluczyliśmy nawet najczarniejszych scenariuszy”. Dziecko sprzedane przez rodzicielkę było „dobrze ubrane i naprawdę zadbane, w książeczce zdrowia znalazł się nawet wpis o przeprowadzonych odpłatnie badaniach niemowlęcia”. Teraz grozi tym ludziom nawet do 15 lat więzienia za to, że nie skorzystali z prawidłowej, zgodnej z prawem drogi. Nikt nie pisnął o tym, że nasze przepisy adopcyjne są raczej antyadopcyjne.
Świat stanął na głowie, Cyganie zamiast porywać dzieci, oddają je do prokuratury, podczas gdy matka Polka, jak każde szanujące się przedsiębiorstwo w prawdziwym kapitalizmie, robi sezonową wyprzedaż. Do tej pory pociechy urodzone przez Annę O. Były oddawane do Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Opolu. Choć kobieta „była trzeźwa i wszystko wskazywało na to, że wie, co robi”, zabierając dzieciaka ze szpitala, jak mówił ordynator, to jednak wydaje się, że nie ma mamuśka głowy do interesów. Gdyby w chłopczyka zainwestować trochę mleka, a potem chleba i kiełbasy, mogłoby być całkiem inaczej.
Taki niesprzedany osobnik mógłby pójść do szkół, wyrosnąć na dzielnego żołnierza i w końcu wybrać się w zamorskie kraje, by strzec naszej kolonii. Gdyby przyszedł na świat w państwie muzułmańskim walczącym, jak kiedyś nasz obóz walczył z imperializmem amerykańskim, i gdyby zdobył status męczennika, a teraz także i męczenniczki, i zginął bądź zginęłaby obwieszony(a) trotylem, rodzina dostałaby wówczas, jak się mówi i pisze, odpowiednią sumę od organizacji.
Jeśli natomiast żołnierz strzegący wolności wróci w tragicznej skrzynce, rodzina także dostanie okrągłą sumę. Mówiono o tym tylko raz w TVN, w „Faktach”, albo w TVN 24, nie zapamiętałam, czy w dolarach, czy w euro, wiadomość podano szybko, trochę wstydliwie, trochę jakby zdradzano tajemnicę wojskową, w każdym razie inne narody płacą znacznie, ale to znacznie więcej swoim bohaterom: oni dostają 100 tysięcy dolarów albo euro za śmierć, a my pięć razy mniej. Niech ktoś wreszcie wyjaśni, dlaczego polski bohater jest wart mniej niż inny i kto ustala ceny.

 

Wydanie: 29/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy