Dlaczego lewica jest wciąż na marginesie?

Dlaczego lewica jest wciąż na marginesie?

Lewica nie ma własnej narracji, a nawet gdyby ją skonstruowała, nie ma narzędzi do jej upowszechnienia

Rok temu lewica z przytupem wróciła do parlamentu, a świetne wystąpienie Adriana Zandberga podczas sejmowej debaty nad exposé premiera miało zwiastować rychłą detronizację PO w roli głównej siły opozycyjnej. Dziś jednak sympatycy SLD, Wiosny i Razem z niepokojem patrzą w sondaże, w których ruch Szymona Hołowni spycha koalicję ich partii na granicę progu wyborczego. Po drodze lewicowy elektorat musiał przełknąć kilka gorzkich pigułek zaserwowanych mu przez własnych wybrańców, m.in. zakończoną katastrofą kampanię prezydencką Roberta Biedronia i budzące powszechny niesmak głosowanie w sprawie podwyżek uposażeń polityków.

Wydaje się, że formułowane przed rokiem oczekiwania wobec parlamentarnej lewicy były mocno na wyrost. Euforia towarzysząca końcowi absencji formacji postępowej w ławach sejmowych przysłoniła trzeźwą ocenę rzeczywistości i zmitologizowała wyborcze osiągnięcie lewicowego trójporozumienia. Cofnijmy się zatem do lata 2019 r., by nadać rzeczy właściwą miarę.

Partia Razem po klęsce w wyborach europejskich (1% poparcia) ogłosiła gotowość tworzenia wspólnych list z SLD i Wiosną, czyli z partiami, którym jeszcze kilka tygodni wcześniej odmawiała miana prawdziwej lewicy. Robert Biedroń po rozczarowującym wyniku wyborów do europarlamentu (6%) zadeklarował, że jest gotów do rozmów o politycznych sojuszach zarówno z partiami lewicowymi, jak i z Platformą Obywatelską, choć deklarowanym celem Wiosny było stworzenie alternatywy dla całej sceny partyjnej. Z kolei przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty zapewniał, że wierzy w projekt Koalicji Europejskiej, zbudowanej na wybory europejskie wokół PO, i nie zamierza go porzucać. Mieliśmy zatem trzy mocno poobijane partie, których liderzy w imię przetrwania byli gotowi porzucić wcześniejsze deklaracje ideowe i strategie samodzielnego bytu w życiu publicznym.

Koło ratunkowe rzucił Razem i Wiośnie… Grzegorz Schetyna. To on zdecydował, że w budowanej na wybory parlamentarne Koalicji Obywatelskiej nie będzie miejsca dla SLD. Gdyby postanowił inaczej, dziś w Sejmie oglądalibyśmy grupkę posłów Sojuszu (raczej pozbawionych podmiotowej pozycji), natomiast partie Zandberga i Biedronia byłyby tylko wspomnieniem.

Zbieg szczęśliwych okoliczności sprzyjał lewicowemu trójprzymierzu również podczas samej kampanii wyborczej. Ubiegłoroczna elekcja była bowiem pod kilkoma względami wyjątkowa. Po pierwsze, zarejestrowało się jedynie pięć ogólnopolskich komitetów wyborczych. Po drugie, wśród nich nie było żadnej nowej siły politycznej (takiej jak Ruch Palikota, Kukiz‘15 czy Nowoczesna w poprzednich wyborach). Po trzecie, do urn poszło wyjątkowo dużo wyborców. Po czwarte, mała liczba komitetów oraz wysoka frekwencja spowodowały, że wszystkie startujące ugrupowania znalazły się w parlamencie. Dzięki tym czynnikom lewica osiągnęła dobry rezultat.

Retrospekcja ta pokazuje, że powrót lewicy do parlamentu był w dużej mierze efektem zdarzeń przez polityków partii lewicowych niezamierzonych i będących poza ich wpływem. Uzmysławia też, że polska lewica ma dużo głębsze problemy niż formuła organizacyjna działania. Zjednoczenie na liście wyborczej to krok w dobrą stronę, ale nie unieważnia on wszystkich powodów, dla których rok temu trzy partie lewicy drżały o swoją przyszłość. Niektóre przyczyny dobrze widać w blasku parlamentarnych fleszy.

Lewica w całym świecie zachodnim znalazła się w imadle socjopolitycznego podziału populizm versus liberalizm. Z jednej strony, ugrupowania prawicowo-populistyczne kuszą swoją ofertą wyborców wywodzących się z klasy robotniczej, obawiających się nagłych zmian, jakie niesie globalizacja. Z drugiej, partie liberalne i ekologiczne zabiegają o otwartych na świat, dobrze wykształconych i z reguły młodszych kosmopolitów. Elektorat formacji socjaldemokratycznych kurczy się. I pojawia się pytanie, czy możliwe jest skuteczne apelowanie do obu grup, czy też socjaldemokracja powinna się zdecydować, czyim reprezentantem chce być w XXI w. Dziś na polską lewicę głosują przede wszystkim osoby z wyższym wykształceniem, o dobrym statusie materialnym i z większych miast. Duża część tego elektoratu pod względem ekonomicznym bliższa jest rynkowemu liberalizmowi. Jednak z deklaracji przedstawicieli parlamentarnych ugrupowania, które przyjęło nazwę Lewica, wynika, że ma ono ambicje rywalizować z PiS o wyborców, którzy w partii Kaczyńskiego widzą gwaranta bezpieczeństwa socjalnego. Problem w tym, że jednoczesne bardzo mocne akcentowanie kwestii kulturowych skutecznie oddala Lewicę od tego wymarzonego elektoratu. I chodzi tu nie o same postulaty (prawa osób LGBT, równouprawnienie kobiet, ochrona klimatu itp.), lecz o język, którym są one komunikowane. Jest to język manifestowania własnych poglądów, a nie przekonywania do nich. Czasem można odnieść wrażenie, że dziś trzeba zdać egzamin wstępny z weganizmu czy jazdy na rowerze, by zostać wyborcą Lewicy. Wynika to z tego, że formacji tej nadają ton aktywistki i aktywiści, którzy nie zdążyli jeszcze wejść w rolę polityczek i polityków. A rolą tych ostatnich jest budowanie większości zapewniających realizację przynajmniej części programu. Nie występują więc np. w koszulkach z hasłem „Aborcja jest OK”, atrakcyjnym dla wielkomiejskich feministek i prowokacyjnym dla ludzi o innych światopoglądach, lecz mówią o prawie do przerywania ciąży językiem troski o bezpieczeństwo kobiet, który jest zrozumiały i akceptowalny moralnie dla osób o nieco bardziej konserwatywnych poglądach. W ten sposób poszerza się bazę społeczną dla swojego programu, wychodzi poza grono już przekonanych, rozwiewa obawy nieprzekonanych.

Lewica parlamentarna ma jeszcze jeden problem komunikacyjny. Jej przedstawiciele na niezliczonych konferencjach prasowych, briefingach czy konwencjach przedstawiają konkretne (i słuszne najczęściej) postulaty bądź pomysły na rozwiązanie ważnych problemów, które jednak nie wywołują emocji społecznych. Dzieje się tak dlatego, że nie wpisują się one w żadną spójną narrację o świecie, w której wyborcy mogliby ujrzeć swoją historię, swoje lęki, aspiracje i potrzeby. I emocje. Bipolarny podział PO-PiS zasadza się m.in. na tym, że obie strony angażują zwolenników właśnie metaopowieściami, zakorzenionymi w historii i odwołującymi się do grupowych doświadczeń życiowych.

Lewica na razie własnej narracji nie ma, a gdyby nawet ją skonstruowała, powinna mieć jeszcze narzędzia do jej upowszechniania. Tymczasem paradoks polskiej polityki ostatnich trzech dekad polega na tym, że to prawica przeczytała Gramsciego i wie, że do politycznych zwycięstw potrzebna jest kulturowa hegemonia. Prawa część politycznego spektrum stworzyła cały system kreowania i upowszechniania idei poprzez sieć mediów i organizacji społecznych. Tymczasem po lewej stronie brakuje zrozumienia, że klub parlamentarny to tylko jedno z narzędzi politycznych, a formacja, która nie jest opleciona siecią think tanków i mediów, skazuje się na pośledniość i tymczasowość. Odpływ wyborców Lewicy do Trzaskowskiego i Hołowni w trakcie wyborów prezydenckich i ostatnie przepływy do ruchu Polska 2050 pokazują, że blok trzech partii nie ma tzw. twardego elektoratu. Tworzenie więzów lojalności z wyborcami wymaga jednak większego wysiłku intelektualnego i organizacyjnego niż zwołanie konferencji prasowej w Sejmie.

Społeczne zakorzenienie pomogłoby Lewicy zmierzyć się z jeszcze jednym ważnym deficytem. Dla wyborców istotnym kryterium przy urnie jest przygotowanie danej formacji do rządzenia. Wśród głosujących na Lewicę, dobrze wykształconych, merytokratycznie nastawionych do polityki i wahających się, czy nie przerzucić głosu na PO lub ruch Hołowni, kwestia ta może być szczególnie istotna przy podejmowaniu wyborczej decyzji. W szeregach parlamentarnej frakcji lewicowej łatwiej zaś wskazać potencjalne pełnomocniczki lub pełnomocników ds. równego traktowania niż przyszłych ministrów obrony narodowej, zdrowia czy gospodarki. Aktywność części posłanek i posłów w mediach społecznościowych również nie sprzyja budowie wizerunku poważnego ugrupowania.

Ubiegłoroczny powrót lewicowców do parlamentu spowodował wśród wielu zwolenników tej opcji euforię, która przysłoniła fakt, że wcale nie ustały przyczyny jej dotychczasowego kryzysu. Obecność w gmachu na Wiejskiej daje poręczne narzędzia, by stawić temu kryzysowi czoła oraz zbudować solidne podstawy formacji, która wyborcze sukcesy będzie zawdzięczać własnym działaniom, a nie splotom okoliczności. Tym większe będzie rozczarowanie, jeśli ta szansa nie zostanie wykorzystana.

Michał Syska jest prawnikiem, publicystą, dyrektorem Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a

Fot. Adam Chełstowski/Forum

Wydanie: 40/2020

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy