Chciałbym, żeby o niej pomyślano

Chciałbym, żeby o niej pomyślano

Komisja Macierewicza dla każdego trzeźwo myślącego człowieka jest skompromitowana

Prof. Jerzy Nowacki

Ta katastrofa… Musiała się zdarzyć?
– Każdej katastrofie można by zapobiec, jeżeli wiedziałoby się o niej wcześniej. Ta jest wynikiem ludzkiego błędu. Nie powinna była się wydarzyć. Ale się zdarzyła.

Pan należy do osób, które śledziły te rozmaite wersje katastrofy, kolejne raporty kolejnych komisji?
– Przez pewien okres – tak. Interesowałem się, jak mogło do tego dojść. A w tej chwili zgadzam się z wnioskami komisji Millera. Że do katastrofy doprowadziły w ogromnej części zaniedbania, niestety, po polskiej stronie, ale i rosyjskiej. Czyje konkretnie – tego nie chcę już rozstrzygać. Raport komisji Millera zamknął więc pewien rozdział. A to, co działo się później i dzieje nadal, jest po prostu żenujące. Myślę o komisji Macierewicza – o kompletnym braku kompetencji jej członków. To komisja polityczna, w dodatku na niskim poziomie.

Służy nie wyjaśnianiu, tylko budowaniu atmosfery? Tak jak miesięcznice i inne przedsięwzięcia?
– Uważam, że to cyniczne wykorzystywanie katastrofy do bieżących celów politycznych. Dlatego zaskakuje mnie Jarosław Kaczyński. Zawsze myślałem, że jest osobą na tyle rozsądną, że zdaje sobie sprawę, jaki był prawdziwy przebieg tej katastrofy. Dziwi mnie, że skoro wie, jak do niej doszło, a było to dla niego wielkie, osobiste przeżycie, wykorzystuje to do celów politycznych.

Jest politykiem, więc wykorzystuje.
– No tak, ale on tam stracił najbliższą sobie osobę. Zbyt bliską – tak uważam – żeby jej śmierć wykorzystywać. Ja bym tak nie postąpił. Ale każdy sam decyduje o swoim losie i postępowaniu.

Lech Kaczyński był dla niego tak bliską osobą, że grając jego śmiercią, przekracza pewne granice?
– Tak uważam. Jest przecież wiele innych wątków politycznych, wokół których można rozkręcić kampanię. Dlatego zdumiewa mnie, że wybrał do tego śmierć brata. Albo nie jest tak sprawny intelektualnie, jak myślałem, i uwierzył Macierewiczowi, który w pełni cynicznie to rozgrywał, albo jest sprawny intelektualnie, więc wiedział, że to rozgrywanie nieprawdy.

Obstawiam wariant drugi.
– Przedstawiam dwie możliwości, a jestem dobrego zdania o jego zdolnościach intelektualnych.

Są ci słuszni i jacyś inni, którzy też tam zginęli

Od katastrofy minęło 10 lat, więc wydaje się, że czas powinien wyciszyć emocje, zatrzeć pamięć. Czy dla pana to także dość daleka przeszłość?
– Dla mnie jest to bliska przeszłość. Choć widzę, że w kraju, politycznie, jest już odległa. Świadczy o tym to, że katastrofa przestała już być wykorzystywana w jakikolwiek sposób. Komisja Macierewicza wyczerpała wszystkie swoje możliwości. Dla każdego trzeźwo myślącego człowieka jest ona skompromitowana. No i cóż pozostaje… Ten pomysł został wykorzystany w całości. I odłożony na bok.

O tym, że katastrofę wykorzystywano w polityce, świadczy choćby taki epizod – gdy wmurowywano w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów tablicę upamiętniającą ofiary, zapomniano wpisać Izabelę Jarugę-Nowacką.
– Mocno odczułem tę historię. Po roku dołożyli drugą tablicę. Myślę, że jest to charakterystyczne dla tego ugrupowania.

Interesują się tylko sobą.
– Przede wszystkim sobą. Chcą doprowadzić do czegoś takiego, że ci, co zginęli, nie wszyscy są jednakowi. Są ci słuszni i jacyś inni, którzy też tam zginęli. Taki wątek w pewnym momencie się pojawił.

A można było zatrzymać żonę, żeby nie poleciała do Katynia? Zastanawiała się przez krótki czas: lecieć czy nie. Pamięta pan ten moment?
– Jeżeli się zastanawiała, to bardzo krótko. Oczywiście nikt nie podejrzewał, że może to się skończyć tragicznie. Lot wyglądał na absolutnie bezpieczny. Ten samolot, jak wiedzieliśmy, został niedawno wyremontowany. Nikt nie wiedział o stanie lotniska, że to ruina. Wszyscy byli przekonani, że to jest normalne lotnisko. A ponieważ jej wujek, czyli brat matki, zaginął na Wschodzie, był aresztowany, uważała, choć jego śmierć nie była sprawą katyńską, tylko wschodnią, że powinna w tych uroczystościach uczestniczyć. Wahań tu nie było.

I wyszła rano, i powiedziała, że wieczorem przyleci.
– Tak jest. Byliśmy umówieni ze znajomymi na kolację. Liczyła się z tym, że ewentualnie się spóźni, ale pójdziemy do znajomych. Taki mieliśmy plan.

Kawał zagonu za płotem

Mówił pan o pamięci osobistej. 10 lat to długi okres.
– Pamięć ludzka jest specyficzna. Pewne okresy mojego życia pamiętam bardzo dobrze. Natomiast inne zupełnie przeleciały w biegu, do nich się nie wraca. Ale czasy z żoną dobrze pamiętam… To było 38 lat mojego życia. Owszem, wiele rzeczy z tych czasów w mojej pamięci się zatarło. Niemniej jednak ciągle jest mi to bliskie.

Małgorzata Szmajdzińska i Paweł Deresz mówili mi, że mają dwa życia. Jedno – przed 10 kwietnia, drugie – po.
– Tak samo ja liczę czas. Co było przed 10 kwietnia i co było po. To jest kamień milowy w moim życiu.

Spacery z pieskami… Zawsze wieczorem wychodziliście.
– Mieliśmy dwa pieski, z którymi chodziliśmy na spacery. W tej chwili został mi jeden.

Czy wybiera się pan do Smoleńska?
– Nie wybieram się, zdecydowanie nie. Byłem tam trzy-cztery lata temu, więc wiem, jak to wygląda. I wszystkim bym odradzał, bo to po prostu kawał zagonu za płotem. A poza tym samolot rozbił się gdzie indziej, kawałek dalej, w lesie, więc nie jest to miejsce ani spoczynku ofiar, ani katastrofy. Żadne! Żeby osiągnąć zadumę, człowiek potrzebuje jakiejś symboliki, przynajmniej ja, jakiejś wzniosłości otoczenia. Przy okazji tego wyjazdu byłem na cmentarzu katyńskim i ten cmentarz spełnia ten warunek. To miejsce zmusza do refleksji, do przemyśleń. A to… Kawał ugoru za płotem fabrycznym.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 15/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Piotr Fotek/REPORTER

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy