Chciwy rodzic

Chciwy rodzic

Wsparcie z Funduszu Alimentacyjnego będzie musiało otrzymywać ponad milion osób

W tej sferze do kompromisu nie dochodzi prawie nigdy. Rozstający się małżonkowie prowadzący zażarty spór o alimenty to niemal codzienność polskiego życia rodzinnego – i rzadko kiedy któraś ze stron jest usatysfakcjonowana. Oczywiście chodzi wyłącznie o satysfakcję materialną, bo o żadnej innej w ogóle mowy być nie może. Awantura o alimenty to bowiem najprostsza droga do tego, by – jak pisał Sienkiewicz (przy innej wprawdzie okazji) – „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą”.
Nie chodzi tylko o to, że w Polsce mamy „siódme niebo nienawiści” i wymarzony klimat dla jej rozwoju. Duże znaczenie ma też gorszący przykład, jaki dają ludzie ze świecznika, toczący brudne wojny o pieniądze ze swymi byłymi „drugimi połowami”. Nasilający się kryzys i perspektywa spadku dochodów także przyczyniają się do brutalizacji walk o każdą okołorozwodową złotówkę.

Oni dają przykład

Od kilku miesięcy trwa festiwal alimentacyjnych burd wszczynanych przez osoby z pierwszych stron gazet. Wcześniejsza żona Przemysława Gosiewskiego (a także była poseł) procesowała się z nim o podwyżkę alimentów na ich syna, bo PiS-owski mąż stanu nie chciał płacić 100 zł miesięcznie więcej (z 600 do 700 zł), mimo że, jak stwierdziła dawna pani Gosiewska, nie partycypował w żadnych innych kosztach wychowania. Oszczędny Przemysław, wszak działacz prawicowo-katolicki, wytknął z kolei Ludwikowi Dornowi, że ten nie przestrzega wartości chrześcijańskich, walcząc w sądzie ze swą byłą o obniżkę alimentów. Dorn zaś oświadczył, że na swe dwie córki chce płacić takie alimenty, na jakie go stać – a stać go na coraz mniej, bo w nowym związku urodziła mu się kolejna córka oraz ma kredyt hipoteczny. Dorna poparła aktualna żona, podkreślając, że na dzieci z poprzednich związków łoży 3,6 tys. zł miesięcznie i sumę tę trzeba obniżyć, by mógł obecnej córce zapewnić poziom życia porównywalny z poziomem życia wcześniejszego potomstwa. O utrzymanie dotychczasowej wysokości alimentów toczy natomiast bój była żona Waldemara Pawlaka (PSL), która wcześniej zarzuciła mu, że znęca się nad nią psychiczne, ma nieślubne dziecko i kochanki. Pawlak żądał w sądzie obniżki świadczeń, bo na żonę i trzech synów płaci ponad 6 tys. zł miesięcznie i, jak mówi, wydatki na dzieci niekiedy przekraczały jego dochody – zwłaszcza że niedawno zbiedniał (fakt, przepisał swą willę na rodziców).
Całej trójce posłów alimenciarzy warto przypomnieć, że w Polsce już jeden urzędujący poseł, wprawdzie z listy Samoobrony, z której przeszedł do Ruchu Patriotycznego, Stanisław Głębocki (kadencja 2001-2005), dostał w 2003 r. sześć miesięcy z zawieszeniem za niepłacenie alimentów. Jego parlamentarny kolega z Lubelskiego, Janusz Palikot (PO), procesuje się z byłą żoną o 40 mln zł. Żona twierdzi, że pogromca prawnych absurdów jest w istocie oszustem bez skrupułów, który wyprowadził ze wspólnego majątku wspomnianą kwotę, by ją oszwabić, a synów zaniedbuje, gdyż „ma kontakty tylko sam ze sobą”. Palikot ripostuje, iż zostawił jej 30 mln zł i pałac o powierzchni 2 tys. m, a dwóm synom płaci po 5 tys. zł alimentów miesięcznie i dodatkowo 15 tys. zł na taekewondo, szkołę i angielski.
Do słownych na szczęście bijatyk dochodzi między Dariuszem Michalczewskim a jego poprzednimi partnerkami. Popularny „Tygrys” pierwszą żonę Dorotę nazywał darmozjadem i leniem, mówiąc, że nic jej się nie chciało robić, a w dodatku kłamliwie twierdziła, że nie daje jej ani grosza. On zaś po rozwodzie zostawił jej 3,5 mln euro, a teraz płaci, ile może, od 500 do 1000 euro miesięcznie. Wprawdzie przez pięć lat dawał 16 tys. euro miesięcznie, ale prawie wszystko, co miał, przepuścił – i żyje z pracy w siłowni za 500 euro miesięcznie. Dorota zaś oskarżyła go, że ukrył pieniądze, by jej nic nie płacić, a kasy potrzebuje, bo mieszka z synami w Miami na Florydzie, gdzie nie jest tanio (choć ceny nieruchomości mocno tam spadły). Drugiej żonie Patrycji „Tygrys” proponował, by brała forsę od faceta, z którym sypia, zamiast żądać od niego miesięcznie 4,5 tys. euro alimentów (tyle każe płacić sąd rodzinny w Hamburgu), zwłaszcza że już dał jej ćwierć miliona euro. Patrycja żali się natomiast, że musi utrzymać synów z wcześniejszego małżeństwa, a zaległości alimentacyjne Michalczewskiego przekroczyły 70 tys. euro.
Na tym tle błazenady Kazimierza Marcinkiewicza związane z wymianą dawnej żony na Isabel wyglądają niewinnie, zwłaszcza że Atrakcyjny Kazimierz bez szemrania zgodził się płacić prawie 10 tys. zł na dwóch synów. Takie pieniądze nie byłyby problemem dla Jana Kulczyka, aczkolwiek zastąpienie żony Grażyny młodszą partnerką zdrowo nadszarpnęło jego finanse. Zostało mu „tylko” 750 mln zł, a walczono ponoć twardo, choć szczegóły są nieznane, bo Kulczykowie rozwodzili się w Londynie. W każdym razie jego obecna towarzyszka Joanna będzie miała za co utrzymać synów z poprzedniego związku.

Kto się uchyla?

Wprawdzie przykłady alimentacyjnych awantur idą z góry, ale ręka sprawiedliwości dotyka głównie tych, co na dole. I nic dziwnego, bo najczęściej właśnie oni fizycznie nie mają z czego płacić (patrz ramka).
– Najczęściej do popełnienia przestępstwa z art. 209 kk („Kto uporczywie uchyla się…”) dochodzi na wsi, zdecydowana większość podejrzanych to mężczyźni w wieku 30-49 lat, niepracujący lub nieposzukujący pracy, uprzednio niekarani – informuje asp. Małgorzata Gołaszewska z Komendy Głównej.
Oficjalnie niepracujący stanowią prawie trzy czwarte wszystkich uchylających się od obowiązku alimentacyjnego. Część z nich – nie wiadomo jaka – to jednak ludzie świadomie wybierający pracę na czarno, by nie było z nich co ściągać. Ta taktyka daje rezultaty, gdyż skuteczność egzekucyjna wobec alimentacyjnych dłużników jest znikoma.
Osoby uchylające się od obowiązku alimentacyjnego mają wobec swych rodzin dług przekraczający 9 mld zł. Obecnie komornicy ściągają zaledwie 14% zaległych alimentów. I też najchętniej uchylaliby się od tego obowiązku, bo jest to zajęcie żmudne, a zysk niewielki.

Licz na siebie

Samotni rodzice to dziś prawie 1,5 mln kobiet i 200 tys. mężczyzn. Ponad pół miliona wychowywanych przez nich dzieci nie dostaje należnych pieniędzy. Państwo płaci im ok. 800 mln rocznie, głównie ze środków pomocy społecznej.
Od października 2008 r. znowu istnieje Fundusz Alimentacyjny, zlikwidowany 1 maja 2004 r. po 30-letniej działalności. Ma on chronić dobro dzieci, gdy egzekucja zasądzonych alimentów jest bezskuteczna. W ostatnim roku istnienia państwo wypłacało z niego średnio 239 zł miesięcznie ponad 535 tys. osób. W okresie od października do grudnia 2008 r. świadczenia z funduszu dostało natomiast 288 tys. osób, a wysokość wypłacanych alimentów wzrosła do 271 zł miesięcznie, co trudno uznać za kokosy.
Wszystko wskazuje na to, że w całym roku wsparcie z Funduszu Alimentacyjnego będzie musiało otrzymywać ponad milion osób, prawie dwa razy więcej niż sześć lat temu. Wystawia to nie najlepsze świadectwo naszej odpowiedzialności i chęci regulowania zobowiązań rodzinnych.
Na mocy obowiązującej od października 2008 r. ustawy o pomocy osobom uprawnionym do alimentów zaległości te mogą być ściągane od dłużników przez urzędy skarbowe (z powodzeniem egzekwują już one niespłacone mandaty). Pierwsze efekty skarbowych działań zobaczymy jednak być może dopiero w lipcu, gdy upłynie czas, który urzędy skarbowe mają na zwrot nadpłaconych podatków – i okaże się, ile potrąciły z tytułu niespłaconych alimentów.

Alimenciarz nie jedzie

Na razie coraz popularniejszy staje się pomysł mocno kontrowersyjny, ale dosyć prosty w zastosowaniu – odbieranie prawa jazdy za niespłacone alimenty. Pozwala na to ustawa o postępowaniu wobec dłużników alimentacyjnych obowiązująca od września 2005 r.
Teoretycznie jest to bez sensu, bo co ma piernik do wiatraka, a poza tym alimenciarz bez prawa jazdy ma jeszcze mniejsze szanse, żeby cokolwiek zarobić, niż alimenciarz mogący prowadzić auto.
W ciągu trzech ostatnich lat uchylającym się od płacenia zabrano już ponad 20 tys. praw jazdy, co z pewnością mocno utrudniło im życie. Słabą stroną tego rozwiązania jest jednak to, iż do odzyskania prawa jazdy wcale nie jest wymagane uregulowanie alimentacyjnych zadłużeń. Wystarczy podjąć pracę lub tylko zarejestrować się jako bezrobotny lub poszukujący pracy. Nic więc dziwnego, że już ponad 5 tys. alimenciarzy otrzymało prawko z powrotem (głównie dzięki zarejestrowaniu się jako bezrobotni), ale uiszczać alimenty zaczęło tylko kilka procent. Wygląda więc, że wciąż nie ma dobrego sposobu, by skłonić opornych do płacenia na dzieci.

Wydanie: 11/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy