Co zrobi Kaczyński?

Co zrobi Kaczyński?

Zamach lipcowy. To początek, a nie koniec. Polska wchodzi w okres turbulencji

To nie chaos, tylko polityczny blitzkrieg. Zamach lipcowy. PiS ma w Sejmie 234 posłów, czyli odrobinę ponad potrzebną większość. Ma, bo w wyborach 2015 r. poległa lewica, ponad 11% głosów zostało zmarnowanych. PiS zdobyło więc większość w zasadzie przypadkiem, mandat „suwerena” uzyskało raczej iluzoryczny, ale wykorzystało go, by podporządkować sobie wszystkie instytucje. Trójpodział władzy jest już przeszłością.

Krok po kroku, a zaczęło się to od odmowy publikowania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, PiS przejęło w Polsce władzę niemal absolutną. Nieograniczaną prawem, sądami, instytucjami międzynarodowymi. Na telefony z Komisji Europejskiej minister spraw zagranicznych odpowiedział, że nie jest zainteresowany rozmową.

Wszystko wskazuje na to, że partii Kaczyńskiego nie ogranicza również werdykt wyborców. Kontrolując sądy, władza może bowiem decydować, kto ma prawo startować w wyborach, a kto nie, i czy te wybory są ważne. Władza – czyli Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS powiedział to wyraźnie kilka dni temu na konferencji prasowej – że posłowie, którzy wezmą udział w demonstracjach i którym zostaną postawione zarzuty karne, przekreślą swoje kariery polityczne. Zgodnie bowiem z polskim prawem (cokolwiek to dziś znaczy) skazani za przestępstwa karne nie mogą pełnić funkcji publicznych ani kandydować do Sejmu i Senatu. Prawda, że to prosty sposób dyscyplinowania?

A są i inne i można ich niedługo się spodziewać. Ci, którzy pamiętają lata 2005-2007, kiedy PiS pierwszy raz było u władzy, nie zapomnieli jeszcze jednego sposobu na rozwałkowywanie opozycji. Z materiałów komisji badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy wiemy, że w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów późną nocą, pod przewodnictwem premiera Kaczyńskiego, zbierała się nieformalna grupa ministrów i prokuratorów, dyskutująca, kogo posadzić, a kogo nie. Nie bacząc na to, jakie są zarzuty, i kierując się tylko tym, czy w ten sposób można „wyjść” na znanego polityka, w przypadku Blidy – Leszka Millera. Wiemy też o innych przypadkach – o tym, że prokuratorzy na podstawie pomówień siedzących za kratkami bandytów (np. typa, który zgwałcił, a potem zamordował dziesięcioletnią dziewczynkę) oskarżali niewinnych ludzi. Przed aresztem, a potem być może wyrokiem, ratował oczernionych niezawisły sąd.

To jest przypadek prof. Jana Widackiego oraz byłej posłanki SLD Małgorzaty Ostrowskiej. Co warte zauważenia – podczas rozprawy obaj delatorzy przyznali się do kłamstwa i przepraszali swoje niedoszłe ofiary. Teraz niezawisłego sądu zabraknie. Jak więc będzie wyglądała rozprawa? Wszystko zależeć będzie od humoru i poczucia sprawiedliwości polityka „nadzorującego” taką sprawę. Jeżeli wpadnie w nastrój krzyku o „zdradzieckich mordach”, to nie będzie wesoło.

Opanowanie sądów przez partię rządzącą daje jej jeszcze jedną możliwość. W polskim systemie o ważności wyborów rozstrzyga Sąd Najwyższy. Co nie zawsze jest prostą, automatyczną czynnością. Kto pamięta wybory prezydenckie z 1995 r., powinien też pamiętać, że de facto nie zakończyły się one wraz z II turą, 19 listopada. Już od poniedziałku, 20 listopada, zaczęły bowiem spływać protesty wyborcze. I to Sąd Najwyższy miał stwierdzić, czy wybory były ważne, czy nie. Zrobił to 9 grudnia. Stosunkiem głosów 12:5 oddalił protesty i wybory uznał za ważne.

Taka więc potężna władza trafia do rąk Jarosława Kaczyńskiego. I co dalej? Jak potoczy się życie polityczne w najbliższych dniach i miesiącach? Jakie są możliwe scenariusze? Kto będzie grał w nich główne role?

Jarosław Kaczyński

Jest wielkim wygranym tego boju, ale to może być pyrrusowe zwycięstwo. Skompromitował się w Sejmie, tracąc opanowanie i wołając w stronę opozycji: „Nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami!”. Te słowa będą mu przypominane do końca politycznej kariery.

Rzeczywiście sądy za chwilę będą w jego rękach, ale co dalej? Masowe protesty, które miały miejsce w największych miastach Polski, to jego zasługa. Kaczyński zmobilizował przeciwko sobie dziesiątki tysięcy Polaków i raczej stracił ich już na zawsze. Ma przeciwko sobie inteligencję, traci młodzież.

Owszem, fala protestów odpłynie. Majdanu w Polsce nie będzie, ale niechęć protestujących do PiS pozostanie. Jedynym dla niego pozytywem tej sytuacji jest to, że przywódcy opozycji są skłóceni i nie potrafią demonstrujących tłumów zagospodarować politycznie. Ale to przecież kwestia czasu, kiedy narodzą się liderzy.

Pełnia władzy, którą ma Kaczyński, to także pełnia odpowiedzialności.

Mając wpływ na sądy, może dokonać zemsty za Smoleńsk na politykach Platformy Obywatelskiej, wymusić wydanie na niektórych wyroków skazujących. Ale czy politycznie na tym zyska? A który samowładca zyskiwał w oczach opinii publicznej, wtrącając swoich wrogów za kraty? Kaczyński może też, wpływając na Sąd Najwyższy, unieważniać wybory. Ale czy w Polsce w XXI w. takie manipulacje są możliwe?

Przejęcie sądów nie rozwiązuje Kaczyńskiemu żadnych istotnych problemów. Ułatwia wojnę z politykami opozycji, ale kłopot Kaczyńskiego polega na tym, że ta opozycja się zmienia. Dochodzą nowe środowiska, nowi liderzy, w miejsce KOD pojawiają się Obywatele RP itd. Na miejsce jednego odstrzelonego opozycjonisty wyrastają trzej nowi.

Pokój nie zakróluje w Warszawie. Spodziewajmy się raczej kolejnych awantur, tym razem w środowisku sędziów, którzy nie będą chcieli podporządkowywać się PiS. Kaczyński na tym nie zyska. Otwiera sobie nowy front, tak jakby miał ich za mało.

Prezydent Andrzej Duda

W najbliższych dniach będzie najważniejszym człowiekiem w Polsce. Bo jako jedyny może zawetować pisowskie ustawy, czyli wyrzucić je do kosza. Zawetuje więc czy nie?

Z politycznego punktu widzenia jest w trudnej sytuacji. Cokolwiek zrobi – będzie źle. Jeżeli podpisze ustawy, straci wszelki szacunek – zarówno wśród opozycji, jak i u swoich. Potwierdzi, że jest Adrianem, marionetką, z którą PiS może robić, co chce. Godząc się na pozakonstytucyjne skrócenie kadencji sędziów zasiadających w Krajowej Radzie Sądownictwa, dopuści też precedens, że i jemu, gdy Kaczyński będzie miał taki kaprys albo gdy opozycja przejmie władzę, będzie można kadencję skrócić.

Podpisując ustawy, prezydent na lata zamknie sobie możliwości dotarcia do elektoratu centrowego, szanującego prawo. W oczach milionów skompromituje się, co najprawdopodobniej przekreśli jego szanse na drugą kadencję. Jeżeli oczywiście Kaczyński wciąż będzie przekonany, że urząd prezydenta powinien w Polsce istnieć.

A wśród swoich, w elektoracie PiS? Potwierdzi, że jest od podpisywania pisowskich ustaw. I że w strukturach władzy zajmuje miejsce w dalekich rzędach.

A jeżeli zawetuje? Wywoła tym niewątpliwie furię prawicy. To także zaważy na jego szansach wyborczych, bo PiS może wystawić w wyborach 2020 r. innego kandydata, ba, do tego czasu może nawet zlikwidować urząd prezydenta. Dodajmy jeszcze jedno – Duda nie sprawia wrażenia człowieka gotowego do sporu z Kaczyńskim, do budowania własnego obozu politycznego. A właśnie takie byłyby konsekwencje podpisania weta. Stałby się tym samym autentycznym arbitrem polskiego życia politycznego. Ale czy ma do tego jakiekolwiek predyspozycje?

I następne pytanie: czy wetując, zaskarbiłby sobie poparcie wyborców centrowych? Oni na razie zupełnie mu nie ufają, więc byłby to co najwyżej pierwszy krok na drodze wzajemnego zbliżenia. Długiej drodze.

Andrzej Duda staje zatem przed kluczowym wyborem, najważniejszym w jego karierze.

Unia Europejska

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans wyraźnie powiedział, że to, co dzieje się w Polsce, Unii się nie podoba i jest sprzeczne z podstawowymi unijnymi wartościami. Dał też jasno do zrozumienia, że Unia coraz bardziej jest przekonana do zastosowania wobec Polski art. 7, czyli zawieszenia jej w prawach członka.

Czy tak się stanie? Kaczyński jest przekonany, że nie. Że w głosowaniu premierów w Radzie Europejskiej uratuje go weto Węgrów. Ale jeżeli myśli w ten sposób, to znaczy, że nie dostrzega wielkiej zmiany, która w ostatnich miesiącach zaszła w samej Unii. Dzisiejsza Europa jest inna niż ta sprzed roku. Dużą rolę odegrało tu zwycięstwo wyborcze Emmanuela Macrona. Teraz to Europa zdecydowana na zacieśnianie współpracy, pokazanie swojej siły, coraz bardziej niechętna Polsce (i Węgrom). Unijni liderzy mają ochotę dać Polsce solidnego kopniaka i chyba nawet wiedzą, jak to zrobią.

W Brukseli już zresztą wymyślono kruczek prawny, który pozwoli uniknąć ewentualnego weta Węgier w czasie głosowania nad sankcjami wobec Polski. Otóż debata dotyczyć będzie równocześnie dwóch krajów – Polski i Węgier, obejmie je jeden wniosek. Oba więc nie będą mogły wetować unijnej decyzji. Innym sposobem jest zmiękczenie Budapesztu przez Angelę Merkel, co już miało miejsce, gdy ponownie wybierano Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej (27:1).

Kaczyński za parę tygodni może zatem stanąć przed perspektywą wielkiej klęski w Europie i zakręcenia Polsce kurka z unijnymi pieniędzmi. Co wówczas zrobi?

PiS

Lipcowe wydarzenia pokazują, że PiS jest wprawdzie zdyscyplinowane, a jego główni działacze nie zapominają „przekazów dnia”, ale w związku z tym są coraz bardziej anonimowi i podobni jeden do drugiego. Myślenia tam nie ma, zastępuje je wiara w geniusz Jarosława. Prezes PiS może sobie pozwolić na każdy skandal, chociażby słowa o „zdradzieckich mordach”, a i tak będzie fetowany jak bohater. Można odnieść wrażenie, że główną troską parlamentarzystów PiS jest odgadnięcie zamiarów prezesa, jego humorów, pokazanie się w dobrym świetle (prezes najbardziej lubi tych, co twardo atakują opozycję).

A jaki jest pomysł PiS na ciąg dalszy? Takiej refleksji raczej tam nie ma. To armia do wykonywania rozkazów, ale nie do myślenia, co najpełniej symbolizuje poseł prokurator Stanisław Piotrowicz. Wiemy zatem jedynie, że PiS nie zamierza kiedykolwiek oddawać władzy – to ujawniła posłanka Szczypińska – no i po wakacjach chce się zabrać do mediów (tych niepisowskich), co zapowiedziała posłanka Pawłowicz.

Opozycja

Szydzą z niej wszyscy, także ona sama. Opozycja jest podzielona, co jest rzeczą cenną, tak jak cenna jest różnorodność. Gorzej, że liderzy kolejnych partii i grup są skłóceni, rywalizują ze sobą. Co zresztą widać podczas kolejnych wieców, gdy kłócą się, kto kiedy ma przemawiać.

Mamy rywalizację PO i Nowoczesnej, czyli Schetyny i Petru, rywalizację wewnątrz KOD, no i wewnątrz lewicy oraz ruchów obywatelskich. Z jednej strony, słychać jęk, że opozycji brakuje lidera, z drugiej – kilku, a może i kilkunastu ambitnych ćwierćliderów próbuje się przepchnąć jeden przed drugiego.

Ten jęk powoduje, że gdy ktoś wybije się z tłumu – już ofiarowuje mu się koronę. Spotkało to ostatnio Władysława Frasyniuka, który tak odpowiedział na tego typu propozycje: „Polsce jest potrzebny przywódca – taki między 35. a 45. rokiem życia. Bo nie ma już powrotu do III RP. Proces gnilny w czasie rządów Platformy Obywatelskiej był widoczny i obejmował kolejne instytucje państwa. Mechanizmy III RP nie zdały egzaminu. Ale teraz mamy dramatyczną dewastację państwa”. Warto nad tymi słowami się pochylić, bo celnie definiują główny problem opozycji – o jaką Polskę chce ona walczyć.

Wydaje się, że w ostatnich tygodniach liderzy opozycji i jej publicyści powoli dochodzą do wniosku, że hasła powrotu do Polski PO są samobójcze. Do tamtej Polski powrotu już nie ma, tłumom gromadzącym się na ulicach wielkich miast trzeba powiedzieć coś innego. Zaproponować inne państwo. Inaczej zorganizowane. Czy nowe propozycje mogą być przedstawiane przez stare, zgrane twarze? Raczej nie. Opozycja jest więc na etapie kształtowania się. To jest jej siła i jej słabość.

Lewica

Częścią opozycji jest lewica. To i SLD, i Razem, i Zieloni, i ruchy lokatorskie. Niechęć do rozwiązania liberalnego, czyli do czasów PO, oraz przeniesienie jądra polityki z sal sejmowych na ulice stwarza lewicy dobrą okazję zaistnienia, zawalczenia o poparcie. Zwłaszcza że PiS w sferze światopoglądowej prowadzi toporną propagandę, a w codziennym postępowaniu już dawno weszło w buty Platformy. Czyli rzuciło się na posady w spółkach skarbu państwa i państwowych instytucjach, rozdaje synekury i pieniądze. Symbolem tego stał się pan Misiewicz.
Tymczasem nie widać, by lewica potrafiła tak korzystną politycznie sytuację wykorzystać. Czy to efekt braku siły, czy słabości przywództwa? To wymagałoby głębszej refleksji.

Kościół

Ekspansja PiS, przejmowanie kolejnych sfer życia publicznego stały się też kłopotem dla polskiego Kościoła. Biskupi już wiedzą, że Kaczyński ma dla nich złotą klatkę – jest gotów dać im prawie wszystko, pod warunkiem bezwzględnego poparcia. Widzi ich w roli podobnej do tej, jaką w Rosji odgrywa Cerkiew prawosławna.

To nie jest wygodne dla Kościoła, biskupi szukają więc pól, na których mogliby podkreślić swoją niezależność. W tym duchu w ubiegłym tygodniu apelował do polityków prymas Polski abp Wojciech Polak. „Emocje nie mogą dominować, trzeba szukać dialogu w oparciu o fundamenty demokratycznego państwa prawa”, mówił KAI, dodając, że żadna reforma nie może być przeprowadzana przeciw komukolwiek, jedynie dla dobra człowieka i ogółu.

To nie jest język ezopowy, to dość wyraźne napomnienie PiS. Ale co z tego?! Apel prymasa przeszedł prawie bez echa. Co innego mówią poza tym proboszczowie, z których 80% popiera PiS. Wygląda to więc tak, że biskupi słuchają papieża, a proboszczowie Radia Maryja. Co w efekcie czyni z Kościoła instytucję niesterowalną. I można odnieść wrażenie, że biskupi przekonują się o tym dopiero teraz.

Ciąg dalszy nastąpi

Z tego krótkiego opisu pola bitwy i możliwych posunięć wynika jedno – nie ma w tej chwili siły, która mogłaby powściągnąć Kaczyńskiego. PiS jest do tego niezdolne. Biskupi również. Na Unię prezes nie zwraca większej uwagi. Boi się tak naprawdę wyłącznie ulicy. Ale manifestacje mają to do siebie, że dziś są, a jutro ich nie ma. Jest to więc jakaś zachęta dla władzy do twardych, brutalnych działań. Szczególnie że PiS w sondażach nie słabnie, propagandowy trik, że oto walczymy w imieniu „ludu” przeciwko „skorumpowanym elitom”, ma siłę nośną.

To nic nowego, to hasło wszystkich dyktatur – wódz w imieniu ludu gromi zepsute, żerujące na narodzie grupy. Jest ono zatem powtarzane i przez Kaczyńskiego, i przez Beatę Szydło, i przez pisowskich publicystów. Posłuchajmy liderów PiS, z ich słów ewidentnie wynika, że chcieliby awantury, jakiejś wielkiej rozprawy z opozycją. Żeby pokazać jej miejsce w szeregu.

Na razie PiS pokazuje siłę w parlamencie. Symptomatyczne są tu zapiski prof. Friszkego na Facebooku: „Sejm został zamieniony w atrapę, maszynkę do przeprowadzania projektów jednej partii. Metoda prokuratora tow. Piotrowicza pokazuje, jak będzie w państwie PiS stosowane prawo. Są to metody dalej idące niż w PRL po 1956 r. – na taką bezczelność, brak nawet pozoru liczenia się z prawem i z ludźmi nie pozwalano sobie nawet w Sejmie PRL”.

Mamy więc porzucić nadzieję? PiS weźmie sądy, potem media, spacyfikuje nas wszystkich? Cała władza będzie w rękach Kaczyńskiego, człowieka, który ma wahania emocjonalne?

Tylko pozornie tak będzie. Im bardziej będzie brutalny, bezwzględny, tym mocniejsza będzie siła oporu. Owszem, Kaczyński może sprowadzić Sejm do atrapy. Ale wtedy polityka przeniesie się na ulice i do sieci. Miejsce wyważonych parlamentarzystów zajmą liderzy kolejnych manifestacji. Bardziej radykalni i zdeterminowani.

PiS nie będzie rządziło do końca świata. Przy tych kadrach wpadki ma jak w banku, a na końcu gwarantowaną niechęć wyborców. Może więc sobie podporządkowywać sądy, kontrolować opozycję, likwidować wrogie media, budować pomniki Lecha Kaczyńskiego w każdym mieście. To wszystko przeminie. A im mocniej dokręci śrubę, tym mocniej ona odbije. I przyjdą ludzie, którzy pomniki zburzą, wyniosą Lecha Kaczyńskiego z Wawelu, a Jarosława postawią przed sądem.

Jeżeli PiS się nie zatrzyma, wyhoduje sobie taką opozycję i takich następców. Ta walka trwa i nic się nie kończy.

Wydanie: 30/2017

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy