Bunt dwóch przeciw Unii

Bunt dwóch przeciw Unii

Dokąd prowadzi nas Orbán?

W polityce jest tak, że szczególną wagę przywiązuje się do pierwszych zagranicznych wizyt nowego premiera. To znak dla wszystkich, jaki kierunek nowa ekipa przyjmuje, co jest dla niej najważniejsze. To także sygnał, jakie są jej możliwości, kto chce z nią gadać (oraz się fotografować).

Jeśli więc chodzi o międzynarodowy start Morawieckiego, okazał się raczej falstartem. Najpierw premier był w Brukseli, na szczycie Unii, z którego wyjechał kilka godzin przed jego zakończeniem. Żeby zdążyć na spotkanie z… ministrem koordynatorem ds. służb specjalnych Mariuszem Kamińskim.

Pierwszą jego wizytą bilateralną była zaś podróż do Budapesztu, na spotkanie z Viktorem Orbánem, co pokazuje pułap możliwości ekipy PiS. Najniższy w III RP, bo poprzednicy startowali wyżej.

Od Beaty Szydło nikt nie wymagał aktywności międzynarodowej, zaczynała więc skromnie. Od udziału w szczycie klimatycznym w Paryżu i od spotkania w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Całej. Sześć tygodni później, w styczniu 2016 r., wzięła udział w debacie w Parlamencie Europejskim poświęconej praworządności w Polsce, co określiło jej pozycję międzynarodową.

A jak zaczynała jej poprzedniczka Ewa Kopacz? Od wizyty w Brukseli, od spotkania z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinem Schulzem oraz przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem. A już trzy dni później miała oficjalne wizyty w Berlinie, gdzie przyjmowała ją Angela Merkel, i w Paryżu, gdzie witał ją prezydent François Hollande. Komunikat, który szedł w świat, był jasny – jesteśmy w Unii Europejskiej, w jej centrum.

Inny zamysł zaprezentował premier Donald Tusk. Zaczął 30 listopada 2007 r. od wizyty w Wilnie, od spotkania z prezydentem Valdasem Adamkusem. 4 grudnia był już w Brukseli, na spotkaniu z przewodniczącymi Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej oraz sekretarzem generalnym NATO. 7 grudnia zaś w Rzymie i w Watykanie, gdzie został przyjęty przez papieża Benedykta XVI oraz złożył kwiaty na grobie Jana Pawła II. 10 grudnia w Ostrawie spotkał się z szefami rządów Grupy Wyszehradzkiej. 11 grudnia w Berlinie witała go Angela Merkel, dzień później pojawił się w Paryżu (gospodarzami byli prezydent Nicolas Sarkozy i premier François Fillon), a 13-14 grudnia w Lizbonie podpisywał traktat reformujący UE (razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim).

Dwutygodniowy tour Tuska był niczym z podręcznika dyplomacji. Nie zabrakło gestów symbolicznych – Litwa oraz grób Jana Pawła II, ale i pokazu siły – wizyta w Berlinie i w Paryżu. Dodajmy do tego jeszcze dwa elementy – w lutym 2008 r. Tusk był w Moskwie, goszczony przez Władimira Putina, a miesiąc później w Waszyngtonie przyjmował go prezydent Bush.

Jarosław Kaczyński jako premier zaczął od Brukseli, gdzie spotkał się z najważniejszymi unijnymi urzędnikami, przewodniczącymi Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej, sekretarzem generalnym NATO oraz premierem Belgii (był nim wtedy Guy Verhofstadt). Potem, 10 września 2006 r., wziął udział w szczycie Europa-Azja w Helsinkach, a później poleciał do USA, na spotkanie z George’em Bushem.

Na tle poprzedników międzynarodowy start Mateusza Morawieckiego wypadł więc skromnie. Węgry to nie Niemcy czy Francja. A może wyjazd do Budapesztu broni się inaczej?

Owszem, tak właśnie jest. To czytelny sygnał, że Morawiecki nie zamierza łagodzić napięć w relacjach z Brukselą, przeciwnie – szuka do walki z nią sojusznika.

Polsce po uchwaleniu tzw. ustaw sądowych grozi zastosowanie art. 7 traktatu europejskiego, co w dalekiej perspektywie może grozić unijnymi sankcjami, pod warunkiem że żadne państwo członkowskie nie zgłosi weta. A Orbán już zapowiedział, że je zastosuje, że Węgry będą bronić pisowskiej Polski.

Mamy zatem pierwszy powód wyjazdu do Budapesztu i pierwszy sygnał dany Zachodowi – polski rząd nie będzie szukał kompromisu z Brukselą, twardo powie „nie”. I w związku z tym gotów jest zdać się na łaskę i dobry humor Orbána.

Ale komunikatów, które poszły w świat, było więcej. Obaj premierzy mówili, że zależy im na budowie obszaru gospodarczego między Rosją a Niemcami. Jego nazwa jest rzeczą wtórną – może to być Międzymorze albo poszerzona Grupa Wyszehradzka. Mówił o tym Orbán, a Morawiecki przytakiwał: „Między światem rosyjskim a niemieckim jest region, który jak dostanie szanse na handel, na inwestycje, na pracę, na rozwój, jest w stanie stanąć na własne nogi pod względem gospodarczym. Kraje środkowej Europy nie proszą o pieniądze u Niemców, żeby to oni rozwiązali nasze problemy; nie, my chętnie przyjmiemy inwestycje, ale nie będziemy wymyślać jakichś cwanych sposobów, żeby w jakiś sposób zdobyć niemieckie pieniądze, my chcemy stać na własnych nogach. Jesteśmy zdolni już teraz do utworzenia silnego środkowoeuropejskiego regionu, który ma własny potencjał gospodarczy”.

Obaj premierzy uznali też, że Polska i Węgry, a w przyszłości Europa Środkowa, będą mogły kształtować całą Unię – tak by opierała się na wartościach chrześcijańskich i twardo broniła się przed imigrantami.

Co te deklaracje oznaczają? Na razie niewiele. Po pierwsze, Orbán z Morawieckim mówili o Europie Środkowej jako samodzielnym bycie politycznym, a to byt nieistniejący. Są tylko Polacy i Węgrzy, Czesi i Słowacy od nas się dystansują, więc co tu opowiadać o Trójmorzu, skoro nawet Wyszehrad jest tylko szyldem?

Po drugie, widać było, jak Orbán Morawieckiego rozgrywa. Chętnie mówił o konieczności zamykania granic przed imigrantami, ale unikał deklaracji, gdy polski premier proponował mu zakup gazu ze Świnoujścia. Nie rozwijał też wątków dotyczących współpracy węgiersko-rosyjskiej.

Po trzecie, obaj premierzy unikali konkretów. Otóż w obecnej Unii nie tylko Polska z Węgrami, ale i cała Grupa Wyszehradzka nie ma wystarczającej siły, by stać się mniejszością blokującą. Orbán i Morawiecki mogli opowiadać, że będą nawracać Unię, walczyć o jej wartości, pilnować, by w budżecie na lata po 2020 r. były pieniądze dla Polski i Węgier, ale to wszystko tylko słowa.

Tak jak i tezy o wielkiej sile gospodarczej regionu. Otóż PKB Węgier to 124,3 mld dol., Polski – 469,5 mld dol. a Niemiec – 3467 mld dol. Czyli Niemcy są gospodarczo sześciokrotnie więksi niż Polska i Węgry razem wzięte. Pomińmy przy tym strukturę tych gospodarek. Okrzyki o potędze regionu mogą robić wrażenie na prostych wyborcach PiS lub Fideszu, ale przecież nie tam, gdzie potrafią liczyć.

Po czwarte, Morawiecki musiał być świadomy, że jadąc do Budapesztu, zacieśniając oś Budapeszt-Warszawa, zostanie w Europie oceniony jednoznacznie. Że ta oś to bunt dwóch państw przeciwko Unii. Tak zresztą potraktowały to europejskie media, usłużnie podpowiadając, jak Bruksela powinna sobie z tym poradzić. Pisze o tym m.in. portal EUObserver: „W związku z tym, że UE nie ma narzędzi, aby zapanować nad rządami, które podważają wspólne decyzje i podstawowe wartości, coraz więcej się mówi o powiązaniu unijnych funduszy z respektowaniem praworządności”, dodając, że „pomysł ten ma poparcie zarówno Niemiec, jak i Francji”. Tej Francji, w której narastają opinie, że rozszerzenie Unii w roku 2004 było błędem i że „mała Unia” to lepsze rozwiązanie.

W imię czego PiS zamierza więc rozniecać taki konflikt z państwami Unii? Tak niebezpieczny?

Orbán to powiedział, mówią to też politycy i publicyści polskiej prawicy – marzy im się samodzielna wspólnota regionalna, Międzymorze, między Rosją a Unią.

W roku 1992, gdy w Polsce były jeszcze wojska rosyjskie i gdy szukano jakichś wytrychów, by bezboleśnie się ich pozbyć, przez jakiś czas funkcjonowała idea NATO bis, czyli wspólnoty obronnej państw Europy Środkowej. Bardzo ją wówczas atakował Jarosław Kaczyński, wołając, że to idea „szarej strefy” między Rosją a Niemcami, kapitulacja przed Moskwą. I proszę, minęło ćwierć wieku, a sam do tego wraca.

Wydanie: 2/2018

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy