Polak na krańcu świata

Polak na krańcu świata

Obieżyświatów, którzy zdobywają międzynarodową renomę, możemy liczyć w dziesiątkach

Skąd się w nas bierze chęć do dalekich wypraw, skoro jesteśmy narodem osiadłym? Bo chociaż Polaków można spotkać w różnych zakątkach świata, to znaleźli się tam z reguły nie z powodu zamiłowania do podróży, lecz na skutek dziejowych zawirowań. W ostatnich 300 latach polskich podróżników można było policzyć na palcach jednej ręki – Maurycy Beniowski, Jan Potocki, Paweł Strzelecki, Henryk Arctowski. Dziś natomiast obieżyświatów, którzy zdobywają nawet międzynarodową renomę, możemy liczyć w dziesiątkach.

Na niedawno zakończonych pierwszych Międzynarodowych Targach Turystyki pojawiło się ponad 30 autorów polskich książek podróżniczych. Oczywiście znaleźli się wśród nich Arkady Fiedler junior, który podąża szlakiem sławnego dziadka i wydał ciekawą książkę „Maluchem przez Afrykę”, czy Elżbieta Dzikowska, towarzyszka podróży Tony’ego Halika. Podróżami i pisaniem o nich książek zajęli się też celebryci. Nowe szlaki w Afryce odkrywał Marcin Kydryński, po afrykańskich targowiskach krążył Szymon Hołownia. Są wśród autorów podróżniczych książek ludzie, których do wypraw skłonił wykonywany zawód, np. dziennikarz i korespondent wojenny Wojciech Jagielski, specjalista od tematów kulinarnych Robert Makłowicz czy żeglarz regatowy Mateusz Kusznierewicz.

Jak Indiana Jones

Poszukiwanie przygód albo przynajmniej ciekawych krajobrazów poza Polską jest dowodem na to, jak bardzo zmieniliśmy się w ostatnich dekadach, jak wpłynęły na nas możliwość przechowywania paszportu w domu i otwarcie granic. Dokąd jechać, lecieć, płynąć, aby poszerzyć horyzonty? O to dba dobrze już rozwinięty przemysł turystyczny. Ale sama podaż ofert podróżniczo-wczasowych nie wystarczy. Musi być coś jeszcze, co rozpala wyobraźnię. Może to być przykład innych albo niespokojny duch i fantazja.

Widać to choćby w losach najbardziej znanych podróżników i eksploratorów naszej planety. Na przykład Jacek Pałkiewicz, którego największym, na miarę światową osiągnięciem jest odkrycie źródeł Amazonki, a także stworzenie szkół przetrwania w ekstremalnych warunkach, z których korzystali nawet kosmonauci, trafił do elity podróżników niejako w sposób naturalny. Zaczynał jako oficer marynarki na statkach taniej bandery panamskiej. W latach 70. pracował jako inspektor w kopalni diamentów w Sierra Leone i w kopalni złota w Ghanie. Diamenty, złoto – czy to nie pobudza wyobraźni, na której zbudowane są takie hity filmowe jak „Poszukiwacze zaginionej arki”? Jacek Pałkiewicz nie mógł wybrać innej drogi niż bohaterowie kina, np. Indiana Jones. Ale zarazem jako polski patriota, choć na stałe mieszkający we Włoszech, przyjął honorową funkcję ambasadora Mazur w międzynarodowym konkursie na siedem cudów natury.

Kobieta w dżungli

Martyna Wojciechowska doszła do podróżowania, połączywszy zawód dziennikarza z osiągnięciami sportowymi. Już w wieku siedmiu lat trenowała gimnastykę artystyczną. Od 17. roku życia jest kierowcą rajdowym, wzięła m.in. udział w rajdzie Dakar. Pasję do motoryzacji dzieli z zamiłowaniem do nurkowania i wszelkich sportów ekstremalnych, jak choćby wspinaczka wysokogórska. Nic więc dziwnego, że prowadziła w telewizji program „Kobieta na krańcu świata”, czym zapewne zachęciła niejedną panią do podróży. Kieruje jako redaktor naczelna polską edycją magazynu „National Geographic” i jest w dziedzinie podróżowania niekwestionowanym autorytetem.

Beata Pawlikowska, przedstawiająca się na Facebooku jako pisarka, podróżniczka, łowca (prawdy, przygód, fotografii), do podróżowania nie trafiła od razu. Zaczynała w radiu od prowadzenia audycji muzycznych i językowych, bo znajomość angielskiego przydaje się w podróży w każdym regionie świata. Zapewne do ekstremalnych wypadów w tropiki namówił ją były mąż Wojciech Cejrowski. Jego zdaniem Beata jako pierwsza kobieta na świecie przeszła na piechotę przez „najbardziej malaryczną dżunglę świata” Darién na pograniczu Panamy i Kolumbii. Dziś Pawlikowska przez kilka miesięcy w roku przebywa daleko od kraju, najczęściej w Ameryce Południowej. Ma na koncie ponad 30 książek podróżniczych, które w tytule zawierają słowo blondynka.

Pierwszy w świecie

Zrobić coś, czego nie osiągnął jeszcze nikt na świecie, to zadanie coraz trudniejsze. Aleksander Doba, emerytowany inżynier z Polic, znalazł taką niszę. Jako pierwszy w świecie przepłynął kajakiem Atlantyk (ze wschodu na zachód), a teraz szykuje się do powtórki w odwrotnym kierunku. Skąd się to u niego wzięło? Z fantazji, dobrej kondycji fizycznej i niezachwianego optymizmu. Przez całe życie uprawiał sport. Zaczął od wypraw rowerowych. Jako 15-latek planował z kolegami wielką podróż rowerową po Polsce – od Swarzędza pod Poznaniem przez Szczecin, Świnoujście, wzdłuż całego przeszło 500-kilometrowego wybrzeża do Krynicy Morskiej i z powrotem do domu przez Bydgoszcz. Kolegów jednak rodzice nie puścili, więc przejechał tę trasę samotnie. Potem przyszły doświadczenia kajakarskie, nawet na ekstremalnym Dunajcu, jeszcze później żeglarstwo i szybownictwo. Wreszcie „spokojne życie emeryta”. Nie mógł usiedzieć w domu i wymyślił dalekie wyprawy, a w przerwach spotyka się z młodzieżą i dziećmi, nawet w przedszkolu swoich wnuczek. Niby nie ma już na Ziemi takich miejsc, na których nie stanęła noga białego człowieka, ale Aleksander Doba z chęcią opowiada, jak w Afryce miejscowi niekiedy zbliżali się do niego, aby dotknąć jego skóry i długiej białej brody, bo to też było dla nich jakieś odkrycie.

Marek Kamiński, przedsiębiorca z Gdyni, jest pierwszym człowiekiem, który w jednym roku dotarł do obu biegunów, na własnych nogach, bez pomocy z zewnątrz. Jego pasja podróżnicza zrodziła się podczas studiów filozoficznych w Niemczech, gdzie poznał rekordzistę wspinaczkowego Reinholda Messnera, który jako pierwszy człowiek zdobył wszystkie 14 ośmiotysięczników – Koronę Himalajów i Karakorum. Przykład podziałał na wyobraźnię polskiego studenta, który do swoich wyczynów długo się przygotowywał mentalnie i materialnie, ale udało się. Też jest pierwszym w historii.

Kamiński rozumie, jak ważną rolę odgrywa edukacja, jak bardzo potrzebna jest młodym ludziom pomoc i wytyczenie jakiegoś celu, który wypełnia nieraz całe życie. Najbardziej chwalebnym jego wyczynem jako polarnika była wyprawa razem z 17-letnim wówczas Jaśkiem Melą, który w wypadku stracił nogę i rękę. Planowanie tej wyprawy było jednym z działań fundacji założonej przez Kamińskiego w 1996 r., która zajmuje się m.in. zbiórkami pieniędzy na protezy dla osób ich potrzebujących oraz na obozy integracyjne dla osób niepełnosprawnych, a także propagowaniem polarystyki i ekologii oraz promocją młodych uczestników wypraw. Przykład Marka Kamińskiego okazał się zaraźliwy. Jasiek Mela też założył fundację i zorganizował później kilka wypraw w trudno dostępne góry, na które zabrał innych młodych, niepełnosprawnych uczestników.

Kamiński nie rezygnuje z dalekich wypraw, chociaż nie traktuje już podróży jako próby bicia kolejnego rekordu. Wielki wyczyn jednak kusi, ma więc plan zdobycia w jednym roku aż trzech „biegunów” – południowego, północnego i Everestu. Bardziej jednak szuka w tych eskapadach smaku. Niedawno z całą rodziną odbył długą wakacyjną podróż kamperem przez całą Europę – od Skandynawii aż do Maroka. Teraz czeka, aż dzieci podrosną (8 i 11 lat), aby zrobić z nimi inny kurs – przez całą Rosję na Kamczatkę, potem promem do Japonii, gdzie znajomi podpowiedzieli mu kolejną ambitną trasę, tym razem pieszą – stary szlak pielgrzymkowy liczący 2 tys. km. – Japonia mnie zafascynowała – mówi. – Dzieci na razie zarzekają się, że nie chcą być podróżnikami. Ja jednak nie tracę nadziei, że ta pasja ich nie ominie.

Wydanie: 45/2016

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy