Nie gasnący płomień z Campo dei Fiori

Nie gasnący płomień z Campo dei Fiori

Dokładnie 400 lat upłynęło w dniu 16 lutego br. od spalenia żywcem na inkwizycyjnym stosie Giordana Bruna, wyznawcy kopernikańskiej teorii o obrotach ciał niebieskich. Jego pisma, uznane za heretyckie, zostały równocześnie spalone publicznie na Placu św. Piotra, na schodach wiodących do bazyliki, w której od wieków odprawiane są papieskie modły.
Dzisiaj stoi na Campo dei Fiori w Rzymie, na miejscu stracenia męczennika za wolność nauki, okazały, czarny pomnik, dając świadectwo zwycięstwu wolnej myśli nad religijną ortodoksją.
Haniebne wydarzenie z 1600 roku położyło głęboki cień na historii Kościoła rzymskokatolickiego. W tamtym jednak strasznym dniu kaźń niewinnego człowieka nie wstrząsnęła zniewolonymi sumieniami świadków zbrodni jednej z największych w dziejach świata, która była w istocie próbą zamordowania prawdy. Nastrój obojętności towarzyszący egzekucji oddał po setkach lat polski poeta: “Kat płomień stosu zażegnął w kole ciekawej gawiedzi, a ledwo płomień przygasnął, znów były pełne tawerny, kosze oliwek i cytryn nieśli przekupnie” (Cz. Miłosz, Campo dei Fiori).
Stracenie wielkiego myśliciela na kwietnym targowisku wspomniał poeta w 1943 r., gdy “w Warszawie przy karuzeli w pogodny wieczór wiosenny, przy dźwiękach skocznej muzyki, salwy za murem getta głuszyła skoczna melodia. Śmiały się tłumy wesołe w czas pięknej warszawskiej niedzieli”.
Dla nas, ludzi z przełomu wieków najnowszych, morał z porównania tych wydarzeń jest oczywisty: hydra nietolerancji odradza się zawsze i wszędzie. A lud? “Czy to warszawski, czy rzymski, handluje, bawi się, kocha, mijając męczeńskie stosy” (Campo dei Fiori, w. 33-36).
Chełpimy się dzisiaj naszą demokracją, zniesieniem cenzury, ale gładko jakoś przechodzimy do porządku nad cenzurą najgroźniejszą. Jest nią kontrola nad naszym myśleniem, czy to w postaci autocenzury, czy nacisku pośredniego, nieoficjalnego. Władza nad myślą jeszcze nie uzewnętrznioną, nie wyrażoną drukiem lub w inny sposób nie upublicznioną, jest źródłem indoktrynacji, kształtowania umysłów w duchu określonej doktryny, obojętnie z jakiej “parafii” – politycznej, czy wyznaniowej.
Ustawa z 1981 r. o kontroli publikacji i widowisk zapewniała państwu jawną kontrolę nad wypowiadanymi publicznie myślami, natomiast nie odebrała nikomu żadną normą prawną swobody posiadania przekonań w życiu osobistym, prywatnym (do chwili ich wyrażenia w prasie, radiu czy telewizji). Na straży poprawnego myślenia wszystkich obywateli stały inne niż cenzura środki oficjalnego przekazu, które uprawiały propagandę myśli urzędowej.
Przed odmową opublikowania utworu przeznaczonego do publikacji autor mógł w PRL bronić się w trybie odwoławczym w Głównym Urzędzie Kontroli Publikacji i Widowisk, a nawet w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Z dróg tych autorzy rzadko jednak korzystali, nie wierząc w ich skuteczność. Kto jednak był niepokorny i nie chciał się poddać dyktatowi cenzury, mógł sprawę wygrać (mnie się to raz udało!).
Obywatele PRL nie mieli natomiast żadnych środków prawnej obrony przed indoktrynacją, czyli cenzurowaniem ich najskrytszych myśli. Do wewnętrznego świata intelektu człowieka, urobionego na komunistyczną modłę, nie docierały idee, które budziły choćby cień wątpliwości władzy z punktu widzenia ich zgodności z obowiązującą doktryną. Państwo dbało o niedopuszczenie do obrotu publikacji nieprawomyślnych, tępiąc zarazem literaturę “drugiego obiegu”.
W społeczeństwach ideologicznie zniewolonych nie ma, także wśród intelektualistów, naśladowców Giordana Bruna, uczonego, który nawet w obliczu nieuchronnej śmierci nie wyparł się swych “heretyckich” przekonań. Nie podążył jego śladem Galileusz (Galileo Galilei), który w dniu 22 czerwca 1633 r. w Konwencie Minerwy w Rzymie odwołał na klęczkach “herezję” wzruszającą dogmat nieruchomości Ziemi wobec Słońca, wzięty z Eklezjastes (terra in aeternum stat, sol oritur et occidit, I, 4). Żaden z dokumentów zachowanych z tamtych czasów nie potwierdza legendy, według której Galileusz pozostał wierny swym przekonaniom, wypowiadając rzekomo z przekorą słynne słowa o Ziemi obracającej się wokół Słońca będącego centrum świata: e pur si muove (a jednak się kręci!). Myśl głośno nawet nie wysłowiona, została przez Święte Officium ocenzurowana.
W świecie współczesnym nie rozgrywają się już dramaty na miarę sprawy Galileusza. Cenzura nad wolną myślą jednak istnieje. W postaci nawet jawnej, nie zawoalowanej. Kościół katolicki cenzuruje nie tylko wszystko, co ma być przez wiernych czytane, a “dotyczy prawdziwej wiary lub dobrych obyczajów” (kan. 825 kodeksu prawa kanonicznego). Władza Kościoła rozciąga się też na sferę wewnętrzną życia wiernych, którzy muszą spowiadać się z grzechów popełnionych “myślą, mową i uczynkami”.
Państwo oddzielone od Kościoła nie ma jednak prawa wtrącać się do spraw należących do nauczycielskich zadań organizacji kościelnej. Cenzura słowa pisanego pod kątem widzenia odbioru środków przekazu przez społeczność wiernych (ludzi ochrzczonych) należy niewątpliwie do wewnętrznych zadań Kościoła, których państwu świeckiemu kwestionować nie wolno.
Z drugiej strony, Kościół katolicki uznaje swą kompetencję “głoszenia zawsze i wszędzie zasad moralnych i odniesień do porządku społecznego oraz wypowiadania oceny o wszystkich sprawach ludzkich, na ile wymagają tego fundamentalne prawa osoby ludzkiej i zbawienie człowieka” (kan. 747 § 2 kodeksu prawa kanonicznego).
Art. 1 Konkordatu przewiduje, “że Państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne (…) ”. Oznacza to m.in., że duchowni nie mogą, powołując się na swe wewnętrzne prawa (np. na cytowany wyżej kanon), wspierać pozakościelnych form ograniczania swobodnego obiegu myśli świeckiej. Mogą jedynie przestrzegać członków katolickiej wspólnoty przed sięganiem do określonych publikacji.
Poza ramy zakreślone Konkordatem wykracza duchowny, który solidaryzuje się z decyzjami wymierzonymi przeciw wolności prasy. Tak np. postąpił pewien arcypasterz “w obronie jedynie prawdziwej moralności”. Jak poinformowała Katolicka Agencja Informacyjna w dniu 4.06. br., ów arcybiskup poparł decyzję “Ruchu” w sprawie zaniechania kolportażu “złych” tytułów prasowych. W dodatku Jego Ekscelencja minął się z prawdą, twierdząc, że restrykcyjna decyzja “Ruchu” zyskała poparcie członków Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Wiadomość tę zdementował prezes, Andrzej Goszczyński, w specjalnym oświadczeniu. Napisano w nim, że “przywileje wynikające z zasady wolności prasy muszą przysługiwać wszystkim, dopóki działają w ramach konstytucyjnego porządku prawnego. Ochronie muszą podlegać także prawa tych, których wypowiedzi i opinie są niemiłe, odrażające i nie do zaakceptowania” (“Tygodnik Powszechny” z 24-25.06. br.). Mądra odpowiedź. Próby wyeliminowania metodami administracyjnymi z rynku prasowego pism nie lubianych to zamach na wolność prasy. Casus groźny, świadczy bowiem o ciągotach pewnych kół do cenzurowania wolnej myśli.

Wydanie: 29/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy