Czcza gadanina o mediach

Czcza gadanina o mediach

Tak jak tygrysa interesuje głównie świeże mięso, tak pasją polityków jest zaspokajanie niebywale rozwiniętego „parcia na szkło”. Wiadomo, że lekarstwem na tę przypadłość są jak najczęstsze występy w mediach. Najchętniej w mediach publicznych, bo na nie świat polityki ma największy wpływ.
I to jest dla tych mediów największe nieszczęście i przekleństwo. Z perspektywy ostatnich lat widać, jak z roku na rok rosła żarłoczność polityków. Jak coraz bezczelniej rozpychali się w telewizji i radiu. I jak słabł opór przed politycznym zawłaszczaniem tych instytucji. Apogeum nieszczęść były rządy Prawa i Sprawiedliwości, które całkowicie podporządkowały sobie TVP i Polskie Radio.
Największą cenę za pisowskie praktyki płacą dziennikarze. W zdecydowanej większości niemający przecież nic wspólnego z paszkwilanckimi audycjami czy narzucanymi z zewnątrz komentatorami. Ale obarczani grzechami instytucji na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Zły klimat wokół mediów publicznych próbuje się także wykorzystać do ich trwałego zmarginalizowania. Lobbyści mediów komercyjnych nie próżnują. Najwięcej rad sprowadzających się do tego, że publicznym trzeba zabrać wpływy z abonamentu i reklam, płynie oczywiście z ust całkowicie bezinteresownych konkurentów. Na takie pomysły nie może być zgody. Dlaczego?
Media publiczne wymagają oczywiście remontu kapitalnego i gruntownych reform. Tym większych, że rynek ten czeka niebawem cyfryzacja telewizji. A po tym już nic nie będzie takie jak teraz. Co wcale nie oznacza, że media publiczne przestaną być potrzebne. Na razie i pewno jeszcze długo nie będzie lepszego pomysłu na realizowanie misji edukacyjnej, na promocję kultury wyższej czy ważnych przedsięwzięć cywilizacyjnych. Sanację tych mediów trzeba zacząć od pełnego rozliczenia PiS z awanturniczej polityki ostatnich lat. Nie jest to proste, bo partia Jarosława Kaczyńskiego chce za wszelką cenę utrzymać jak największą część desantu kadrowego. A że dla polityków PiS cel zawsze uświęcał środki, to kokietują oni nawet LiD. Ten sam LiD, który jeszcze niedawno w zamyśle Ziobry miał wypełniać nie sejmowe sale, lecz cele aresztów. Lewicy do wszystkich nieszczęść, jakie ma na karku, brakuje jeszcze tylko negocjacji z PiS. Wszelkie pomysły na takie rozmowy, na jakieś porozumienia i układanki personalne są równie absurdalne jak rozmowa z katem, który źle zawiązał węzeł na szyi skazańca i później przyszedł po nagrodę za uratowanie życia.
Koalicja medialna LiD z PiS byłaby dla lewicy kompletną utratą twarzy. Z kolei porozumienie z PO i jej obecnymi pomysłami pakuje lewicę w odpowiedzialność za projekt, który niewiele poza personaliami zmienia. Szansą na wyjście z impasu było przedstawienie własnego, nowoczesnego projektu, faktycznie oddającego te media widzom i dziennikarzom i przekształcającego obecną spółkę skarbu państwa w narodową instytucję kultury. Skończyło się, niestety, tylko na zapowiedziach. A z tego gadania głosów lewicy nie przybędzie.

Wydanie: 16/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy