Cieszmy się

Cieszmy się

ZAKAZANE MYŚLI KOBIET

Do Szwecji pojechała dr Irena Boruta (Uniwersytet Łódzki), aktualnie wiceminister w resorcie pracy. Spotkała się tam z ministrami pracy państw Unii. Szwedzi, jako gospodarze, czuli się pewniejsi, więc zapytali Polkę, jak z tak restrykcyjną ustawą antyaborcyjną chcemy wchodzić do Europy. Pani wiceminister odpowiedziała, że zakaz aborcji z tzw. przyczyn społecznych jest wynikiem procedur demokratycznych, czyli że chciała tego większość.
Jest to prawda, bo przecież posłowie reprezentują nasze poglądy. Choć przyznać muszę, że im dłużej słucham obrad, tym większe mam wrażenie, że nie mówią o moich problemach i w moim imieniu. Poza tym pani Boruta powiedziała, że prawo może się zmienić.
Bomba! Po raz pierwszy członek polskiego rządu przyznał, że ustawa antyaborcyjna nie jest świętością, której nie można dotknąć. Po raz pierwszy ktoś z dziś rządzących przyznał, że to takie samo prawo jak każde inne, a nie tylko obrona życia, czyli kwestia, o której się nie dyskutuje.
Cieszmy się. Tę rewolucję w myśleniu na pewno jeszcze nie raz docenimy.
Ale czy cieszyć się należy z tego, co cieszy śląskich lekarzy? Do ich rewolucji w myśleniu nigdy się nie dostosuję. Otóż naszpikowali oni chłopca chemioterapią, bo stwierdzili, że ma raka kości. Gdy na żądanie rodziców przeprowadzono dodatkowe badanie i okazało się, że chłopiec nie ma nowotworu, nie przeprosili. Powiedzieli, że rodzice Michała powinni się cieszyć, że chłopiec żyje. Następnie odmówili wydania karty informacyjnej. To rzeczywiście pasjonujący pomysł, by medycyna przy każdym leczeniu odnosiła sukcesy. Przypomina to Polyannę, która dostała paczkę z tajemniczym prezentem. Po otwarciu okazało się, że są to kule inwalidzkie. Rozczarowana Polyanna postanowiła się cieszyć, że nie są jej potrzebne. W ten sam sposób po amputacji nogi można się cieszyć z ocalałej i że w ogóle odcięli właściwą.
Cieszmy się!?
Nie mogę także znaleźć w sobie tyle radości co urzędnicy Ministerstwa Zdrowia. Każdy zna aferę ze sprowadzaniem importowanych leków. Ministerstwo zamiast przyznać się, że zaniedbało sprawę, zwołało konferencję prasową, na której próbowano udowodnić dziennikarzom, że niemożność sprowadzenia leków ma swoje dobre strony. Otóż przy sporządzaniu nowej listy minister usunął z niej te, które mają polskie odpowiedniki i te, które są szkodliwe. A to się ucieszą pacjenci, którym te specyfiki pomagają. Poza tym jaśniejsze niż kiedykolwiek jest to, że chory powinien przykuć się do szpitalnego łóżka. Po opuszczeniu oddziału otrzymuje receptę. Może kiedyś kasa chorych zwróci mu pieniądze za wykupione leki? Ale teraz kupuj sam. Większość tych recept wyląduje w szufladzie. I wtedy stan chorego tak się pogorszy, że znowu trafi do szpitala i dostanie drogie, importowane leki.
Cieszmy się!?

Wydanie: 5/2001

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy