Dzieje się…

Dzieje się…

Platforma w wewnętrznych prawyborach będzie wybierać kandydata na prezydenta spośród dwóch kandydatów na kandydata: marszałka Komorowskiego i ministra Sikorskiego. Sikorski skromnie w telewizji powiedział, że jego model prezydentury byłby „światowy”, prezydentura Komorowskiego zaś byłaby bardziej krajowa.
Czołowe postacie Platformy nieśmiało ujawniają swe sympatię dla jednego bądź drugiego kandydata. Tylko Tusk i Schetyna zapewniają, że do końca swych preferencji nie ujawnią.
W platformianych prawyborach już wziął udział nieproszony Jarosław Kaczyński, oznajmiając, że on i jego brat, to znaczy Prezydent Najjaśniejszej, znają fakty, które mogą skompromitować Sikorskiego. O co chodzi, Jarosław Kaczyński nie może powiedzieć, bo to tajemnica państwowa. Nie wiadomo więc, czy kiedyś powie, o co chodzi, czy insynuacja zostanie insynuacją do końca. Reakcją na tajne rewelacje Kaczyńskiego była wypowiedź byłego wicepremiera Romana Giertycha, że premier Kaczyński zbierał haki na polityków opozycji, a także na swoich koalicjantów. Kaczyński zaprzeczył, powiedział, że Giertych kłamie. W konsekwencji Kaczyński zagroził Giertychowi, a Giertych Kaczyńskiemu procesem. Andrzej Olechowski zaapelował do wyborców Platformy, aby głosowali na niego. Ale nie w prawyborach, tylko w prawdziwych wyborach. Kolejny kandydat na prezydenta, prof. Nałęcz, jest chwilowo nieobecny w kraju, pojechał do Nowej Zelandii, być może testować preferencje wyborcze Maorysów. Tak czy owak, można chyba uznać, że kampania wyborcza wystartowała. Już z jej początków można przewidzieć, jaki będzie miała przebieg, a ściślej, w jakim klimacie będzie przebiegać.
Tymczasem premier Tusk przedstawił kolejny pomysł na zmianę konstytucji. Z szybkością, z jaką Platforma (jej lider?) produkuje kolejne pomysły ustrojowe, można by odnieść wrażenie, że nie są one zbyt dokładnie przemyślane. Obawiam się jednak, że stoi za tym pewien generalny plan. Osłabienie władzy prezydenta przez stworzenie możliwości odrzucania jego weta zwykłą większością głosów (dziś potrzeba do tego większości trzech piątych głosów) faktycznie osłabia rolę opozycji w Sejmie, zwiększając władzę sejmowej większości. Dziś w celu odrzucenia weta prezydenta koalicja musi dogadać się z SLD. Po takim „osłabieniu władzy prezydenta” rola opozycji zostałaby całkowicie zmarginalizowana. Sejmowa większość nie musiałaby sobie zaprzątać głowy uzgadnianiem czegokolwiek z opozycją czy jej częścią. Weto koalicja odrzucałaby sama.
Jeśli to jest pożądany przez Platformę kierunek zmian ustrojowych, to należy się spodziewać, że następnym krokiem będzie umniejszenie roli orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, którego orzeczenia zgodnie z konstytucją są ostateczne i mają moc powszechnie obowiązującą. Aby pozbawić Trybunał tego uprawnienia, trzeba najpierw nieco obniżyć jego prestiż. A ten, zasłużenie lub niezasłużenie, jest stosunkowo wysoki. Jak dalece Platforma lekceważy Trybunał, widać po zgłaszanym przez nią kandydacie na zwalniające się stanowisko sędziego. Mając wśród swych sympatyków, a zapewne nawet członków wielu wybitnych profesorów prawa, wybitnych i cieszących się powszechnym autorytetem adwokatów, Platforma kieruje do Trybunału powszechnie znanego działacza samorządowego, byłego posła o dokonaniach na polu prawa zupełnie nieznanych, który bezskutecznie w ostatnich wyborach kandydował do Sejmu. Robi to wrażenie, że załatwia, jak to ma u nas w zwyczaju partia rządząca, swojemu chłopu robotę. Ale przy okazji demonstruje, jak lekce sobie waży Trybunał.
Niewątpliwie ze słabym, pozbawionym najistotniejszego uprawnienia prezydentem (kimkolwiek by on był), z opozycją, z którą liczyć się wcale nie trzeba, w dodatku z pozbawionym autorytetu Trybunałem Konstytucyjnym rządzić Platformie będzie łatwiej. Czy polska demokracja na tym skorzysta? No chyba nie.
Komisje śledcze (w liczbie czterech) pracowicie usiłują dociec, jaką kolejny „świadek miał wiedzę”. Świadkowie na ogół twierdzą, że „wiedzy nie mieli”. Tak to kalecząc procedurę i język polski, wśród swarów i awantur komisje śledcze do prawdy wciąż dojść nie mogą i chyba nie bardzo nawet chcą.
Jedna tylko rzecz połączyła wszystkie opcje. Solidarność plemienna. Polscy politycy czynnie i osobiście uczestniczą w białoruskiej awanturze. Nawet rozsądna na ogół w sprawach polityki wschodniej „Gazeta Wyborcza” na pierwszej stronie zamieszcza tytuł „Rozprawa z Polakami” i biadoli, że władze wyrzucają z Domu Polskiego w Iwieńcu Polaków (tych ze związku uznawanego przez Polskę) i oddają dom Związkowi Polaków wiernemu Łukaszence, nie Tuskowi. Gazeta nie wyjaśnia sprawy do końca, czytelnik mógłby sądzić, że w tym Związku Polaków uznawanym przez władze za legalny zrzeszyli się nie Polacy, ale Białorusini i Kałmucy udający tylko Polaków.
Rzecz w tym, że swego czasu Związek Polaków na Białorusi podzielił się i ma dwa zarządy. Jeden zarząd uznaje Warszawa, a drugi Mińsk. W ślad za zarządami powstały dwa związki. Tak więc my wspieramy ten związek (zarząd?), który władze Białorusi uważają za nielegalny. Tymczasem ten związek (zarząd?), który władze Białorusi uważają za legalny, wygrywa w sądach (białoruskich!) i odbiera Domy Polskie temu związkowi (zarządowi?), który nie jest uznawany przez władze białoruskie za legalny. Pozbawiani Domów Polskich działacze związku (zarządu?) protestują, nie chcą wydać nieruchomości, wyprowadza ich milicja. Gdy stawiają jej opór, są karani. W awanturach uczestniczą na miejscu polscy dyplomaci, a jakby ich było mało, pojechał jeszcze na pomoc prezes Wspólnoty Polskiej, poseł Maciej Płażyński. Nie zmienia to biegu wydarzeń, ale drażni Białorusinów jeszcze bardziej. PiS ma pretensje do rządu, że zbyt mało stanowczo broni „naszych”. Rząd, bezskutecznie próbując wciągnąć do gry przeciw Białorusi Unię Europejską, robi kolejne głupstwa. UE nie dość, że nic z tej awantury o Dom Polski w Iwieńcu, o dwa związki Polaków czy też dwa zarządy tego samego związku nie rozumie, to ma jeszcze swoje plany wobec Białorusi i należy wątpić, czy z nich zrezygnuje w celu obrony pozycji niejakiej pani Sobol jako dyrektorki Domu Polskiego. Być może jest nawet w stanie zaakceptować jako dyrektora tego domu kogoś lojalnego wobec białoruskiego rządu. Z braku innych pomysłów, na wszelki wypadek w ramach represji, rząd polski… zabronił wjazdu na teren Najjaśniejszej członkom tego Związku Polaków, który nie uznaje pani Andżeliki Borys za swoją szefową i jest lojalny wobec władz białoruskich. Lojalność obywateli Białorusi wobec nielubianych w Polsce władz białoruskich zaiste budzić musi nad Wisłą oburzenie i skutkować represją.
Nie mogąc nic zrobić Łukaszence, ukarzemy przynajmniej lojalnych wobec Białorusi jej obywateli narodowości polskiej. Nie wpuścimy ich do Polski.
Myślę, że nasza solidarność plemienna, wyczucie polityczne i konsekwencja wkrótce zjednają nam podziw i uznanie Europy. Sprawy mniejszości polskiej za wschodnią granicą mają zaś szansę stać się stałym punktem kampanii w wyborach prezydenckich. Wprawdzie w ten sposób Polakom na Wschodzie nie pomożemy, pogorszymy sobie (i UE!) stosunki ze wschodnimi sąsiadami, ale przynajmniej kandydaci na prezydenta będą mogli do woli licytować się w patriotyzmie, którego miarą będzie siła solidarności plemiennej.

Wydanie: 8/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy